Horror · 8 min czytania
Śmiech Pawia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
„W sferze mentalności mamy do czynienia z dewastacją etosu pracy, zanikiem inicjatywy, wyuczoną bezradnością i wynikającymi z nich postawami roszczeniowymi.” Krystyna Kersten
Niebieski Volkswagen Golf dzielnie przyjmował na siebie ciosy ulewy, choć jego wycieraczki ledwo nadążały za deszczem. Co chwila podskakiwał na nierównościach rzadko uczęszczanej szosy, wokół której rozpościerał się gęsty las. Droga wręcz raziła pustką, dokoła nie było żadnych ludzi, zabudowań, nawet przystanku autobusowego. Tylko drzewa i drzewa... Robert przycisnął mocniej pedał gazu. Śpieszył się, bo jego zegarek wskazywał 14.30, a pogrzeb miał się zacząć o piętnastej. Zostało mu jeszcze co najmniej pięćdziesiąt kilometrów jazdy przez odludzie. "Chyba jestem największym frajerem w rodzinie", pomyślał. Istotnie, jeśli były do załatwienia jakieś ważne sprawy, typu odklepanie rodzinnych uroczystości, to zawsze wybierano jego. Dziś przyjdzie mu oglądać sztywnego, białego jak ściana wujaszka – o ile trumna będzie otwarta - oraz, co dziwne, ale bardziej prawdopodobne, ciotkę opłakującą zmarłego, który za życia był wyjątkowym prymitywem. Bo jak określić kogoś, kto edukację zakończył na szóstej klasie podstawówki, notorycznie bił żonę, a ludzie częściej widzieli go pijanego niż trzeźwego? Jeśli dodać okropną pogodę i jazdę po wertepach, to Robert mógłby z góry uznać ten dzień za zmarnowany.
Nawet się nie spostrzegł, kiedy na szosę wybiegła sarna. Skręcił gwałtownie, ale nie zdołał jej ominąć. Nagle, przed oczami przesunęło mu się całe życie, potem usłyszał jeszcze pisk opon i głośny trzask. Na szczęście zahamował w końcu, nie rozbijając się o nic więcej. Na jezdni leżało dogorywające zwierzę, całe we krwi, za to Golf wyszedł ze starcia prawie bez szwanku. Miał tylko małe wgięcie z przodu i kilka rys. Robert wysiadł z auta, złapał sarnę za nogi i odciągnął na pobocze. W pewnym momencie zauważył, że ubrudził sobie spodnie krwią. - Mam już tego dosyć! – ryknął i wsiadł z powrotem do samochodu. – Jeszcze trochę i sam wyląduję w kaplicy.
Dalsza podróż przebiegła już zwyczajnie. Monotonię jazdy potęgował skaczący na wybojach Volkswagen, denerwujący deszcz i oczywiście drzewa - wyglądały, jakby ktoś nagrał je na taśmę i złośliwie przewijał przed oczami Roberta. Żeby nieco poprawić sobie nastrój, włączył radio. Z głośnika popłynęły słowa piosenki:
Część 22 / 2
Maybe we could divide it in two... Maybe my animals live in your zoo...
Po chwili radio zaczęło trzeszczeć i zamilkło na amen.
Wreszcie wyjechał z lasu i jego oczom ukazało się małe miasteczko na horyzoncie. Dwa kilometry dalej przemknął obok zielonej tabliczki z tandetnie wykonanym różowym napisem: „Witamy w Dłutowie”. Tak, to właśnie było Dłutowo – totalne zakuprze, gdzie nigdy nie starano się stworzyć nawet pozorów miejskości. Widok ubranego w podarte ciuchy, kołyszącego się na prawo i lewo faceta z flaszką w ręku, jest tutaj normą, a odkąd zniesiono wizy do USA, pozostali tu tylko pijacy, nieroby i emeryci. Minąwszy pierwszy szereg zaniedbanych domów, Robert przejechał przez most biegnący nad brudną rzeczką, zasilaną odpadami z pobliskiej mleczarni, po czym skręcił w ulicę, przy której zaparkowano wcześniej brudnoszarą mydelniczkę 1. Za następnym zakrętem był park. Pośrodku stał pomnik sławiący utrwalaczy władzy ludowej i wcale się nie zanosiło, by ktokolwiek usunął go w ciągu najbliższych lat. Na granicie ktoś napisał sprayem wielkimi literami: „Czerwone kurwy”. Na zielonej ławce siedziało trzech obdartusów, bez skrępowania pijących denaturat, który mieli zwyczaj nazywać „sokiem z gumijagód”. Pogoda najwyraźniej zupełnie im nie przeszkadzała.
Nadal lało jak z cebra, kiedy Robert parkował przed niedużym, ceglanym budynkiem. Wyciągnął z bagażnika najtańszy wieniec, jaki tylko mógł dostać w kwiaciarni i ruszył w stronę uchylonych, ledwo trzymających się na zawiasach drzwi do kaplicy. Jeszcze nie wszedł do środka, a już zdenerwował go dobiegające stamtąd głosy monotonnej modlitwy. Wewnątrz…