Inne · 7 min czytania
Smerfna historia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Drogi czytelniku, wyobraź sobie, że jesteś zawieszony w powietrzu nad jakimś oceanem. I co widzisz? Bo ja bezmiar spokojnych wód kojących zmysły i dających spokój duszy. Aż wtem... Nie! To niemożliwe. Muszę jeszcze raz spojrzeć. Rany Julek, widzę statek, statek pełen niebieskich stworków. Wokół niego rozlega się okropny hałas. Nie... ja nie mogę na to patrzeć.
Chociaż z drugiej strony nie mogę tego zostawić bez ani jednego słowa... Może najlepiej będzie, jeśli ponownie zacznę pisać to opowiadanie ale w inny sposób. Tak więc: Na pokładzie Smerfnego Statku płynęły sobie niebieskie ludki. Papa Smerf chlał wódę i patrzył na tańczącą na maszcie Smerfetkę, Ważniak rzucał kamienie do wody i niby coś przeliczał, a Zgrywus uczył się nowych szpagatów. Wszystkie dorosłe Smerfy wściekały się na małe Smerfiki biegające po pokładzie. - Sasetko! Damy tak nie biegają! – Upominała małą Smerfetka. - Ciociu, kiedy fajnie jest biegać! - Smerfetko, to dzieci! Niech się bawią, a ty tańcz, dobrze ci idzie! – Zakrzyknął Osiłek podnosząc sztangę. Ogólnie rzecz biorąc były to Smerfy lubiące imprezy. Po pokładzie ich statku walały się butelki po alkoholu i rozlegała się głośna muzyka techno. Wszystkie głośno pokrzykiwały i przeklinały. Biły się z byle powodu. Ale nie bójcie się! To nie były te Smerfy z wieczorynki – owszem nosiły te same imiona i wyglądały tak samo, ale były to zupełnie inne stworzenia. A więc, skąd one się wzięły? To proste: artysta który wyrysował te niebieskie postacie, stworzył dwa rysunki – jeden dał do wytwórni bajkowej, a drugi włożył do butelki i wrzucił ją do morza. Gdy ta dobiła do brzegu wyspy odległej o tysiące mil od lądu, Smerfiki obudziły się ze snu i zaczęły żyć własnym życiem. Wybudowały sobie wioskę i w niej spokojnie żyły. Po dziesiątkach lat dorobiły się nawet telewizora. I wtedy dostrzegli siebie w bajkach. Znaczy.... to nie byli oni. To byli ich bracia bliźniacy. Od tej pory w wiosce Smerfów zaczęło rosnąć ciśnienie i agresja. Zaczęły się imprezy, ostre chlanie i ostra muza. Pewnego dnia wściekłe Smerfy postanowiły popłynąć do samego Hollywood, aby dać wycisk podziwianym przez ludzi Smerfikom z bajki. Wybudowały one wielką barkę, ochrzciły ją imieniem: „Smerfny Statek”, rozbiły na niej butelkę szampana i na zawsze opuściły swoją wyspę. Myślały, że ich podróż będzie trwała zaledwie godzinkę, a co się okazało? Że Smerfy płynęły, płynęły... no i płynęły... no i jeszcze, jeszcze płynęły, aż w końcu dopłynęły. Wtedy wszystkie wspólnie zakrzyknęły: „Jazda! Hajda na zbójów, naszych sobowtórów zajechanych, ka jego mać!” po czym złapały kije bejsbolowe i hardo ruszyły do miasta sław. Przekraczając jego bajeczne bramy, poczuli jakby spłynęła na nich nadnaturalna siła i nadnaturalna moc. Już nie chcieli się bić. Chcieli zostać idolami tysięcy ludzi! TAK! Do tego dążyli – tego chcieli i właśnie tego pragnęli. To był ich cel. Ich wielki cel, który najprawdopodobniej osiągną. Tak. Ja jako autorka pozwolę im zrealizować ich spontaniczne pragnienia. W końcu Smerfy te jak dotąd żyły na skraju potępienia i w cieniu swoich sobowtórów. A tak przecież być nie powinno! Tak więc Smerfy wchodząc na ulicę Hollywood, jednocześnie weszły na drogę nowego życia. - Te – zaczął ważniak – ja to zawsze podziwiałem tego synalka, tego no... tego jaskiniowca co krzyczał „ja ba da ba du!”, i pamiętacie? Ten jego synalek mówił: bah bah. Ja też zawsze chciałem tak mówić. A teraz mam bejsbol i mogę nim rozwalić całe to miasto. Tak! Chce…