Psychologia · 6 min czytania
Śmierć jest taka niecierpliwa - Rozdział I cz.3
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
III
Zapukałam do drzwi gabinetu doktora Powella. Ręka podobnie do reszty ciała drżała pod wpływem lęku i niepewności. Od czasu ostatniej wizyty, jego gabinet nie zmienił się. Dalej miał jaskrawe pomarańczowe ściany, na których wisiały reprodukcje obrazów Renoira i Moneta. Na środku, pod małym prostokątnym oknem obwieszonym zszarzałą firanką , stało duże, białe biurko. Na nim walały się w nieładzie stosy plakietek, kolorowych broszur na temat profilaktyki badań i wielka góra brązowych kart pacjentów. Po prawej stronie wznosiły się w rzędzie te same , białe regały przepełnione medycznymi książkami. Po przeciwnej stronie stała podniszczona, szara kanapa, w której mole zdążyły wygryźć już parę dziur, a jedną z poduszek poplamiono jakimś brązowym płynem, który przypominał kawę. Na starym, drewnianym wieszaku wisiał dodatkowy biały kitel i czarny, długi płaszcz. Spojrzałam na twarz doktora Powella, nie zmieniła się, tak jak wygląd gabinetu. Choć może dziś była bardziej szara i zmizerniała. Jego włosy były krótkie, jednak gęste i ciemne. Ciężkie powieki co rusz opadały na przenikliwe zielone oczy. A usta, zwykle wydęte, teraz przypominały cienką, różową linię. Wydawać by się mogło, że zaciskał zęby. Na krawacie widniały te same co na kanapie plamy po kawie. Lewa dłoń położona była na blacie biurka, palcami wystukując rytm jakiejś melodii. Myślałam , że nic mnie już nie zdziwi, ale ten człowiek, pochłonięty swoją pracą, znający swój cel w życiu, a przede wszystkim jednak sędzia wydający wyroki, wyroki jak w moim przypadku śmierci, nie różnił się niczym innym od kata, ścinającego głowę skazańcowi, wyglądał teraz jak mały, zagubiony staruszek, jak każdy inny przechodzień na ulicy, jak urzędnik czy emeryt. Ten widok budził we mnie sprzeczne uczucia, bałam się tego co mówiły jego usta, lecz wyczekiwałam na jego współczujące spojrzenie. Jak to możliwe, że jeden mały człowieczek, jedno życie, jest w stanie tak wiele zmienić. Jak kilka słów, takich samych jak każde inne słowo, może wywrócić cały nasz system wartości. Brak wsparcia, wewnętrzne sprzeczności sprawiły , że czułam się jak porzucony na ulicy kot. Niepewny każdej następnej chwili, każdego tchnienia. -Dzień dobry- powiedziałam cicho, przez moment zastanawiałam się, czy on w ogóle wie, że jestem tutaj, gdyż jego palce nie przestały kurczowo trzymać pióra i wystukiwać melodii. -Nasze ciało jest jak klatka- stwierdził swoim niskim i cichym głosem- Usiądź proszę- dodał wskazując krzesło Usiadłam niepewnie, gotowa wstać w każdym momencie. Jeszcze jeden bezwarunkowy odruch obronny. Kiedy o nim myślę wydaje się być moim ulubionym. Ucieczka. Zawsze wiedziałam, że w pewnych chwilach życia jest jedynym czynnikiem przeżycia, nie miało to znaczenie, czy na sawannie uciekając przed lwem, czy na ulicy wielkiego miasta, broniąc się przed napastnikiem.…