Pisarstwo · 10 min czytania
Śliczna
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Śliczna
Pośrodku cmentarza, tuż przy głównej alei, na szarej marmurowej płycie przyklęknął biały anioł z rozpostartymi skrzydłami. W wyciągniętych przed siebie marmurowych dłoniach, trzyma wianuszek z przywiędłych rumianków. Pochyla się w geście ofiarowania ku śmiejącej się z fotografii dziewczynce, a może chyli czoło przed urokliwym wizerunkiem spoczywającej tu, w głębi ziemi "Ślicznej"? Śliczna - tak powitała ją i pożegnała matka, w chwili narodzin. Ledwo pierwsze promienie wiosennego słońca przedarły się do izby przez gąszcz winorośli okalających okna, a cały dom wypełnił rozdzierający krzyk rodzącej. Spomiędzy jej naprężonych ud chlusnęła fontanna krwi a wraz z nią z matczynego łona wyśliznęła się maleńka istotka. Rodząca opadła zemdlona na poduszkę. W rękach wiejskiej akuszerki błysnęło ostrze nożyczek. Zwarte ostrza przecięły życiodajną nić łączącą dziecko z matką. Potem zwinne ręce akuszerki obmyły drobniutkie ciałko dzieciątka i podały je wyczerpanej porodem matce. Kwilenie niemowlęcia wybudziło ją z omdlenia. Objęła swoją kruszynkę, spojrzała w jej drobniutką twarzyczkę, uśmiechnęła się i ledwo słyszalnie szepnęła -"śliczna". Uśmiech rozjaśnił jej umęczoną twarz a po chwili jeszcze raz wyszeptane - "śliczna" - było ostatnim jej tchnieniem. Obok łóżka stali rodzice, rodzącej kobiety. Akuszerka spojrzała na nich z lękiem w oczach i trwożnie szepnęła; - Tu już nic nie da się zrobić. To koniec. Ojciec zakrył dłońmi twarz, zawył rozpaczliwie i jak oszalały wybiegł z domu. Matka z obłędem w oczach, wzięła "Śliczną" na ręce i tłumiąc szloch, pojękiwała - Dziecinko, sierotko nasza. Najpierw twój ociec...Boże, świeć nad jego duszą, a teraz nasza Joasia...O Boże! - gardłowy jęk rozdarł ciszę. Śliczna została z dziadkami. Na chrzcie dano jej imię po matce - Joanna ale wszyscy mówili do niej Śliczna. Nawet ci którzy nie znali jej historii, na jej widok przystawali i z zachwytem mówili. - Ależ ona jest śliczna. I tak już zostało. Śliczna rosła i piękniała. Z drobnej twarzyczki patrzyły na świat ogromne oczy - dwa błękitne jeziorka. Zadarty nosek i dołeczki w policzkach podkreślały jej wesołe usposobienie, skłonności do śmiechu i figli. A pszeniczne, niesforne kędziorki dopełniały urodę. Często można było zobaczyć ją jak uczepiona babcinej spódnicy dzielnie dreptała do sklepu albo w pole. Towarzyszyła babci wszędzie; w kuchni, na podwórku przy karmieniu domowego ptactwa, przy pieleniu warzyw w ogrodzie i zrywaniu kwiatów na polnych miedzach. Z dziadkiem wyjeżdżała wozem drabiniastym na sianokosy. Była oczkiem w głowie swoich dziadków i jasnym promykiem słoneczka - jak mówiła do niej babcia. Najbardziej cieszyła się kiedy z babcią wychodziły w pole, oglądać dojrzewające zboża. Znikała między łanami pszenicy i zaśmiewała do łez kiedy babcia nie mogła jej znaleźć. - Jak cię mam znaleźć, skoro masz włosy jak to dojrzałe zboże - droczyła się z nią babcia. - Kiedyś się naprawdę zagubisz - żartowała, grożąc palcem. Potem siadały na wzgórku i babcia śpiewała swoje tęskne piosenki. Śliczna zasłuchana, wpatrywała się w wędrujące po błękicie białe obłoczki i śmigające nad polami jaskółki. - Babuniu - mówiła cicho. - Chciałabym być taką białą chmurką. Widziałabym wszystko co się dzieje się na ziemi... Albo ptaszkiem... Poleciałabym do nieba, do mamy... - Wnusiu kochana - mówiła babcia tuląc ją do piersi. - Mama jest w niebie u Pana Boga i patrzy na ciebie. Cieszy sie tobą tak jak i my. Ale ty tam nie możesz polecieć, bo ludzie nie latają. Nie mają skrzydeł. A do nieba to idą tylko duszyczki zmarłych. Opowiadałam ci o tym przecież. - Ale babuniu - upierała się, zaciskając piąstki. - Gdybym wyszła tak bardzo, bardzo wysoko i rozłożyła ręce, to wiatr by mnie porwał i poniósł tam do chmurek. Babcia uśmiechała się i głaszcząc jej kędzierzawą główkę mówiła. - Głuptasku, to tylko marzenia. Pójdziesz do szkoły to będziesz się uczyć dużo ciekawych rzeczy i dowiesz się dlaczego człowiek nie może sam latać. Śliczna patrzyła na babcię i wzdychała z żalem. - Szkoda. Potem zbiegała z pagórka i zwinnie pomykała za kolorowym motylem. Kiedy Śliczna poszła do szkoły jej świat rozszerzał się z dnia na dzień, poza zagrodę dziadków i pola za domem. Z niespotykaną łatwością przyswajała wszystkie nauki i stała się ulubienicą nauczycieli. Kiedy inne dzieci zaledwie sylabizowały ona już płynnie czytała. Ze szkolnej biblioteki przynosiła książeczki i całymi godzinami czytała, wtulona w kanapę. Z wesolutkiej, rozbrykanej dziewczynki stała się niespodziewanie poważną, pracowitą uczennicą. Gdy nie czytała książek i nie odrabiała lekcji, siadała przy oknie i w milczeniu wpatrywała się w chmury. Potrafiła tak siedzieć do zmierzchu. Babcia zaniepokojona tą zmianą, mówiła do dziadka.…