Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 14 min czytania

śmierć

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Żałosne. Tyle lat starań, nauki, uczuć, a teraz zwyczajnie zabił mnie samochód. Nie tego spodziewałem się od życia, myślałem zawsze, że skoro już tu jestem to po to by coś tu zmienić. Teraz, nic nie osiągnąłem i już nie osiągnę. Jak wiele chciałbym jeszcze zrobić? A ile z tego by się udało? Może lepiej, że nie żyję. Nie muszę się męczyć nad tym, co niekoniecznie by mi się udało. Szkoda mi tylko rodziców. Nie, oni by tego nie przeżyli. Boże. Co z nimi? Wiedzą już? Pewnie siedzą w domu, oglądają telewizję, zaraz zadzwoni telefon. I ktoś ze szpitala powie im, że ich syn nie żyje. Wyobrażam sobie, jak zareagują. Nie chcę tego, powinienem tam wrócić! No właśnie wrócić, ale dokąd? Jestem tu sam, w tej białej pustce, nie widzę siebie, nie tak to wszystko sobie wyobrażałem. O co tu chodzi? Czy nie powinienem z kimś porozmawiać? Na przykład z Bogiem. Tu jest tylko biała pustka. Oglądałem kiedyś taki film, w którym mówiono, że raj (jeśli to raj?) pozwala na zmaterializowanie sobie wszystkiego. Warto spróbować. Pomyślałem, złączyłem ręce(których nie widziałem, do chwili, gdy chciałem je złączyć), pomyślałem o biurku. Nie pojawiło się, i dobrze, bo myślałem o biurku, nie jako o biurku tylko jako słowo „biurko”. Teraz wyobraziłem sobie mocne, stabilne, biurko pod komputer. Wynurzyło się jakby ze mgły, tuż obok mnie, dokładnie tam gdzie utkwiłem wzrok, poczułem lekki podmuch. Rozochocony, chciałem jeszcze potworzyć, stworzyłem sobie komputer. Zaciekawiony włączyłem go chcąc zobaczyć, co na nim jest. Może jakieś boskie oprogramowanie? Nic nie było. Stworzyłem sobie komputer, jako obiekt, a nie jako narzędzie. Tym razem zrobiłem już inaczej, myślałem o tym, co mógłbym robić na tym komputerze. I udało się, znalazłem na nim każdy program, który był mi potrzebny. Ale z drugiej strony, coś mnie w tym zasmuciło. Czy to oznacza, że już nic nie będzie w stanie mnie zaskoczyć? Co to za życie, gdy zna się każdą sekundę, przed, w trakcie i po. Gdzie ryzyko? Wyzwanie. I jeszcze jedno, co z innymi ludźmi? Gdzie moi krewni, przecież moja ciocia też zmarła, i moja nienarodzona siostra. Rozejrzałem się jeszcze raz, biało. Trzeba coś z tym zrobić, w końcu spędzę tu całą wieczność. Może najpierw jakaś ziemia, dobra, pagórki, trochę gór, wielkie jezioro. Dajmy tu jeden drapacz chmur. Wieżowiec, będzie mi przypominał o tym, w jakich latach żyję, hmm.. żyłem. No, czegoś tu jeszcze brakuje. Zapach! Chcę czuć, te łaskotanie w nosie, które czułem w sklepach z butami. Dobra, znudził mi się ten zapach. Lepiej coś spokojnego, sosny. Nawet tu ładnie. Bardzo... delikatnie, harmonijnie, aż za. Nie, to nie dla mnie. No cóż muszę się przyzwyczaić, jakbym tu nie nazmieniał to i tak będzie coś nie tak.

Dwa lata w stosunku do wieczności to i tak za dużo, nie potrafię żyć w tej samotności. Bez ludzi, bez jakichkolwiek niespodzianek, bez zaskoczenia, bez ryzyka. Nawet problemy są potrzebne, dzięki nim jeszcze myślę, a teraz mym jedynym problemem jest „jak się stąd wydostać”. W głowie krąży pytanie, czy to naprawdę jest raj. Zaraz! Tutaj mogę wszystko, tak? Więc dlaczego po prostu nie wymyślę sobie drzwi, za którymi będzie moje rodzinne miasto. Drzwi, nieważne jakie, byleby miały klamkę i nie miały zamka. Są. Chwyciłem za klamkę, zastanawiałem się, co zobaczę po drugiej stronie. Kolejną białą pustkę, puste miasto z moich wspomnień, czy może to, co naprawdę chcę zobaczyć. Otworzyłem, zobaczyłem ulicę, znaną mi doskonale. W moją stronę jechał samochód, drzwi były właściwie bramą, więc samochód mógł przez nie śmiało przejechać. Ktoś odwiedzi mój raj, pomyślałem. Przeszedłem szybko przez drzwi, wszedłem na chodnik i odwróciłem pośpiesznie w stronę drzwi stojących na ulicy by zobaczyć jak kierowca w nie wjeżdża. Nie zobaczyłem Drzwi. Samochód, który widziałem należał do tych niewielkich, Deawoo Matiz, lub coś podobnego. Z drugiej strony wyjechała śmieciarka. Matiz, zamiast zwolnić i ominąć ciężarówkę przyśpieszył, kierowca Matiza miał spuszczoną głowę. Spał? Nie żył? Uderzył w śmieciarkę dokładnie w tym miejscu gdzie były drzwi. Z Deawoo nic nie zostało, śmieciarka zatrzymała się dopiero po pięciu metrach. Wszyscy stali naokoło i próbowali ogarnąć, co się właściwie stało. Już wtedy zdałem sobie sprawę, co zrobiłem i jaki to miało skutek. Ten człowiek zginął w chwili, gdy przeszedłem przez drzwi. Równowaga. Zabiłem go. Stałem tam cały czas, gdy przyjechała karetka i policja. Gdy usiłowano wyciągnąć ciało z samochodu, przyjechała straż pożarna ze sprzętem. Policja odgoniła gapiów, ja nie odszedłem, nikt mi nic nie powiedział. Wtedy jeszcze nie zwróciłem na to uwagi. Zabiłem. Człowieka, niewinnego, obcego. Z kolejnego samochodu policyjnego, który właśnie podjechał wybiegła młoda blada kobieta, makijaż pod oczami rozmazany był od łez, podbiegła do dwóch pielęgniarzy, którzy właśnie ładowali ciało do karetki. Zapewne wezwano ją by rozpoznać ciało, dowód osobisty nie jest przecież stuprocentowym oświadczeniem tożsamości. Gdy zbliżyła się na odległość metra, jeden z mężczyzn rozpiął zamek, kobieta, zakryła twarz i płakała. Zaczęła krzyczeć, wzniosła ręce ku niebu. Tak, miała racje, mogłem tam zostać. Jakiś policjant objął ją, lekarz wyszedł z karetki i dał jej w plastykowym kubku jakiś środek, ona chwyciła kubek w rękę i ścisnęła tak, że cały popękał a biały płyn ściekał po ręku na asfalt.

Cierpiałem, jak nigdy dotąd. Co szkodziło mi pożyć w tym raju. Wtedy nikt by nie zginął. Nie wiedziałem, co zrobić, chciałem zobaczyć moich rodziców. I co ja im powiem? Cześć, zginąłem, ale powróciłem i przy okazji zginął przeze mnie człowiek. Byłem ciekaw ich reakcji, co zrobią, co powiedzą? Gdy doszedłem do domu, było już ciemno, światła były zgaszone, wszyscy spali. Drzwi były zamknięte, zastanawiałem się czy tutaj też mogę stworzyć sobie klucz. Mimo starań, nic się nie pojawiło. Poszedłem od strony kuchni. Zapaliłem światło nad ladą. Usiadłem przy stole kuchennym. I co ja im powiem? Moi rodzice byli bardzo konserwatywni, pewnie wystarczyłoby im powiedzieć, że zmartwychwstałem. Miałem jeszcze siostrę, gdy wpadłem pod samochód miała siedem lat, więc teraz miała już z dziewięć. W ogóle to Ola była trochę chora umysłowo, bała się chodzić w niektóre miejsca, mimo, że było tam jasno i nigdy nikt jej nie skrzywdził. Czasem w nocy krzyczała, lub biegała po domu jakby przed czymś uciekała. Wiele razy starałem się znaleźć jakiś sens w tym, co robiła, ale nigdy nie mogłem tego sobie rozjaśnić. Lekarze mówili, że to jej przejdzie, że to jakiś wymysł dzieciństwa. Ale tak naprawdę, sądziłem, że oni po prostu sami nie wiedzieli, co jej naprawdę było. Nie chciałem wchodzić do nikogo, żeby nie dostali jakiegoś zawału serca, bo zobaczyli „ducha”. Zresztą nie miałem na tyle odwagi. Me rozmyślania przerwała Ola, która podeszła do…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
śmierć — czytnik · opowiadania