Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 19 min czytania

SŁODKA ZEMSTA (cz. V)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

W niedziele w Ostrołęce jest giełda samochodowa. Taka nasza lokalna, niezbyt duża, ale czasami udaje się sprzedać albo kupić jakieś auto. Za kilka dni wyjeżdżałem za granicę, gdzie własny samochód miał mi być niepotrzebny, więc pojechałem ze swoim tico, żeby się go pozbyć. Jako, że czas naglił i nie mogłem sobie pozwolić na następną niedzielę w kraju, wyceniłem go poniżej wartości rynkowej. Myślałem, że w ten sposób szybciej go sprzedam. Jednak z każdym upływającym kwadransem przekonywałem się, że to nie był wcale taki dobry pomysł, bo każdy kto do mnie podchodził, podejrzewał w niskiej cenie jakiś ukryty haczyk. Nie pomagało nawet gruntowne oglądanie lakieru, silnika, podwozia, gdzie mimo ich przypuszczeń, nie znajdywali nawet śladu rdzy, czy niski stan licznika, który również budził w potencjalnych klientach podejrzenia. Nie wiem, czy poprzedni właściciel coś z nim robił, ale ja na pewno nie. Po prostu mało jeździłem. Kupiłem go, gdy miał przejechane 83000 km, a po roku miał tylko siedem tysięcy więcej. Może i trochę mało jak na samochód z 1999 roku. Z drugiej strony tico to przecież nie samochód na długie trasy, tylko na krótkie dojazdy do pracy. Idealny w mieście. W sam raz dla kobiety. Ekonomiczny. Mimo to, jakoś nikt nie wykazywał nim większego zainteresowania. Jeden z oglądających spojrzał na licznik i zaśmiał się: - Co pan, nie wyjeżdżał nim z garażu? Nic nie odpowiedziałem, bo jak wytłumaczyć komuś, kto pewnie robił w ciągu roku kilkadziesiąt tysięcy, że mało się jeździ. Kiedy odszedł nie doczekawszy się odpowiedzi, przypomniałem sobie przypadek kolegi. Miał trzyletniego golfa czwórkę, którego kupił w salonie i którym zrobił przez ten czas niespełna siedemdziesiąt tysięcy. Pojechał z nim na giełdę, ale mimo sporego zainteresowania klientów, nie udawało mu się go sprzedać. Bo każdy, kto patrzył na stan licznika śmiał się mówiąc: - O, panie, cofana szafa. Kolega początkowo zaprzeczał, zapewniał, że nie, ale po trzeciej giełdzie miał już dość. Wpadł na szatański pomysł, pojechał do stacji, w której cofano liczniki zgodnie z prawem (tzw. punkt korekty licznika) i poprosił, by podkręcono mu licznik o kolejne siedemdziesiąt tysięcy. Mężczyzna, któremu to mówił, popatrzył na niego jak na idiotę. - Jest pan pewny, że tego chce? - Absolutnie. W długiej karierze manipulatora mężczyzna robił różne rzeczy z samochodami, które polegały głównie na cofaniu licznika (miał na koncie kilka milionów cofniętych kilometrów), ale pierwszy raz trafił mu się ktoś, kto chciał, żeby kręcić w drugą stronę. - Jak pan chce. Po godzinie samochód miał na liczniku sto czterdzieści tysięcy przejechanych kilometrów. Z takim stanem był już o wiele wiarygodniejszy i został sprzedany na następnej giełdzie w niespełna dwa kwadranse. Handlarz, od którego rok wcześniej kupowałem tico, twierdził, że z jego sprzedaniem nie będę miał najmniejszych problemów. - Niskie opłaty, mało pali, wszędzie zaparkuje. Chodliwy towar. Sprzedałem ich już z piętnaście w tym roku. A był wtedy dopiero czerwiec. Rok później również był czerwiec, co w niczym nie zmieniało faktu, że straciłem nadzieję na udaną transakcję. Potwierdziło się, że samochód łatwo jest kupić, ale prawdziwą sztuką jest go potem sprzedać. Zacząłem się zastanawiać, co z nim zrobię, jeśli spełni się mój czarny scenariusz. Do komisu nie było najmniejszego sensu go wstawiać, bo wystawiliby mu taką cenę, że każdy omijałby go z daleka łapiąc się za głowę. A nikt z moich znajomych nie przejawiał chęci za tico, bo każdy jeździł o wiele lepszym samochodem. Nie wiedziałem, co robić. Opanowała mnie złość na samego siebie, że wciąż mi nic nie wychodzi. Nie wiem czemu, przypomniałem sobie wczorajszą imprezę. W pewnym momencie podszedł do mnie Marcin zapytał, czy nie mam nic przeciwko, że ciągle tańczy z moją dziewczyną. - To nie jest moja dziewczyna - powiedziałem mu wprost, bo nie widziałem najmniejszego sensu, by go okłamywać. - Nie? - ucieszył się kolega. - A kto? Chwilę się zastanawiałem, żeby użyć odpowiedniego określenia. Ale nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. Powiedziałem więc, że jest dla mnie tylko koleżanką. - Nie będziesz miał nic przeciwko, jeśli… - Jasne, stary. Rób z nią, co chcesz. Marcinowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Kilka minut później wyszedł razem z Wiktorią. Nie wiem czemu, ale poczułem się wtedy trochę dziwnie. Jednak kolejne dwa piwa znieczuliły mnie na tyle, że nie byłem w stanie czuć niczego poza chęcią położenia się na łóżku. Postanowiłem zadzwonić do Marcina i zapytać się jak było. - Tak? - usłyszałem jego rozespany głos. Było południe, jednak zdawałem sobie sprawę, że niektórzy po porządnej imprezie potrzebują więcej czasu na odpoczynek. Tym bardziej, jeśli nie muszą sprzedać samochodu. - Sorry, że cię obudziłem… - Wcale mnie nie obudziłeś - zapewnił mnie Marcin. Dotarło do mnie, że ona nadal może tam być i dzwonienie do niego w jej obecności było delikatnie rzecz ujmując głupie. Już miałem go przeprosić ponownie i powiedzieć, że zadzwonię później, gdy Marcin zapytał: - Skąd ty wytrzasnąłeś tę Wiktorię? Już nie musiałem pytać, jak było. Mimo to zapytałem: - I jak? - Weź przestań. Zahaftowała mi cały dywan. - Serio? - W dodatku cały czas bredziła o jakimś chłopaku, chyba Radku, który ją rzucił i którego musi odzyskać. Prosiła mnie, bym, jej pomógł, bo jakiś dupek jej odmówił. Nie miała czasem na myśli ciebie? - Być może. Dobra jest, no wiesz… - A skąd ja mam o tym wiedzieć? - Przecież byliście razem. - Jak byś zobaczył ją puszczającą bełta, nie myślałbyś już o takich rzeczach. Nawet dobrze się stało, bo miałbym teraz moralniaka. Ale poza tym jest oki. Nie wiem dlaczego, ale poczułem się zdecydowanie lepiej, gdy się dowiedziałem, że do niczego między nimi nie doszło. Może dlatego, że w głębi duszy zazdrościłem Marcinowi, że ma takie wzięcie u dziewczyn. - Jest jeszcze u ciebie? - Jak się obudziłem już jej nie było. Pożegnałem się z Marcinem i wtedy mnie dopadło. Ta myśl, że mi to się nic od życia nie należy? Tak naprawdę nigdy przecież nie miałem żadnych wakacji. Nie byłem na Mazurach, na które inni wyjeżdżają co roku. Niektórzy nawet kilkanaście razy. Zawsze musiałem tyrać jak wół, żeby zarobić trochę kasy. Jak miałem pieniądze, to brakowało mi czasu, a jak miałem czas, to kieszeń świeciła pustkami. Może należało skorzystać z propozycji Wiktorii, skoro wszystko miało być za darmo? Taki odpoczynek przed kolejną harówką dobrze by mi zrobił. Przy okazji mógłbym spełnić dobry uczynek pomagając jej odzyskać chłopaka (chociaż to nie było dla mnie aż tak ważne). Chyba, że propozycja była już nieaktualna. Gdy wróciłem do domu odszukałem jej numer w kieszeni garniturowych spodni i po kilkunastu minutach układania sobie tekstu, który miałem do niej puścić, odważyłem się wreszcie zadzwonić. - Słucham. Nawet przez telefon czuć było, że jest zmęczona i zrezygnowana. Rzecz jasna nie wiedziała, kto dzwoni. - Adrian z tej strony. Twoja propozycja jest nadal aktualna? - Tak. - Odniosłem wrażenie, że całe zmęczenie natychmiast ją opuściło. - Chyba z niej skorzystam. Oczami wyobraźni widziałem jak skacze z radości pod sam sufit. Szkoda, że przez telefon nie mogłem tego zobaczyć. Spodziewałem się teraz pytania, co mnie skłoniło do zmiany decyzji. Jednak nic takiego nie nastąpiło. Zamiast tego poradziła mi, co mam ze sobą zabrać. Zgodnie z umową, miała po mnie przyjechać. Już prawie mi się wyrwało, żeby przyjechała na wieś, tam, gdzie mieszkałem z rodzicami, jednak w porę się powstrzymałem. Niech nadal myśli, że mieszkam w Ostrołęce, w mieszkaniu, w którym ze mną była. Tam też kazałem jej po mnie przyjechać. Zaletą takiego rozwiązania była możliwość pozostawienia mojego samochodu na parkingu, na którym mogły go oglądać zainteresowane osoby. Od środka przykleiłem cztery kartki (z każdej strony po jednej) z niezbędnymi danymi. Kluczyki dałem siostrze, by w razie potrzeby, ewentualny kupiec mógł się nim przejechać. Siostra miała się również popytać znajomych, czy któryś z nich nie chciałby nabyć koreańskiej toyoty, jak zwykłem nazywać moje tico. O wyznaczonej godzinie Wiktoria podjechała pod blok srebrnym bmw, przed którym czekałem ze swoimi rzeczami. Zdziwiło mnie, skąd ma taką brykę, ale nie dałem niczego po sobie poznać. Zapakowałem wszystkie swoje bagaże i wsiadłem. Okazało się, że jedziemy dwoma samochodami. - Czemu? - zapytałem zdziwiony, bo wydało mi się to totalnym bezsensem. - Nie zniosłabym obecności Iwony tak blisko siebie. Mogłoby to się źle skończyć - powiedziała z iskrami w oczach. - Jak chcecie. W końcu, co mnie to obchodziło. Nie moje paliwo spalali. Dla mnie na te Warchały mogliśmy jechać nawet przez Kraków.

***

Byliśmy na miejscu jeszcze przed południem. Było już strasznie gorąco. Nie czułam się zmęczona, tylko zdenerwowana. Po pierwsze gburowatością Adriana, który przez całą drogę pewnie by się do mnie nawet nie odezwał, gdybym go nie zagadała. Po drugie bezpośrednią obecnością Iwony, która podeszła do mnie, wyciągnęła rękę i przedstawiła się, nic sobie nie robiąc z powagi sytuacji. Iwona była młodsza ode mnie. Mogła mieć osiemnaście, góra dziewiętnaście lat. Była szczuplejsza, wyższa, miała długie włosy w kolorze kakao i, musiałam

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%