Zbrodnia · 11 min czytania
Słońce na czarnym niebie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Słońce na czarnym niebie
Włożyłam klucz do zamka i szarpnęłam. Zaciął się. Zaklęłam pod nosem i natychmiast zmierzyłam korytarz czujnym spojrzeniem. Pusto? Chyba pusto. Przełknęłam głośno ślinę. Nienawidziłam takich chwil. Ciemny korytarz ziejący strachem. To chyba mój koszmar senny, którego nie mogę sobie przypomnieć. Szarpnęłam klucz, choć zdrowy rozsądek podszeptywał mi, że powinnam to zrobić spokojnie i z opanowaniem. Opanowaniem? Tak, łatwo powiedzieć! Jeżeli opanowanie może iść w parze z... moją sytuacją to, strach powinien łączyć się ze śmiechem. Ale tak nie jest. Dlaczego? Nagle zamek trzasnął i puścił. Błyskawicznie nacisnęłam klamkę i wpadłam do mieszkania. Zdało mi się jeszcze, że w głębi korytarza powstaje coś na kształt czarnego widma. Zatrzasnęłam drzwi i natychmiast zamknęłam je na zamek. Oparłam się o nie plecami i starając się opanować przyspieszony oddech, wylądowałam na ziemi w pozycji siedzącej. Skryłam twarz w dłoniach. Nie, ten strach... Ja przecież już dłużej tak nie mogę... Dlaczego... Dlaczego wciąż muszę się tym zadręczać? Minęło pół roku odkąd widziałam ostatni horror w telewizji. Nie pozwalałam sobie już na tak lubiane kiedyś wróżby i horoskopy. Nie zaglądałam właściwie w żadne miejsce, które mogło obudzić wspomnienia. Chciałam się odgrodzić, uwolnić... A gdzie Grizzly? Przeklęty pies! Minęło już trochę czasu od kiedy Grizzly ostatnio mnie witał. Może... pół roku? Pół roku od... Nie. Nie wolno pozwolić powrócić natrętnym myślom. Wzięłam głęboki oddech. Wiedziałam, że zaraz nastąpi jeden z tych moich ataków. I przed zamkniętymi oczami stanęła mi jej twarz. Twarz blada, przerażona. A na jej szyi drut. Drut i moje ręce. Nie! Otwarłam gwałtownie oczy i uniosłam twarz z kolan. Na moment serce przestało mi bić. Była. Stała tam. Tuż przed oknem. Nie... Nie, błagam, wróciła po mnie! Ale po co? Czego ona jeszcze tu szuka? Przecież ma wszystko! Od talentów po urodę. Wszystko! Więc czego szuka? To chyba jasne. Zemsty. Poderwałam się na równe nogi i po omacku wymacałam kontakt. Zapaliłam światło. Przez chwilę, wierzyłam, że ona tam naprawdę jest, że po mnie przyszła. Dopiero potem, zdałam sobie sprawę, że przed oknem wisi wieszak z moją nową sukienką, którą przysłała mi Ginny. Sukienka. Tylko sukienka. Powinnam się roześmiać. Ale nie umiałam. Nie śmiałam się już od... pół roku. Łzy zaczęły cisnąć mi się do oczu. Ja już tak naprawdę dłużej nie mogłam. I do tego jeszcze Grace... Często zastanawiałam się, czy gdyby jej nie skazali, czułabym się lepiej. Pewnie tak. Była właściwie moją drugą ofiarą. Ofiarą siostrą. Nie. Nie można tak mówić. Sąd ją skazał. A czy sprawiedliwie... to nie moja wina. Zawsze mówiłam jej, że powinna nauczyć się kłamać. A ona jak zwykle- prawda i tylko prawda. Więc pewnie w sądzie było podobnie. Zastanawiam się, jak też oni dowiedli jej winę. Skoro nie kłamała, a nie ona... Nie ona to zrobiła... Pewnie to zasługa mojego adwokata. Byłam oskarżona o morderstwo. Czy słusznie, czy niesłusznie, nie jest tu kwestią nadrzędną. Kwestią nadrzędną jest to, że nie zdołali mnie skazać. Chyba tylko to się liczy. Chyba. Wyrok sądu jest ostateczny i niepodważalny. Tylko dlaczego, dlaczego pytam, skazał moją niewinną siostrę na to? A skąd wiem, że niewinną? Cóż. To chyba jasne.
***
Chwycili mnie pod ręce, jakby bali się, że będę uciekać. Jak? Gdzie? I co ważniejsze, po co? Wyobraziłam sobie, co za chwilę mnie czeka. Strzykawka przenikająca moją skórę, żyły... Obcy płyn wprowadzany do mojej krwi. Po to, by mnie zabić. Zabić, zamiast mojej siostry. Nie zastanawiałam się jakoś, czy to szlachetna śmierć. Umrzeć za niewinnych- oczywiście. Ale umrzeć za mordercę? Trochę mniej to chlubne. Chociaż to przecież była moja siostra. Moja kochana siostra, z którą mieszkałam pod jednym dachem, którą znałam jak nikt inny. A może tylko myślałam, że ją znam? Kazali położyć się na stole, trochę przypominającym taki stół do robienia operacji. Nie znałam się na tym i chyba nie chciałam już tego poznawać. Położyłam się. Przypięli mnie skórzanymi pasami. Pewnie będzie bolało. Już chyba nie bałam się bólu. Dosyć go doświadczyłam. Najpierw w sądzie, przy zeznaniach fałszywych świadków, potem tutaj w areszcie, mając już świadomość, że to prędzej czy później się wydarzy. Chyba bardziej bałam się zapomnienia i fałszywego świadectwa, które pozostawię teraz po sobie tu na ziemi. Bo jak mnie zapamiętają ludzie? Jako okrutną morderczynię, która z zimną krwią udusiła ledwie znajomą osobę. O ile w ogóle mnie zapamiętają. Przyjęłabym to z pokorą, gdybym tylko na to zasłużyła. Gdybym wiedziała, że zabiłam i ponoszę słuszną karę. A tak nie było. Przyłączyli mnie do tego dziwnego monitora, który widziałam już nieraz na filmach. Kardiomonitor, o ile się nie mylę. A teraz co? Koniec? Tak nagle? Bez pożegnania? Nikt nawet na mnie nie spojrzał. Dla nich byłam kolejnym pacjentem. Ach, żeby aż pacjentem! Byłam zwierzęciem do uspania! Przedmiotem do wyrzucenia! Jeden z nich zaczął przygotowywać trucizny. Odliczał krople. Pewnie nie chciał zmarnować na mnie za dużo. Bo zaszkodzić mi to już nie mogło. Nagle zatęskniłam za moim krótkim pobytem w szpitalu. Tam była taka miła pielęgniarka. Zawsze się uśmiechała i proponowała słodycze. Nie wiem, czy miała do tego prawo, w każdym razie tak właśnie…