przyjazn · 49 min czytania
Słowny poetów tenis
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Brak odzewu. W ściany mojej domowej pustelni, nikt nie przychodzi i nikt nie zagada, donośnie na ludzkiej puszczy wołam, nawet pieprzone echo nie odpowiada, czasami przybłąka się ku mnie jakaś wygłodniała dziewucha, też ma mnie serdecznie w dupsku, oczy wytrzeszcza, poza tym jest głucha, za to główkuje, chatę wolną ma, i czego do diabła mnie nie bierze, o Bogu tylko prawi, głupi czy co, może jaki święty -nie- nie wierzę. Wacek
Prasadam Pasztet bez zająca, majonez bez jaj galareta bez nóżek, bez teiny czaj rosół nie na kurze, bigos nie na winie gołąbki choć z ryżem, to nie na padlinie szuba bez niedźwiedzia i gulasz bez świni żurek bez kiełbasy, smalec bez słoniny sałatka bez śledzia i ryba bez ryb golas bez zboczeńca muchomor - nie grzyb szaszłyki nie z wołu, kotlety nie z dupy kiełbaski nie w kiszkach i bez kości zupy i móżdżek bez mózgu i flaczki bez kich gotuj jak ja z sercem, popatrz ile mich Lecz to wszystko na nic, choć wypełni brzuch jeśli dań tych wcześniej nie skosztuje Bóg A więc moi mili niech kto w Niego wierzy zaprosi Go teraz do wspólnej wieczerzy Przeprośmy Go w sercu, że dotąd jak chamy sami żeśmy wszystko do końca zjadali Tak, to ludzka rzecz, zapomnieć Kto Panem więc wam przypominam, bo to me zadanie przynosić wam światło, no i oczyszczanie z grzechów, które ciążą jak codzienne troski przepraszam lecz muszę- mam numer mistrzowski(11) A więc powtarzajcie gdy ktoś nie potrafi: Przyjm Panie to żarcie, bo mnie szlag tu trafi jeśli nie skosztuję zaraz tego co tu leży smaczne-no to teraz my, szturmem do talerzy El.O.
Epilogu przeprosiny Gdy nie wszystko wyrzuciłem, co na śledzionie mi leżało, i mnie duszyczkę, astralnym ciałem subtelnie spowijało, epilogu niekończącą się listę przeprosin otwieram, i na tych, którym ego uraziłem błagalnie spozieram, więc przepraszam ludka barbarzyńcę urażonego, jak również pijaka ludzki wrak, brata mi bliskiego, niech także nie gniewa się na mnie Lola prostytutka, bo swego czasu i ze mnie było też kawał niezłego fiutka. W swej liście również nie chcę zapomnieć o księdzu plebanie, ale ten na sądzie ostatecznym za czyny swe tęgie zbierze lanie. Także przepraszam pana papieża, kardynała i biskupa, i każdego błądzącego w niewiedzy duchowej żywego trupa. Tutaj szczególnie pragnę przeprosić imć księdza arcybiskupa, którego w mym wierszu jak zachodzące słońce błysnęła pupa. Przepraszam za to także obrażalską koleżankę z nr jedenastym, iż śmiem wcinać się do wierszy pisania z pechowym nr trzynastym. Przeprosić również chcę jej kochanego synalka, niepoprawnego guru, bo on jakby nie było, też przyłącza się do Boga wielbienia chóru. Demokracji to zaleta, że każdy kto chce może być głupi, wiedzę należy umysłem ogarnąć, jej na bazarze nie kupi, ale cóż i was też chcę przeprosić na koniec kochani ludziska, iż o duszę walcząc, waszym fałszywym ego wycierałem pyska. Również za swe obrazy, jak co dzień przepraszam Boga, nie czekając z tym do chwili, gdy mnie przyprze trwoga. Wszystkich ich proszę, by wybaczyli mi zapędy mojego pisania, równocześnie podkreślam im, iż nie są to jedynie puste zdania. Po wyrzuceniu na papier, co mi w duszy grało, jedynie o pierdołach by mi pisać pozostało, więc gdy słoneczko w górze ciepełkiem zaświeci, ja będę przyrodą natchniony jak wariaci poeci, wtedy już na pewno pisaniem swym niczyjego nie dotknę życia bagażu, pisząc jedynie o trawach, motylkach, krówce, pszczółce i lilii lichtarzu, tak w mej poezji pięknej będę ciągle wam ściemniać, lawirować, by każdy czytający się dedził i z trudem logiki sens pojmował, tak więc ciągle będę w niej bzdety pociskać, by w efektach niewiadomy rezultat uzyskać, aby w przyszłości, w kuźniach umysłów nauczyciele, mieli na temat wypocin mych do powiedzenia wiele, jak w deliberacjach nad magiczną liczbą 40 i cztery, cóż owy wieszcz miał na myśli, to pisząc do cholery? tymi pytaniami ciągle uczniom w głowach czynią zamęt, a tu jedynie zawinił jakiś poeta- może Jurek Putrament? Ależ mnie poniosło w sklecaniu częstochowskich rymowanek Boże, bez mistrzowskiego numeru Wacek o pierdołach jedynie pisać może, więc do ludzi duchowe memoriały pisać muszę, by rozjaśnić i z letargu wyrywać zagubioną dusze. Na koniec w tej liście przeprosin jeszcze raz wszystkim dołożyłem, ale myślę, że tym poniekąd ich drzemiącą inteligencję rozbudziłem. Wacek
Gienkowe spotkania. Kwaśniewicz Domu Kultury dyrektor, działa w nim jak kamieniecki Hektor. We czwartki u niego, jak u imć Stanisława odbywa się spotkanie, i wciąż gmin tych samych nielicznych kobitek przychodzi na nie. By odróżnić je od spotkań artystycznych, zwano je Babskie Pogaduchy, tam we wzajemnej adoracji dziewczyny siedzą, jak na kanapie poduchy. Elżunia prekursorką jest i główną organizatorką owego spotkania, ale prócz wykwintnej wegetariańskiej wyżery mało ma do gadania. Pośród tej małej społeczności mentor siedzi jak brązowy rodzynek, to nie są biesiady artystyczne u króla Stanisława, a on nie Wieżynek, szefowej kuchni on spotkania cenzuruje, czego nie ma robić i nie mówić dyktuje. Celem spotkań tych, danie wszystkim Kryszny jest przesłanie, więc każdy w kulinarnej łasce wraz z dyrekcją Jego dostanie, by spotkania ożywić skostniałe, tchnąć trzeba by ducha nowego, Elżusia rzekła - wierszem, prozą piszesz, przyjdź na nie kolego, a gdy już z moją twórczością się zapoznała, jak dobra matka swych dzieci, zaoponowała. Twoja brzydka literatura chyba dla nich się nie nadaje, moje towarzycho w budyniach i kisielkach Boga dostaje. Od nadmiaru smakołyków umysł nie chce rosnąć, ino tyłki i brzuszki, jej dziewczynki nie wyglądają jak joginki, lecz jak na półmisku kluski, owszem pójdę na Elżuni spotkanie, gdy będę zaproszony, przekonać się czy tłumek mnie nie zlinczuje wkurzony, dla„ ślepców” skuteczne nauki z mędrców ostrych słów prawdy słyną, ci co pobłażaniem głaszczą, jak gówna w rynsztoku przez wieki płyną, więc chłopaki w przebraniu bab, to tani kuglarze marni, jednak związek już 20 stuleci przetrwał, bo są solidarni, ciekawe po czym dziewczyny chcą poznać poetę, po jakiej etykietce, pewnie po odmiennym ubiorze, atrybutach w szalu, fajce i beretce, ale prawdziwego mędrca nie lansują gadżety i szmaty, błyskotliwych powiedzonek gra słów, ani łeb kudłaty, bo zgodnie z tym co mówi, jest jego postępowanie, a pod teatralnym ubiorem kryją się głupcy i dranie, dlatego i głupiec elegancko ubrany za mędrca uchodzi, gdy publicznie wychyli się, jego to reputacji zaszkodzi, nie w jasełkach sztuka, gdy publika ślepa, głucha, więc kto ma uszy niechaj pilnie mędrców słucha. Wacek
Pukam, kołaczę. By poznać Boga, porzuciłem ciała wszelkie uzależnienia, i tylko po uciechach życia pozostała mi się pytająca nisza, dlaczego dziecku nie chcesz sprawić Panie zadowolenia? on wieczny, wobec tego nie zabije go, lecz pokona cisza, nie satysfakcjonują go odpowiedzi ludzi, bo są wymijające, on nie chce Boże, niczym pies wracać do wymiocin swoich, czy nie wiele potrzebując, wybiera się z motyką na słońce? on na drodze duchowej potrzebuje bliskości ramion Twoich. Widzę, że nie każdemu kołaczącemu drzwi otwierają, gdy on ładnie puka, też nikt go nie zaprasza – proszę, zło spowszedniało, może Piotra u wrót nie stawiają? może brak miejsc, a ja - do Domu wracajcie tu głoszę, O! tak łatwo nie poddam się i nadal będę łomotał, i jeszcze inne duszyczki pod Twą bramę przyciągnę, byś Ty w każdego sercu rezydujący się zakłopotał, jak nie z tego, to z innego ciała, ale cel i tak osiągnę, zatem Tam już szykujcie się, bo przywiodę bataliony, to coś Panie z gliny ulepił, ja o Tobie wiedzą zburzę, bo za mną przyjdą; rodzice, dzieci, rodzeństwo i żony, a może Ojcze nasz, ja swoim pisaniem Tobie nie służę? Wacek
Część 22 / 2
Świat oczkiem Józia widziany. Gdy się znowu zbliżały mamuśki imieniny, tatko poruszony był niczym w zrękowiny, mama przychodząc z pracy od paru dni nie dosypiała, bo na swe imieniny kulinarne przysmaki szykowała, w przygotowaniach tych czuło się świąteczne poruszenie, a w wigilię jej imienin, ostatnie i dokładne izb zamiecenie. Stół obrusem zaścielony, kanapki, ciastka, karafki i świeczki, tata jako głowa domu na nim poustawiał kieliszki i buteleczki, nagle do drzwi głucho dzwonek zazgrzytał, to tylko sąsiad, czy krzeseł starczy się pytał, wreszcie przyszło parę najbliższych koleżanek mamy, przy stole zajęły swe miejsca, niczym wytworne damy, pomiędzy nimi jak monarcha tatko zasiadł dostojnie, z mety niczym barman trunki szafować zaczął spokojnie, ciotki też przyszły i wujek Wacek, abstynent odmieniec, na widok tego gościa mamie wystąpił pąsowy rumieniec, wyschnięty tatuś w piciu ostre tępo narzucił, i mamci, że o gości nie ma dbałości, zarzucił, były kwiatki, prezenty, owacje buzi i życzenia, nawet sto lat wyśpiewano, jak od niechcenia, towarzycho podlewane wódą szybko się rozkręciło, przekrzykiwano się, a tatkę do ciotki piersi nęciło, mamusi koleżanki lubieżnie obłapywał i ciotkę obściskiwał, ślinił się, oczami przewracał i jak chamisko się zachowywał, na samym rogu cichutko, mamuśka sobie siedziała, zmęczona, smutno ze zmieszaniem się uśmiechała, co raz kursowała do kuchni po przystawki, i napełniała opróżniane na prędce karafki, wuj Wacek broniąc zagonionej mamci trochę oponował, pomagał jej w kuchni, niczym dżentelmen się zachował, sam nie pił i nie jadł, jedynie o Bogu gadał, o tym, jak wegetarianinem został opowiadał, tłumaczył wszystkim dlaczego nie należy jeść mięsa, i nie pić wódki, biesiadnicy zaś zgodnie twierdzili, że prawi banały i pociska smutki, po co się umartwiać, wciąż modlić, przecież życie jest jak dzionek krótki, trza umieć się cieszyć życiem, bawić się, bawić – Zdzichu nalej wódki, raz się żyje, trza baby deptać – ktoś zapiszczał- i spać z chłopem, nie ma co się na zapas Wacuniu martwić, o to co będzie potem, i zachodzili w głowę jak tu nie zjeść kuraka i gorzałki nie wypić, bez sensu prawisz, odmawiać sobie wszystkiego i po cóż tu żyć? nawet dziadziuś całkiem trzeźwo z kanapy powiedział zaspany, Wacio alkoholu nie pije, a ściemnia chłop, jak gdyby był pijany. Jedynie ciocia Krysia ze zwieszoną warą podparta łokciem na stole, mamrotała – mów Wacuniu, mów, nie zauważając swej piersi w rosole, tylko tatuś wuja posłuchał nic nie jadł ino wódkę zapijał rosołem, machał rękami, wykrzywiał się, osunął się i wylądował pod stołem, z początku mlaskał, ciotki szczypał, aż podskakiwał stół, wreszcie zasnął, wyciągnął nogi i buczał jak zarzynany wół. W kąciczku izdebki uśmiechała się blada buzia, była to wątła figurka pilnego obserwatora Józia, on wcinając ciasteczka na nocniczku sobie cichutko siedział, chce być jak tata silny maczo, o tym już doskonale wiedział, Znowu krzątanina w domu i jak zwykle na urodziny taty, przyszli z flaszkami kumple z budowy niczym jego swaty, wódy nanieśli jak wody do licha, a mama znowu usługiwała cicha, wujek Wacek znów insynuował, że traktowana jest jak służąca, ona odparła sama, że protestować nie będzie, bo jest wierząca, gdy dobrze w rurę dało sobie całe obleśne towarzycho, lubieżnie mamcię obmacywali i nie protestował Zdzicho, Józio w swym kąciku, aż piszczał z radości, też chcę mieć imprezkę i dużo, dużo gości, tatce bez względu czyje w domu święto się obchodzi, super jest, nic nie robi, jemu naprawdę się powodzi, mama zaś nawet wtedy gdy jej święto jest, za służącą robi, Józio też sobie kupi żoneczkę, niech ona go swą pracą zdobi. Społeczeństwo słowiańskie byle pretekst świętuje, i w suto alkoholem zakrapianych bibach gustuje, cienko przędzie, dwa do roku razy śledzie je, bo pości, za to po postach schodzi się i razem się gości i gości, sami przyznają, iż na modły w codzienności czasu nie staje zbyt wiele, ale przecież pobożni są, bo zawsze do kościoła chodzą w niedziele, też grzesznikami nie są, bo często się spowiadają, całkiem źli też nie są, bo i prorocze sny miewają, a że na imprezach w pijaństwie gość gęsto niczym trup się ściele, przecież jak się bawić ma Polak, ukazuje Wyspiańskiego „Wesele”, a i pan szlachcic na pańszczyźnianych się bogacił, gdy za ich ciężką pracę wyrobną, alkoholem płacił, a i u nas także jak na Ridlowym weselu, jest przegląd znamienitych gości wielu, ja na nocniczku sobie siedzę jak na tronie, chrupię ciasteczka i w niego kupą dzwonię, bawić się to świata porządek ludzki, jeszcze małym, lecz wielki będę jak Piłsudski. Wacek 27 października 2001
Rocznica wcielenia. Boże mój, urodziny Józia dopiero dwudzieste ósme, cóż one wart są, gdy na nich w gardło sobie nie chlusnę, ale ten facet, jak na razie też nie tankuje, i ponownie na drodze do Buczka buszuje, i dobrze, że chociaż wrócił i na niej pokracznie kroczy, zaczął kirtany prowadzić i na Krysznę już się nie boczy, lepiej jest, iż on śpiewa, niż miałby łapać dla sportu ryby, a przecież mógł im cierpień oszczędzić chodząc na grzyby, długa jeszcze przed nim droga życia, może teraz już nie upadnie, gdy usłyszę, że do Indii się wybiera, upadek znowu mu przypadnie, błądząc, długo jeszcze będziesz musiał czekać na koniec świata, tak jak ciągle tu jest, chociaż dawno odeszła moja matka Agata, również jak matka świętej pamięci mój ojciec Franek, chociaż wyżej, ale też musi witać materialny poranek, chłopie, już nie klucz po bezdrożach, idź do Pana drogą prostą, poskrom swoje ego fałszywe, przestaniesz być personą wyniosłą, szanuj matkę swoją, ona też tą drogą idzie, nie traktuj jej jak służącą, pomóż jej w bidzie, ona także stroskana musi się z losu przeciwnościami borykać, gdy mówisz, że makaron jest krzywy, ignorancja to, co tu ukrywać, nie zawsze jest ważniejszy ten, kto portki na dupie nosi, a ona nie upada i o łaski dla dzieci swych u Boga prosi, co prawda duża ona baba, ale powinieneś ją nosić na rękach, i dostrzegać to, iż ona także tonie z twego powodu w udrękach, przysparzając innym trosk, przyczyniasz się do upadku swego, a Kryszna za zadawany ból jego wielbicielowi, nie popuści tego, bakta drugiego baktę uważa za godnego sobie partnera, jak może stara mu się pomagać i nim nie poniewiera. Pan Brama-pasjonata z mozołem ten świat materialny buduje, z kolei Pan Visznu- dobrodziej, ze stoika spokojem się przypatruje, gdy Pan Sziwa pełen miłości i dla każdej żywej istoty tolerancji, przychodzi jednak niszczyć ten świat, bo bóstwem jest ignorancji, i nie ważne czym, kiedy i jak On tego unicestwienia dokona, a miecz w wierszu zaistniał poetycko, jak w wędce przepona, co do czego to nie musisz i nie powinieneś się przede mną tłumaczyć, nie próbuj odgryzać się wierszem, raczej racz mi to wybaczyć, koniecznie musisz nabyć do wszystkich ogłady, a wiersz potraktować jedynie, jako dawane rady. Myślę, że i ten wiersz, jako naukę dla ciebie mi Bóg podyktował, nikogo ja nie żałuję, lecz to On za twoją rodzicielką zaoponował wykorzystując mnie jako medium, bo jestem w pobliżu, Józiu popracuj nad umysłem, stań się duszą w negliżu, a jeżeli wiersz ten podkurwi cię, wiedz, że mocne masz fałszywe ego, Michałek także dziecię jest Boże, mnie także polub drogi kolego, to na razie umysł, wróg twój mocne astralne ciało wokół ciebie buduje, nie podporządkowany będąc tobie, życie duchowe zachciankami rujnuje, on wymusza na tobie byś ty był gotowy na jego usługi, to nie matka, lecz ty wobec niej masz zaciągnięte długi, wiersz ten jest tak, jak gdyby urodzinowe życzenia, Józek, solidnie pełń bakti, a nie jak od niechcenia, gdy Kryszna ujrzy poprawę twą, będzie z ciebie zadowolony, a w nagrodę za to, może nawet do sadu będziesz podniesiony, tak więc mój drogi bakto, gdy chcesz naprawdę iść do Boga, moje wiersze prześledź, a za naukę niech ci posłuży „Przestroga”, i na pewno wtedy do Niego i to nie przez Ganges powrócisz, ale wtedy, gdy skąpany Jego imieniem raptusostwo porzucisz, Józiu, zechciej Krysznie gorąco podziękować, iż zechciał mi dla ciebie wierszyk podyktować, a ja gdy już będę widział, iż twoje zmieniło się usposobienie, na kirtany przychodził będę, by wykorzystać swe podniebienie, dobre cechy zdobią baktę, a uroda wykwintna-dziewczęta, zaś dobrego wiersza okrasą jest rym, jego sens i puenta, więc zamiast puenty złożę ci twojej poprawy życzenia, chyba ładny mi wiersz Pan podyktował, nie od niechcenia, widzisz Józiu składnie piszę, spokojnie i na nikogo nie krzyczę, czego i tobie też, w dniu twoich urodzin z całego serca życzę. Wacek
„Szaman” Cieszy mnie Krsno bardzo, że już w gminie nauczać nie muszę, Bo od Gwarków, grzmi potężny głos „wołającego na puszczę” Nauki moralne on wszystkim śle, stosownie do wieku swego „Co robił za młodu On?” – nie pytaj kolego ale niesprawiedliwością by było, wytykać mu błędy młodości, bo, że się zmienił na lepsze On – widać po gościu i czasem zapomina, że gdyby nie Visnu das, Srilabrbhupad i Krsna byłby z niego stary zrzęda, pijak, erotoman, gawędziarz i materialista i kiedyś często, dziś od czasu do czasu chlapnie na nich jakąś obrazę i przez głupotę, efekty swych pokut, i praktyk duchowych szybko wymaże tak więc choć lata mijają mantruje on wciąż domu swego duchowego fundamenty i tylko pod nosem czasem mruczy, „że proces przeklęty” w ilości swych randów Haridasa Thakór goni niestety w pokorze swej, za nim daleko stoi ale to, co kto robi, to jego prywatna sprawa że do ośrodka nie jeździ – cóż przecież to nie Misji zdrada sam Jagad Guru mówi, że jeśli ktoś z Instytutem pracować nie może w porządku – niech swój duchowy ogródek samemu orze „najważniejsze, żeby zawsze próbował ludziom dać Krsnę” a nie stojąc na boku, udawał, wzniosłego transcendentalistę nie są to moje sądy nad Jackiem, tylko przestrogi i żeby je dobrze zrozumiał, daj mu rozum Boże drogi bo jeśli coś z tych rad po drodze jego fałszywe ego przechwyci to zamiast wziąć sobie ten wiersz do serca każe mi se go wsadzić do życi a że będzie to trudne, bo na A4 pisze z dużej litery się do Niego zwracam i na inteligencję liczę jak już wspomniałem, pokora nie jest Jego mocną stroną ale mimo tego ma On dziś od Krsny fajną służbę powierzoną Wenę zatrudnił na stałe i wiersze pisze strona za stroną moralne są to tryptyki, dla dobra ogółu pisane gdy w przyszłym życiu, będę uczył się ich w szkole psy będę wieszał na nim, gdy dostanę pałę ale teraz to jemu wcale nie przeszkadza gdy do Krsny nie wróci, w przyszłym życiu też się ich uczyć będzie taka za rozpisywanie jest kara a znając Jego tendencję do krytyki oj będzie głośno bluzgał na te tryptyki na razie jakby był swoim ciałem, włosy zapuścił i bródką się swoją zachwyca ludzie, kurwa, popatrzcie – podobny do Mickiewicza przepraszam drogi Krsno, że żarty sobie z Niego robię wszak w każdym swym wierszu zawarł dla ludzi moralną przestrogę i wielką korzyść, każdy odniesie, kto wiersze Jego przeczyta dlatego szybko bledną przy nich, materialne bazgroły Mickiewicza bo o centymetr do Boga nie zbliży się ten, kto dzieła Mickiewicza przeczyta więc lepiej już człowieku, czytaj wiersze D. bo tam, choć w ostry sposób, ale jest wiedza duchowa podana kochajmy więc wszyscy bardzo, naszego Łęczyńskiego szamana wkurzony Józio
Na pierdoły-riposta. Józio wyrzekł, iż wierszami mymi stał się zauroczony, a czytając je, ni krztyny nie stał się przez nie zawstydzony, widokiem tego, jako szaman, nie do końca go zaczarowałem,, bo myśli, iż silnego od niego kopa w fałszywy zadek dostałem, tylko nie zauważył, iż to jego skopane zostało fałszywe ego, gdy zgoła głupim wierszem odszczekał się na życzliwego, widokiem z pozostałości kiry, ma schizowe zwidy, bo widuje tryptyki, jest guru, ale po przeczytaniu tego wiersza, stanie się dopiero dziki, no stary nie martw się, choćby jutro, to wyrzeknę się swego pisania, dzisiaj wszystko spiszę, a jutro nie sklecę ani jednego zdania, ale gdy ponownie przyjmę narodziny, twym zostanę nauczycielem, a ty gościu będziesz myślał znowu, iż ciała jesteś właścicielem, i miast go szanować będziesz w nie wlewać różne wynalazki, po których będą ci się przedstawiać potrójne obrazki, ty jak rasowy alkoholik nie możesz rozstać się z Bogiem, robiąc dyspensy w końcu już nie wiesz co ma być nałogiem, nikt nie musi i nie powinien starego D. Wacka zostawać fanem, gdy nie zrozumiałeś kim on jest, zacznij go tytułować per panem, wytykanie prawdy, a czynienie obraz, to dwie różne rzeczy, lecz pierwsze jak i drugie, stanowczo pyszałka nie leczy, najczęściej bywa tak, iż zarozumialca rodzice gubią, gdy wokół niego na palcach chodzą i jak guru hołubią, swym nadskakiwaniem mu, wbijają go w głęboką ambicję, a on się czując dowartościowanym, ma w dupie prohibicję, chociaż cię rodzice zwłaszcza matka traktuje jak bożyszcze, ty w zamian w łeb ją walisz i mosty zamieniasz w zgliszcze, do twych szarych komórek nawet nie dociera „Przestroga”, potencjalnych znudzonych życiem samobójców, nie straszy trwoga, i gdy niby poprawiając się ze złej drogi jak syn marnotrawny zawracasz, po jakimś czasie na nowo, jak ten pies do swych wymiocin powracasz, i gdy na gruncie jakikolwiek fundamencik wybudujesz, swym brzechaniem wszystko rozpieprzysz, do cna zrujnujesz, tymczasem ja już nie wiedzieć, które z mozołem piętro stawiam,, żadnych przeciwności losu i zapowiadanych burz się nie obawiam, ty stary naprawdę nie dostrzegasz mozołu pajączkowej służby oddania, zamiast cenić ją, ona jest ci obrazem kpiny, pyszniącego się drania, nie wiedziałem, iż gmina jest pod twojego nauczania jurysdykcją, gdybym to wiedział, zarażałbym Tomaszów wierszowaną edycją, nie wydaje mi się, że na Guru, Visznudasa, czy Krysznę coś chlapię, ponieważ od lat linię wciąż trzymam, widokiem tego obraz nie łapię, ty zaś dość często dyspens sobie udzielasz w wyrzeczeniu kolego, gdy za gotowanie matkę opieprzasz, to nieźle ci w dupę daje f. ego, wypacając owy wiersz do mnie, sam wiesz ile obraz popełniłeś, czy aby to przerwy nie spowoduje znowu, odczujesz gdy je zrobiłeś, twoje wypociny nawet myślę, że blokersom mogłyby się podobać, ale takich jak ja, nie powinieneś czczymi wydumałkami dziobać, wiesz- można mieć zapędy do twórczego płodzenia, ale dobieranie taktownych słów nie bierze się z chcenia, w polityce można komuś naftykać, odpowiedzialności unikając, bo ślizga się ktoś na prawie, furtki, kruczki i druczki znając, z kolei z nauczania w parafii łęczyńskiej wcale cię nie ruguję, ale przeciw pisaniu nieprawdziwych rzeczy, ostro protestuję, wytykasz jakie to życie w młodości nie prowadziłem, jednak pomimo tak niezliczonych nałogów się poprawiłem, a ty z jednym nałogiem wciąż miewasz nieziemskie kłopoty, Józiu widzisz, Kryszna determinacją nie obdarował idioty, z kolei prawdę mówiąc patrząc na ciebie, o wiele lepszy byłem, szanowałem swoich rodziców, nieraz kogoś, gdy zasłużył, uderzyłem, poza tym matka jest kimś świętym i nie spuszcza się jej lania, no chyba, że to należy do szczególnej służby bakty oddania, widzisz stary, ty zamiast mnie widzieć duszyczkę w ciele, coś ci się pieprzy w głowie i z poetami z przeszłości się miele, mnie zupełnie nie obchodzi twojej łysej pały swoboda, więc cóż ci przeszkadza na ciele mym kozia broda, więc zobacz stary, ile w tekst pierdoł nawtykałeś, odgryzając się, znowu o służbie Bogu zapomniałeś, obrażasz mnie i chrzanisz, że dotykasz fałszywe ego, nie rzuca się na kogoś bezpodstawnie inwektyw kolego, mógłbym jeszcze wiele, wiele twych kalumnii roztrząsać, ale myślę, że nie ma się co na zagubioną duszyczkę dąsać, lepiej pióro złam i w język się ugryź, żeby nie palnąć jakiejś głupoty, i zanim znowu coś napiszesz, ustal to z Kryszną, nie rób z kogoś idioty, i to nie fałszywe ego odzywa się u mnie, zrozum na miły Bóg, nie sprowokujesz mnie, bym formy Kryszny wyrzucił za próg, jeżeli ta riposta, ciebie domowego guru troszeńkę mocno zaboli, wiedz, iż Wacek dla uzyskania pokory zjadł i zjada dosyć dużo soli, bo rozumek, oj daje, oj daje mi nasz Ojczulek drogi, i z rad dobrych zawsze korzystam, choć już stare nogi, tylko, że w twym pamflecie nie mogę jakoś dostrzec dawanych rad, oprócz wyłuskiwania dla pozyskania rymu, zgoła wydumanych wad, gdy za twe dyletanctwo w ignorancji ponownie się wyłożysz, to już do ponownego powstania z pewnością się nie przyłożysz, duszo - już jedynie Ganges takiego jak ty czeka, lecz wiedz, że z obraz tych nie wyleczy nawet rzeka, dam ci dobrą radę, nie odgryzaj się już więcej w swoim rozumie, i