Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 8 min czytania

Śmierć z wyboru

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{b}{u}VI. Śmierć z wyboru{/b}{/u}

{i}Olgierd Pawlukanis 1951 - 1994{/i}

Z tego miejsca na cmentarzu, przy samym murze, widać całą Przerośl i puste pola byłego PGR-u w Łojach na wzgórzach za nią. Nie widać innych mogił. Samotny grób otaczają wysokie trawy, krzaki jeżyn i malin, białe bzy kwitnące majem i czerwony parkan z cegieł. Jest nieduży i skromny, ale zadbany. Z głównej alei cmentarza idzie się do niego lekko pod górę, piaszczystą ścieżyną. Po deszczu jest na niej błoto, w czasie letnich posuszy unoszą się pod stopami tumany kurzu. Gdyby nie wydeptana ścieżka wśród wysokich zielsk nikt nie wiedziałby, że jest tam jakiś grób. Bo tak jak owa mogiła nie widzi żadnych innych w dole cmentarza, tak wszystkie pozostałe nie mają pojęcia o istnieniu tamtej. Każdy cmentarz ma taką mogiłę, bo wszędzie tak karze się niektórych umarłych za ich śmierć. Olgierd urodził się w Łojach i całe swoje życie związał z tutejszym PGR-em. Najpierw patrzył jak go budują, potem sam go rozbudowywał. Najpierw obserwował jak pracują inni, później sam rwał się do pracy. Nigdy się nie oszczędzał. Zawsze pracował za dwóch albo trzech. Od dziecka uczył się od ojca wszystkiego, co w dorosłym życiu wykonywał. To był zdolny chłopak. „Prawdziwa złota rączka” – mówili o nim ludzie. W domu umiał zrobić wszystko. Nie było rzeczy nie do naprawienia, nie do zrobienia. Gdy coś się w PGR-ze popsuło, od razu biegło się z tym do Olgierda. Nie chciał stąd uciekać jak inni. Nie chciał szukać szczęścia gdzieś indziej. Tu miał zapewnioną pracę, własne mieszkanie, bliską rodzinę. Bał się wyjechać, choćby nawet do Gołdapi, i budować swój los od początku. „Tu jest moje miejsce na Ziemi, tu jest mi najlepiej. Tu i tylko tu biegnie cała linia mego życia.” – powtarzał tym, którzy decydowali się na wyjazd i dziwili mu się. W PGR-ze został traktorzystą i kombajnistą. Był bardzo dumny z tej funkcji. Poza tym naprawiał wszystkie będące na wyposażeniu maszyny, od siewników począwszy, a na ciężarówce kończąc. Kochał te maszyny, pomruk rozruszanych silników, tarcie zdartych łożysk, warkot wirników, łomot przekładni, posuw pasów transmisyjnych. To był jego świat, jego pasja. Był z tym szczęśliwy. Gdy ożenił się i urodził mu się syn, dostali służbowe mieszkanie. Nieduże, dwuizbowe, ale wygodne. Potrafił wychodzić je sobie u dyrektora, choć źle się z tym czuł. Urządził je sam. Sam położył płytki na ścianie w kuchni, sam wytapetował pokoik. Zainstalował bojler, mieli ciepłą wodę w kranie. Nikt nie miał tak przytulnego mieszkania w całych Łojach. Nikt w Łojach nie był tak pracowity jak Olgierd. Żonę poznał na miejscu. Tak jak on urodziła się też w PGR-ze. Była w tym samym co on wieku. Na początku ją kochał, potem już tylko szanował. Dwa lata po ślubie urodziła mu syna. Gdy przyszedł na świat, był najszczęśliwszym sobą w życiu. Paweł był największym sensem jego życia. Widział w nim swoją przyszłość, w nim pokładał wszystkie swoje plany i nadzieje. Jemu gotów był poświęcić wszystko, nauczyć go wszystkiego, przychylić mu nieba. Chciał go pchnąć dalej niż sam trafił z własnego wyboru. Syn spełniał pokładane w nim zaufanie ojca. Starał się. W szkole szło mu nienajgorzej, w domu chętnie przyglądał się temu, co robił Olgierd. Chwytał w mig wszelkie sekrety mechaniki. Stawał się dumą ojca. Gdy miał dwanaście lat umiał prowadzić ciągnik, uruchomić młockarnię, wymienić bezpieczniki. Po szkole Paweł wyjechał do internatu do Suwałk kształcić się na elektronika. Do domu zaglądał co drugi tydzień. Najbardziej brakowało go ojcu. Co piątkowy wieczór szedł pieszo na przystanek PKS-u w Dubeninkach na przywitanie synowi. Potem obaj szli na piwo do gospody i późno wracali do domu. Lubił te rozmowy z Pawłem, lubił go słuchać.

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%