Psychologia · 5 min czytania
Śmierć jest taka niecierpliwa - Rozdział I cz.1
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Nigdy nie myślałam jakie to uczucie stać przed kimś i wiedzieć że moje serce nie będzie biło już dla mnie. Jednak teraz gdy stoję przed nim i wiem, że muszę pożegnać się z moim sercem na zawsze nie zawaham, się ani chwili. Nie zawsze tak było, gdy tylko dowiedziałam się , że umieram nie mogłam w to uwierzyć. Najpierw była panika , a potem spokojne pogodzenie się z moim losem… Od początku… *** Wyszłam z gabinetu doktora Powella. Trzęsły mi się ręce, a nogi nie chciały zrobić już żadnego kroku więcej. Kolejne badania, coraz gorsze wyniki. Opadłam na fotel pełna paniki. Dlaczego ja? Mam za sobą dopiero dwadzieścia trzy lata, czy tylko tyle dane mi było przeżyć? Czy ja muszę umierać? Czy umieranie boli? Te pytania zadaję sobie co dzień od trzech miesięcy. Dokładnie tyle minęło od czasu gdy zdiagnozowano chorobę, a właściwie nie zdiagnozowano. Wiadomo tylko tyle, że nie mam więcej niż pół roku życia. Nie mam na tym świecie nikogo bliskiego oprócz przyjaciółki. Cała moja rodzina, gdzie jest? Nie mam pojęcia. Nigdy jej nie miałam. Kim jestem? Teraz w obliczu śmierci uświadamiam sobie, że nikim. Nigdy nie byłam sportowcem, nie umiałam nawet odbić piłki nogą. Nie byłam też najbystrzejsza w klasie, nie mam talentu muzycznego, a moi ludzie na kartce papieru to koło i pięć kresek. Mam średnie wykształcenie , bo nie miałam za co iść na studia. Zawartość mojego konta to 64 dolary i 19 centów. Pracuję jako pomocnik bibliotekarza, zarabiam tyle, że starcza na wynajęcie małego pokoiku na poddaszu starego secesyjnego budynku, który był kiedyś , o ironio, zakładem pogrzebowym. To, że nie bałam się wcześniej śmierci to nie przejaw odwagi, raczej tego, że nawet przez myśl mi nie przeszło to, że może być tak blisko. Spojrzałam w górę. Budynek był taki jak zawsze, daleko mu było do tego co tworzył Gaudi w Barcelonie, ale lubiłam ten styl. Wymyślne gzymsy zakończone małymi pawiami. Zabytkowe schody zaprowadziły mnie na samą górę i mimo , że mieszkałam tu już parę miesięcy to dostałam zadyszki. Położyłam na ziemi torbę i wsunęłam klucz do drzwi. Mechanizm cichutko zabrzęczał, zaskrzeczał i klamka przeskoczyła ukazując mały pokoik. Zdjęłam grubą bluzę i zawiesiłam na oparciu krzesła, jedynego jakie miałam. Rozsunęłam zasłony i ostry blask dnia wdarł się do środka. Wyciągnęłam z torby dwie bułki, sok pomarańczowy i jogurt, który wsadziłam do lodówki razem z sokiem. Ugryzłam kawałek bułki, była chrupiąca i jednocześnie…