Inne · 9 min czytania
Śmierć z odrzucenia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{b}{u}X. Śmierć z odrzucenia{/b}{/u}
{i}Artur Szmojda 1933-1959{/i}
Gdy nadchodzi lato na grobie Artura Szmojdy przy cmentarnym parkanie zakwitają białe róże. Na żadnym innym grobie róże nie kwitną tak pięknie i tak obficie każdego roku jak na tej mogile. I choć ludzie co rok kradną odnóżki z nadzieją na zaszczepienie nimi swoich róż, one nadal wydają na świat wątłe i nieciekawe kwiaty. A różanego krzaku na grobie przy murze nie pozbawiają piękna ani czynione przez innych okaleczenia, ani nie ruszają ostre zimy, w które inne róże wymarzają do korzeni, ani nie spalają letnie susze, nie niszczą gradobicia i mszyce. „To cud” – mawiają niektórzy. „To czysty przypadek” – oponują inni. „To zadośćuczynienie” – szeptają źdźbła po polach. Życia nie miał łatwego. Jak prawie każdy, komu przyszło tu żyć. Życie nigdy go nie rozpieszczało. Jak prawie każdego, kto tu się urodził. Zawsze trwało wbrew niemu, zawsze odbierało mu chęć do trwania przy nim. Odkąd tylko pamiętał, nie potrafił go nikt zrozumieć, choć sam starał się jak najlepiej rozumieć innych. Dziwił się, skąd w nim było tyle otwartości dla innych, skoro przed nim zamykali się wszyscy wokół. Ojca nie znał. Odszedł od kobiety, której nie poślubił, przed narodzeniem dziecka. Uciekł daleko i nie wrócił. Została sama i gdy Artur skończył trzy lata poślubiła Polaka z Filipowa. Przyjęła jego nazwisko i wiarę. Dzięki temu po wojnie mogła tu pozostać. Znów sama, bo mąż zginął na froncie w lipcu 1941 roku. Po wojnie przeniosła się do nowego mieszkania. Stare obróciło się w stertę gruzu po sowieckiej ofensywie. Wystarała się o mały pokoik na dawnym dworcu kolejowym. Kosztowało ją to dużo. Od kiedy Rosjanie rozkradli torowisko, stacja przestała być stacją; w stacyjnym budynku polskie władze urządziły mieszkalne lokale. Swój i syna świat zaczęła urządzać jeszcze raz od początku na piętrze byłego dworca. Pamiętał pierwszy dzień na tym miejscu. Pokój był niski, dwuokienny; ściany wybielone. Sprzętów nie było. Za oknem pusta równina opadająca stopniowo wzgórzami i niknąca w dali w bezkresie Puszczy. Nad tym wszystkim szara i jednobarwna połać nieba, zawieszona nisko niby ogromna plandeka. Krzykliwe wrony pruły jej bezkres ponurym charkotem. Dworzec stał na uboczu wsi. Obok kościoła odchodziła doń droga, żwirowa i kamienista. Sam budynek nie był duży. Korpus miał piętrowy, ze spadzistym dachem i ryzalitem wychodzącym na dawny peron. Obok miał parterową przybudówkę, mieszczącą niegdyś poczekalnię. Pokój był nieduży, ciemny i ponury. Zimą chłodny, nigdy nie dogrzany ciepłem z kozy stojącej w rogu. Latem duszny i gorący od nagrzewającego się od słońca blaszanego dachu. Jak tylko się urodził, wiadomo było, że będzie chory. Z łona matki wyszedł z pępowiną owiniętą wokół szyi. I choć doświadczona akuszerka wprawnie odwinęła uciskający tchawicę niemowlęcia skórny przewód, ten pierwszy krzyk przyszedł za późno. Niedotlenienie mózgu pozostawiło trwały ślad na jego całym życiu. Na początku było wszystko w porządku. Wcale nie rozwijał się wolniej niż jego rówieśnicy. Biegał do Puszczy, chodził do szkoły, ganiał po wsi, grał w piłkę zrobioną ze starych szmat, nieświadomy, że wkoło trwa wojna. Gdy się skończyła, jego niemieccy koledzy nagle wyjechali. W ich domach zamieszkali zupełnie obcy ludzie, którzy na dźwięk jego niemieckiego powitania, pluli mu pod nogi. O ile w niemieckiej szkole radził sobie jako tako, to w polskiej każdy dzień nastręczał mu kolejnych problemów. Pierwsze miesiące minęły względnie spokojnie. Nie specjalnie odstawał od innych dzieci. „Są przecież gorsi” – wmawiała mu matka. Potem jednak jakby wszystko pognało do przodu, a on pozostał w miejscu. Nie znalazł sobie już takich kolegów, jakich miał, zanim nastała tu Polska. Tamci też się śmiali z jego powolności, nazywali go fajtłapą lub ofermą. Nie czuł się jednak w żaden sposób przez nich odrzucony. Miał wrażenie, pewność niemal, że jest taki sam jak oni, że jest częścią całości, którą z nimi tworzył. Może z racji wieku nie do końca rozumiał dotkliwość ich słów. Gdy nastała Polska, było zupełnie inaczej. Coraz trudniej i coraz bardziej świadomie. Każdy nowy dzień niósł kolejne odrzucenie, zadawał nie do odwrócenia ranę, która nie dość, że rodziła własny…