Duchy · 7 min czytania
Śmierć
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Jan był starym człowiekiem i jak każdy stary człowiek musiał umrzeć. Leżał na łóżku ciężko oddychając. Czuł, że opuszczają go siły. Nie chciał jeszcze umierać, ale miał przeczucie, że kostucha jest już blisko. Wyczuwał jej obecność, słyszał jak otwiera drzwi do jego pokoju i podchodzi do łóżka. Bał się na nią spojrzeć. - Ty jesteś Jan Wąsik? – usłyszał pytanie. Był przerażony, ale z wielkim wysiłkiem przemógł się i spojrzał w stronę skąd dochodził głos. Wcale nie wyglądała strasznie. Miała twarz młodej kobiety i była ubrana w coś, w stylu czarnego kimona. Gdyby nie to, że unosiła się kilka centymetrów nad podłogą, uznałby, że ktoś robi sobie z niego żarty. - Zadałam ci pytanie. - Sam… sama… powinnaś wiedzieć – ledwie wydukał. - Muszę się upewnić – usłyszał gdzieś we wnętrzu swojej głowy – chodź ze mną. Poczuł lodowaty chłód i wystraszył się jeszcze bardziej. - Ale… ale.. ja jeszcze… -Nie wygłupiaj się. Wstawaj, bo nie mam czasu. Jan poczuł jak nagle przeszły u wszystkie dolegliwości. Było wspaniale. Nawet oddychał normalnie. Śmierć odwróciła się w stronę drzwi. - Chodź za mną – powiedziała. Wstał. Zrobił dwa kroki i obejrzał się. Poczuł mrowienie na plecach. Zobaczył siebie samego leżącego na łóżku. Był bardzo blady i nie oddychał. - To tylko twoje ciało. Ono musi tutaj pozostać. Jan spojrzał w lustro. Zawsze to robił kiedy gdzieś wychodził, lecz tym razem nie zobaczył swego odbicia. - Nie możesz się zobaczyć w lustrze, ponieważ dla tego świata już nie istniejesz. No nie marudź, ruszajmy, musimy się pospieszyć. Mam jeszcze dużo pracy. - Na pewno – pomyślał Jan wychodząc z pokoju za czarną postacią – Jak mam się do ciebie zwracać? – zapytał postać. - Jak ci się podoba. Jest mi to zupełnie obojętne – odparła odwracając się na chwilę. Miała teraz twarz starego mężczyzny. - Przerażasz nie – powiedział Jan. - Przyzwyczaisz się. Wyszli na korytarz. Po prawej stronie znajdowały się schody na piętro, a po lewej… Po lewej stronie korytarz przechodził w długi czarny tunel, na końcu którego widać było światło. - Zupełnie jak w książkach o śmierci klinicznej – pomyślał Jan. - Nie ma czegoś takiego jak śmierć kliniczna. Wracają tylko ci, którzy są zabrani przez pomyłkę. - Przez pomyłkę ? - No cóż, nikt nie jest doskonały. Podaj mi rękę musimy się pośpieszyć. Ujął jej dłoń. Była normalna. Nie jakieś okropne szpony kościotrupa, ale zwykła ludzka dłoń. - Jesteś zdziwiony? Spodziewałeś się pewnie szkieletu z kosą. - W pewnym sensie – odparł - Mogę być kim zechcę. Kupą kości także. Ja nigdy nie umarłam, a to dlatego, że nigdy się nie urodziłam. Po prostu istniałam od zawsze. Przez chwilę czuł na dłoni ucisk twardych, zimnych kości. Za nic nie spojrzałby teraz na jej oblicze. - Dokąd mnie prowadzisz? – zapytał zauważywszy, że ściany tunelu zaczęły gwałtownie uciekać do tyłu coraz szybciej, aż rozmyły się w szarą smugę. - Będziesz osądzony. - Jak to… Ale ja nic nie zrobiłem – wymamrotał. - Żyłeś, a to całkowicie wystarczy. Zbadamy twoje dobre i złe uczynki. - Zbadacie? - Nie ja. Zrobi to komisja Do Spraw Nowoprzybyłych. - Ko…ko…komisja??? To jakaś bzdura. -Zobaczysz sam. Minęli właśnie jakąś parę podążającą w tym samym kierunku, ale tym razem postać w czarnym stroju prowadziła kobietę. - To jest was dwoje? – spytał zaskoczony Jan. Jest nas dokładnie tyle ile potrzeba. Jedna nie dałaby rady. - Chyba już mnie nic nie zaskoczy Jan zaczął się już oswajać z sytuacją. Przestał…