Horror · 14 min czytania
Smak lata 1/3
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Szedł tropem ofiary. Zapach potu i krwi unosił się w powietrzu. Była ranna. Wiedział, że ukrywa się w krzakach. Wytężył słuch. Jej oddech był szybki. Łapczywie połykała powietrze, przerażona, pewna swojej śmierci. Uśmiechnął się. I nagle, usłyszał dziwny dźwięk, głośne pikanie. Coś jakby dzwonek telefonu. Coraz szybsze i coraz głośniejsze. Czyżby nagonka? Ktoś na niego polował? Rozejrzał się. „Wstawaj!” - usłyszał głos narzeczonej i otworzył oczy. Leżał w łóżku. - Kochanie zaraz musisz iść do pracy – powiedziała. – Miałeś koszmar? Strasznie rzucałeś się po łóżku. - Nie. Nie pamiętam. Możliwe. Dziękuję, że mnie obudziłaś. Idę się umyć – odparł sennie.
Czuł się okropnie, nie znosił lipca. Była ósma godzina, a on grzał się w aucie. Szczecin nie był najgorętszym miastem w Polsce, wiatr przyjemnie niwelował letnią temperaturę. Niestety w samochodzie nie był to żaden atut. Co prawda podczas jazdy otwarte okno dawało ukojenie i chłodziło rozgrzany organizm, ale oczekiwanie na zielone światło w tym upale wlekło się niemiłosiernie.
Dwadzieścia minut jazdy do centrum i wreszcie był w firmie. W banku pracował od pięciu lat. Nienawidził tego zajęcia. Na początku sprzedawanie kredytów było całkiem interesujące. Lubił ludzi, kontakt z klientami go kręcił. Codziennie inny problem do rozwiązania, inne zadanie. Jednak z czasem musiał przyznać, że wszyscy są bardzo podobni, a problemy powtarzalne. Praca stała się rutynowa i nudna. - Cześć Piotrze! – przywitała go ciepło Małgosi. Była chyba jedyną życzliwą mu osobą w firmie. - Cześć - odparł. - Dobrze się czujesz? - Źle wyglądam? - Nie, jak zawsze świetnie – odpowiedziała z uśmiechem i uciekła do swoich obowiązków. Co niby miało znaczyć to pytanie o samopoczucie? Wyglądał na chorego? Małgosia była mu dość bliska, ale nie zawsze potrafił ją zrozumieć. Cóż kobiety, różnica płci.
Oczywiście dzień nie mógł być idealny. Po południu w oddziale zjawił się niezadowolony klient. I jak Piotr mógł się spodziewać, usiadł przed nim. Żalił się na nie uczciwość banku, wreszcie zaczął grozić bliżej nieokreślonymi konsekwencjami, by końcu stwierdzić, że sprawa trafi do sądu. A Piotr, jak mantrę powtarzał, że on tu tylko pracuje i nie ma wpływu konstrukcję produktów. Klient odszedł, ale niesmak pozostał. Ten dzień miał być zły do końca. Czuł to.
Z pracy wyszedł wyczerpany. Musiał jeszcze zrobić zakupy. Supermarkety przyprawiały go o mdłości. Kiedyś lubił ruch w centrach handlowych, hałas, tłok. Teraz czuł obrzydzenie. Spoceni klienci, nieporadne kasjerki, krzyczące i biegające bez nadzoru dzieci. Był pewien, że któryś z tych brzdąców podepcze mu buty.
Jak przewidział, w sklepie panował harmider. Szedł powoli między pułkami, unikając zderzenia. Jakaś ładna dziewczyna coś burknęła pod nosem, chyba żeby się nie ociągał. Nie zareagował. Wrzucając zakupy do koszyka, próbował być niewidoczny. Stanął w kolejce do kasy z napisem „Do dziesięciu produktów”. Przednim wepchnęło się starsze małżeństwo, naigrywające się ostentacyjnie z tych, którzy przestrzegają tej zasady. Mieli co najmniej dwadzieścia produktów. Chciał zareagować, powiedzieć im, że tak nie wolno. Miał ochotę wrzasnąć, „chamstwo stoi gdzie indziej”, ale nie zrobił nic. Cierpliwie czekał. Kasjerka obrzuciła go pogardliwym spojrzeniem, a przynajmniej tak mu się zdawało, prawdopodobnie dlatego, że nie miał drobnych. Na szczęście musiała być grzeczna, tego wymaga kierownictwo.
Zanim wsiadł do samochodu, zdążył jeszcze uciąć pogawędkę z pijanym jegomościem, który natrętnie prosił o pieniądze. Dla świętego spokoju oddał pięciozłotową monetę. Akurat starczyło na tanie wino i bułkę dla obdarowanego.
Część 22 / 2
W samochodzie odczuwał bezpieczeństwo. Kiedy minął Katedrę był szczęśliwy. Nie w cudzysłowie, w rzeczywistości czuł wielką radość. Piętnaście minut spokoju. Prosta droga, przestrzeń i on, sam. Tylko szum silnika, niezakłócony żadną muzyką. Kompletna cisza.
Kiedy wszedł do mieszkania Justyna właśnie gotowała obiad. Sos pachniał znakomicie. - Dziękuję kochanie! – zawołał ściągając buty. - Nie ma za co – odparła. – Właściwie to, za co? – zdziwiła się. - No jak to, nie wiesz? Za klopsiki wołowe. Uwielbiam je. - Skąd wiedziałeś co gotuję? - Nie wiem, pewnie mi mówiłaś? - Nie mówiłam – zaprzeczyła. - To ten piękny zapach. - Nie wiedziałam, że masz takiego nosa. Odróżniasz tylko klopsiki od kotletów, czy wołowinę od wieprzowiny? – zaśmiała się radośnie.
Po obiedzie, na kanapie przed telewizorem Justyna głaskała go po głowie, próbował nie myśleć o niczym poza swoją narzeczoną. Miał dosyć stresów, pragnął tylko odpoczynku. Zapomnieć o całym dniu i zanurzyć się w najwspanialszej kobiecie jaką znał. Ale kiedy legli na łóżku, niemal natychmiast zasnął.
Znów śnił. Otaczały go drzewa. Wokół unosił się zapach igliwia i żywicy. Biegł najszybciej jak potrafił. Nie czuł zmęczenia, a jedynie wolność. Radość, jakiej nigdy dotąd nie zaznał. Nagle stanął i wciągnął duży haust powietrza. Zaszła zmiana. W lesie nie był sam. Znów wziął głęboki oddech przez nos, i już wiedział. To była młoda kobieta. Musiał ją znaleźć. Nie miał pojęcia dlaczego, ale to nie miało znaczenia.
Wreszcie złapał trop. Ruszył truchtem, węsząc nisko przy ziemi. Podążał jej śladem. Przedzierał się przez chaszcze, łamał gałęzie, zadowolony z niespodzianki, jaką sprawił mu las. Teraz słyszał wyraźnie. Powolne kroki. Zapach stał się bardzo klarowny. Wydzielała odór potu i moczu. Cuchnęła strachem. Zatrzymał się i nadstawił uszu. Ona też stała. Robił dużo hałasu, musiała się zorientować, że ją goni. Oddychała szybko i głośno, to zdradziło jej kryjówkę. Oblizał wargi i kiedy już miał skoczyć w stronę ofiary, poczuł silny uścisk na ramieniu. Coś nim szarpnęło. „Skurcz” – pomyślał. Otworzył oczy. - Piotrze! – zawołała Justyna. - Co się stało? – zapytał. - Chyba miałeś koszmar. Tak się wierciłeś, że nie mogłam spać. - Przepraszam. To przez te upały. Nie znoszę lipca – tłumaczył się. - Już dobrze kochanie. Jesteś bezpieczny – uspakajała, całując czule jego policzek. - Dziękuję – odpowiedział i zasnął po chwili.
****
- Witaj Piotrze – powiedział niski, barczysty pan po pięćdziesiątce. Gdy Piotr wszedł do gabinetu, Dyczko siedział na obrotowym krześle, a na jego twarzy malował się poczciwy uśmiech wiejskiego proboszcza. Tylko wyjątkowy znawca dusz widząc po raz pierwszy tego ciepłego ojca i troskliwego męża, dostrzegłby że ma do czynienia z wyrachowanym technokratą, gotowym sprzedać matkę, aby osiągnąć planowane założenia. - Dzień dobry panie dyrektorze – odparł, siląc się na przyjazny uśmiech. Janusz Dyczko był najgorszym szefem, jakiemu podlegał Piotr, a zdążył w swoim życiu pracować dla kilku osób. Dyczko był zawsze miły i…