Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 12 min czytania

Śmierć w Buszu

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

ŚMIERĆ W BUSZU

Chciałam być aniołem śmierci. To było moje największe marzenie. Wysoko mierzyłam, ambitnie, ale tego właśnie chciałam. Bo po co być kimś przeciętnym, jednym z wielu? Gotowa byłam na wszystko, byle tylko dostać tę posadkę. A oni mi dali głupie skrzydełka, debilny kapelusik, jakiś durny kijek z gwiazdka na jednym końcu, która i tak nie świeciła bo nie było styku. I kolorowe ciuszki, jakbym szła w jakiejś pieprzonej paradzie lesbijek. A na koniec worek monet, które miałam po nocach podkładać bachorom za ich zęby. Tak, tak, właśnie to: zrobili ze mnie Wróżkę-Zębuszke. Uścisnęli dłoń i wręczyli krótka broszurkę: ‘co każda wróżka wiedzieć powinna’. I lataj po nocach od okna do okna, jak dziwka na dwa etaty! Po jaka cholerę komu te zęby były? Kto mi powie? A mierzyłam tak wysoko... Ale trudno, co zrobić. Robota jest robota, żyć trzeba...

* * *

- Zaczekaj. Nie odchodź jeszcze. Skoro tu po mnie osobiście przyszedłeś, zostań jeszcze chwile. - Nie mogę. Musze już iść. Ty również. - Dlaczego? Mówiłeś, ze czas nie ma dla ciebie znaczenia. Wiec zostań. - Tam. Ale tu, jeśli zostanę w jednym miejscu zbyt długo, mogę się stać... hm, zbyt widoczny dla otoczenia. A to jest na pewno nieprzepisowe i... - Tylko chwilę. Chciałbym zapytać cię o tyle rzeczy... - Naprawdę, nie powinienem. - Przecież nikogo tu nie ma. Kogo się boisz? Kto cię może tu zobaczyć? - Zapominasz, kim jestem. Ja nie mam się czego bać. Jestem na końcu strachu, zaraz po nim, jeśli już by się doszukiwać jakiegoś związku. - Zostań. Mam jeszcze kilka pytań. Dosłownie parę. Nie o to, co jest potem, spokojnie. O to nie ma sensu pytać, w końcu każdy i tak się dowie. Zresztą, ty też chyba nie masz często okazji z kimś porozmawiać? - Hm... To fakt. Może rzeczywiście znajdę chwileczkę.

* * *

Busz nie spał. Nie o tej porze. Nocne życie wcale nie jest wymysłem Paryżan. Było rozwinięte juz na długo zanim przyszli Paryżanie przestali się okładać kokosami po głowach i zeszli z drzewa. I chociaż może Paryżanom to nie w smak, to jednak taka jest prawda. Tu, z dala od świateł Paryża - i jakichkolwiek innych - noc była tak czarna, że kawa ze wstydu brązowiała, a gwiazdy lśniły tak niezwykle, że wszystkie diamenty świata rezygnowały z kariery u jubilera i dobrowolnie dawały się przerobić na wiertła i tarcze szlifierek. Tak; tutaj, w sercu Czarnego Lądu, skąpana w migotliwym świetle miriad gwiazd; chłonąca uciekające od ziemi ciepło; rozbrzmiewająca tysiącem odgłosów nocnego życia buszu, przepojona nieuchwytną wonią prawdziwości - ta noc nie miała sobie równych. Była przesiąknięta tajemniczą energią, jakby zdawała sobie sprawę ze swej wyjątkowości. I miała rację, bowiem tej nocy miało wydarzyć się coś wyjątkowego. Stary szaman umierał. Miał ponad sto lat. Posiadł wiedzę, o jaką nie podejrzewaliby go zwykli śmiertelnicy. Nie podejrzewaliby nawet że można wiedzieć takie rzeczy. A teraz umierał. Oczywiście, przewidział to wcześniej i zdążył się przygotować. Załatwił ziemskie sprawy, pożegnał ziemskie miejsca i istoty. Odprawił rytualne modły i wypił napar z korzenia rytualnej rośliny. Siedział teraz w wysokiej trawie, pod ogromnym, rozłożystym drzewem i nucił rytualną pieśń pożegnania, zlewającą się w jedno z opętańczą grą cykad. Dookoła, kryjąc się w trawie, krążyły lwy, nocni łowcy. Ale on wiedział, że zwierzęta nic mu nie zrobią. Jego przyjaciele przyszli tu by pilnować jego spokoju. Ich oczy błyskały w ciemności pośród traw. Nie tkną go. Nie jego. Nucił dalej monotonną pieśń. Nagle urwał. Urwały się popisy cykad. Zarechotała żaba w pobliskim bajorze, ale i ona zmitygowała się i wnet ucichła. Ucichło wszystko, jak nożem uciął. Nawet powietrze zdawało się być bardziej nieruchome niż zwykle. Noc wstrzymała oddech, jak gdyby Śmierć we własnej osobie zaszczycił okolice swą ponurą obecnością. I chociaż niektórzy twierdzili że jest okropnie brzydka, nie mogliby w tym momencie odmówić jej racji. Stary szaman uśmiechnął się, bo zdarzyło się coś, o czym doskonale wiedział, że się zdarzy. - Czułem w moich starych kościach, ze się pojawisz. Śmierć podszedł bliżej. Bezszelestnie. Czarne jak noc ostrze kosy błyszczało blado w świetle gwiazd. - Osobiście - powiedział szaman. - Jak ty to robisz, że potrafisz pojawiać się w tylu miejscach naraz? - Ponad siedemdziesiąt procent klientów zadaje mi to pytanie. - A odpowiedz na nie brzmi...? - pytał dalej niezrażony szaman. Śmierć milczał przez chwilę. Może chciał dramatycznie westchnąć; nigdy się tego nie dowiemy, bo nie miał nosa. - Czas nie ma dla mnie znaczenia. - odrzekł. - Czy tak trudno się tego domyślić? - przerwał na moment, po czym podjął: - Zresztą, ukazać się mogę tylko tym, którzy we mnie wierzą. To znaczy, w jakąś personifikację. Ale ja zawsze zjawiam się w tej samej postaci. Nie uwierzyłbyś, co niektórzy mogą wymyślić. - To wciąż dosyć spora grupa. Cisza. Na jedno mgnienie oka. - Z niej wybieram tych, którzy chcą mnie zobaczyć. Potem tych, którzy na to zasługują. A z nich wreszcie tych, którym ja się chcę ukazać. A wtedy już… wtedy już naprawdę czas nie ma znaczenia. - Ciekawe - uśmiechnął się szaman. - Czuję się wiec zaszczycony. Tym słuszniej podejrzewałem, że się zjawisz. - Jako szaman w zasadzie rzadko myliłeś się w sprawach związanych ze mną. Z zawodowego punktu widzenia. Szaman zaśmiał się. Ba, pomyślał, trudno się mylić w takich sprawach kiedy ktoś naje się niewłaściwych grzybów albo podepcze go słoń. - Tak... chociaż czasem wykazywałeś się swoistym poczuciem humoru... - Masz na myśli fenomen zombie? Nie mam nic wspólnego z tą sztuczką. Dopóki, oczywiście, nie przedawkują. Szaman wpatrywał się w dal. Co odważniejsze cykady nieśmiało podejmowały swój koncert, świecące w ciemności kocie oczy błyskały spośród traw jak zabłąkane duchy. Lwy zdawały się podchodzić bliżej. - Nie żałuję - odezwał się w końcu szaman – niczego, co zrobiłem. Ani…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%