rodzina · 13 min czytania
Śmierć z bezsilności
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{b}{u}I. Śmierć z bezsilności{/b}{/u}
{i}Guido Raschke 1914 - 1925{/i}
Nagrobek z porośniętego zieloną tkanką porostów piaskowca rzuca się w oczy, mimo że od dziesięcioleci tkwi w zupełnym zapomnieniu. Na zniszczonej i zoranej deszczem, słońcem i przymrozkami płycie majaczą resztki gotyckich liter kutych ostrym kamieniarskim rylcem w skalnej materii, a obok nich, jakby nowa, w ogóle nie zniszczona przez czas, trwa przytwierdzona za szklanym powleczeniem czarno-biała fotografia jedenastoletniego chłopca. Gdy matka zamawiała ją u fotografa w Rynku, ten powiedział synowi: „Będziesz miał pamiątkę na całe życie”. Mieszkał razem z matką w rogowej kamienicy przy Rynku w Goldap. Nie zniszczyli jej doszczętnie Rosjanie podczas szturmu na miasto w 1914 roku, jak większość innych. Odkąd ojciec zginął w bitwie pod Tannenbergiem, wychowywała go tylko matka. Ojca nie pamiętał. Jego twarz znał jedynie ze ślubnego portretu i pożółkłego zdjęcia w mundurze pruskiej armii. To było wszystko, co pozostało po lejtnancie Raschke. Wszystko, bo nawet nie miał własnego grobu. Światu pozostawił tylko swoje dwie fotografie oraz syna. Chłopiec urodził się jeszcze przed wojną. Zdążył przyjść na świat na kilka dni przed zamachem na arcyksięcia Ferdynanda w Sarajewie. Potem ojca wzięli na front, a matka w ewangelickim kościele ochrzciła go po dziadku Guido. Momentu, gdy Hannelore dowiedziała się o śmierci męża, nie pamiętał. Być może przeszedł bez echa. W jego życiu obecna była zawsze tylko ona: kobieta silna, stanowcza i bezwzględna. Bał się jej zawsze i słuchał. Pozostawał pod jej przemożnym wpływem, starał się nie wchodzić jej w drogę, nie sprzeciwiać się, nie prosić o wiele; czuł respekt bliski całkowitemu podporządkowaniu. Nie znał ludzi. Nie stykał się z nimi bezpośrednio, zawsze poprzez matkę. Uczepiony jej ręki spacerował po ulicach, wchodził do sklepów, chadzał do kościoła co niedziela, a potem, gdy dopisywała pogoda, na wycieczki pod Piękną Górę. Ludzie byli przez niego widziani przez pryzmat ocen matki. To ona rozmawiała z nimi, kłóciła się i 0 śmiała. On zawsze milczał. Bo gdy nawet zadawali mu pytania, ona uprzedzała go, nie czekając, aż w małej główce ułoży się jakaś gotowa do przełożenia na słowa myśl. Rozpieszczała go, ale nie tak, jak tego chciał. Czuł jej chłód i obojętność, gdy przytulała go. I nigdy nie pozwalała mu płakać. „Jesteś mężczyzną! Nie wolno uronić Ci ani jednej łzy w życiu!” – mówiła. Ilekroć rozpłakał się, biła go dotąd, aż zmęczony przestawał kwilić. Kupowała mu dużo różnych rzeczy, ale to ona dokonywała wyboru, nim sam wyraził, na co rzeczywiście ma ochotę. Bawiła się z nim, ale tylko czasami, i nie dawała mu możliwości obcowania z rówieśnikami. „Mogą mieć na ciebie zły wpływ, mój synu.” – ucinała rozmowę, gdy widział inne bawiące się razem dzieci. I gdy nadszedł wiek szkolny, zatrudniła domową guwernantkę, by tylko nie musieć posyłać syna do szkoły. Z wysokiej wojskowej renty po mężu-bohaterze stać było ją na taki wydatek. Matka cały czas siedziała w domu. Nie zajmowała się niczym i rzadko kiedy go opuszczała. Czasem wyszywała serwety, które później sprzedawała po znajomych. Haftowała na nich grubym kordonkiem kolorowe kwiaty, pierzaste liście, ptaki i motyle, małe wiejskie domki, święte postacie. Nie sprzątała, nie prała, nie gotowała – robiła to za nią stara Gertruda. Nie czytała książek, gazet, nie chadzała w odwiedziny – tego nie robił za nią nikt. Zimą większość czasu przesiadywała w fotelu przy ciepłym kominku bezmyślnie patrząc od rana do wieczora w migoczące płomienie. Niekiedy wspominała męża, krótko i ulotnie. Pojawiał się w jej sumieniu jak iskra, która wypadła z paleniska i zaraz, podobnie jak ona, wypalał się bezpowrotnie w jej myślach. Latem większość czasu spędzała w oknie wsparta na atłasowej niebieskiej poduszce, chłodząc się chustką. Patrzyła wtedy na Rynek, kościół i rzędy kamienic, na ludzi pod sobą, niebo nad głową i Bóg wie na co jeszcze. I jedynie ziewaniem przerywała sobie to swoje patrzenie. Lubiła swoją bezczynność. W tym stanie czuła się najlepiej. Tylko jakiś kaprys kazał jej od czasu do czasu coś robić. Kiedyś zapragnęła upiec ciasto z jagodami, ale jej nie wyszło. Zakalec zjadły gołębie z Rynku. Innym razem wzięła się za robienie swetra na drutach. To miał być urodzinowy prezent dla syna. Ale dziewięć rzędów oczek naciągniętych na metalowe pręty po kilkunastu minutach znalazło swoje ostateczne miejsce na dnie szafy. Mole zżarły misterną konstrukcję i motek włóczki nawinięty na tekturowy prostokąt. To było wszystko, na co było ją stać. „Jak wszystko człowieka potrafi znudzić!” – wzdychała zawsze po takich próbach i stwierdzała. – „Można umrzeć z nudów, kiedy się robi na drutach”. Nieraz brała Guido i szli razem do parku na spacer albo na targ po świeże owoce i warzywa. Ciągnęła go zawsze za rękę, gdy nie chciał iść. Nie pozwalała mu na dąsy i grymasy. Zdarzało się, że dostawał porządne lanie w tyłek. Ona czuła się z tym dobrze, chłopiec coraz mocniej cierpiał. Jego życie coraz bardziej przypominać zaczęło monotonny ciąg takich samych dni o rutynowym przebiegu, nudnych i beznadziejnych. Najwidoczniej nie wrodził się z tym do matki. Czasem, gdy matka przysnęła w bujanym fotelu zmęczona swą bezczynnością, zakradał się pod okno z małym taboretem. Cicho i ostrożnie, by tylko jej nie zbudzić. Stawał na stołeczku otulony białą otoczką firanki i podparłszy się łokciami o drewniany blat parapetu, wodził ciekawym wzrokiem chcąc ogarnąć całokształt zdarzeń, których areną był Rynek. Widział dzieci bawiące się w berka albo grające w klasy na planszy wyrysowanej na twardym podłożu kawałkiem stłuczonej gipsowej figurki. Widział niesfornych chłopców w swoim wieku ciągnących swoje koleżanki za warkoczyki związane czerwonymi wstążkami, albo nieco starszych, którzy dla zabawy kradli starej Żydówce jabłka wyłożone w wiklinowym koszu przed straganem obok sklepu z mięsem i rybami, lub innych, którzy bezpańskiemu kotu uwiązywali dmuchany świński pęcherz z drobnym grochem u ogona, a potem poganiających w te i we w te przerażone…