Fantasy · 39 min czytania
Smocze dziedzictwo (Smocze dziedzictwo V)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Tych, którym nie bardzo odpowiadał inspirowany językiem japońskim dobór imion, ostrzegam: jest ich tu sporo, pojawia się też język Idara Denno, zbudowany przeze mnie również na bazie japońskiego. Ci z kolei, którzy rozpaczali po śmierci Saia - nie dałam rady się jednak na dobre pozbyć tego małego głupka ;] Tyle wstępu, zapraszam do czytania:
Ten dzień nie miał być zwyczajny, wiedział o tym już od świtu. Od chwili przebudzenia czuł w ciele jakiś niepokój, niewyraźny lecz zdecydowany. Coś jakby mrowienie pod skórą, nakaz działania, któremu nie miał prawa się opierać. Kręcił się zatem gorączkowo, próbując zgadnąć, co też podpowiada mu instynkt. W końcu, czując, że dusi się w kamiennych ścianach, wyszedł na słońce i wzniósł twarz ku błękitowi nieba. Lekki wietrzyk na skórze chłodził i odrobinę łagodził napięcie. Minęła długa chwila, zanim usłyszał za sobą lekkie kroki i poczuł na ramieniu delikatny dotyk szczupłej dłoni. - Jesteś dziś niespokojny, Inoshi. - Jestem - nakrył jej palce swoimi i odwrócił się, by napotkać ciepłe, czarne spojrzenie. Nawet, gdyby próbował, nie ukryłby nic przed wzrokiem siostry. - Coś się stało? - Kayuu ścisnęła jego ramię. - Jeszcze nie - odparł, uśmiechając się lekko. Dziewczyna nie zasługiwała na to, by niepokoić ją niepotrzebnie. Czułym gestem poprawił srebrzysty kosmyk jej grzywki, targany podmuchami górskiego wiatru. Poczuł się winny, dostrzegłszy w oczach siostry cień skrywanej troski. - Nie martw się o mnie - uciekając wzrokiem, szybkim ruchem zebrał własne długie włosy i spiął je na karku. - Może po prostu potrzeba mi trochę ruchu. Wezmę Akaire i rozejrzę się po okolicy. Czarne, czujne spojrzenie śledziło smukłą sylwetkę, gdy zbiegał w dół wyłożonego białymi kamieniami dziedzińca. Biedny Inoshi, nie dość już ciężaru na barkach jej braciszka?! Kayuu ściągnęła brwi, widząc kołyszącą się u jego boku pochwę pałasza - gdyby miał się tylko rozejrzeć, na cóż brał by ze sobą broń? Dopiero po chwili przypomniała sobie, że Inoshi w ogóle niechętnie rozstawał się z błyszczącym ostrzem, jakby mając zimną stal za przyjaciela. Nadal jednak nie podobał jej się widoczny w ruchach brata niepokój - jego wzrok uważnie badał otoczenie, szyja skręcała się gwałtownie, a krokom daleko było do zwykłej, kociej miękkości. Na jego skinienie z nieba w mgnieniu oka spadł czerwonawy kształt. Kayuu prychnęła tylko, widząc oddanie smoka dla jej brata. Inoshi i Akaire stanowili doskonale współpracującą parę, nawet jeśli wzięło się pod uwagę silną więź, którą Idara Denno na przestrzeni wieków wypracowali z jaszczurami. Niektóre Dzieci Zmierzchu z dumą podkreślały, że jeden i drugi gatunek stanowił w jakiś sposób potomstwo Daikara, więc nic dziwnego, że dobrze się dogadują. Kayuu jednak wzdrygnęła się na tę myśl - nie chciała postrzegać smoków jako swojego rodzeństwa. Dla niej zawsze pozostaną zwierzętami. I to zwierzętami z rodzaju bestii.
Szybował w powietrzu, siedząc pewnie na grzbiecie Akaire, czując pod udami pracę potężnych mięśni, poruszających błoniastymi skrzydłami. Zawierzając smokowi, przymknął oczy i wystawił twarz na podmuchy chłodnego wiatru. Lubił to poczucie błogiej beztroski i niczym nieograniczonej wolności, którego doznawał tylko ślizgając się pomiędzy chmurami. Kilkakrotnym klepnięciem po długiej, pokrytej łuską szyi podziękował Akaire za wrażenia. Smok krzyknął, wypełniając rześkie porankiem powietrze dźwiękiem przypominającym głuchy zgrzyt. Mieszkańcy wiosek u podnóża gór mawiali często, że smoczy wrzask przywołuje na myśl zgiełk bitwy, bo jest niczym tarcie szabli czy miecza o metalową tarczę. Każdy, kto usłyszałby teraz Akaire, musiałby przyznać im rację. Na dany łydkami znak smok zatoczonym w powietrzu półkolem obniżył lot i miękko usiadł na skrawku wypalonej ostrymi promieniami słońca polanki, schowanej przed wzrokiem podróżnych pomiędzy dwoma ostrymi szczytami. Jeździec zeskoczył zgrabnie z grzbietu swojego niezwykłego wierzchowca i lekkim krokiem poszedł w kierunku zacienionego zaułka, gdzie trawa mieniła się bladą zielenią. Góry Dhai-kun zdecydowanie nie były najłaskawszym miejscem dla rozwijania się bujnej roślinności, natura jednak radziła sobie, jak mogła. Idara Denno pochylił się nad marną trawką, by w końcu wyrwać jedno źdźbło z ziemi i wsadzić sobie pomiędzy zęby. W tej chwili, spoglądając w niebo i obracając w wargach smętne ździebełko, z rękami w kieszeniach skórzanego kaftana, dumne i groźne Dziecię Zmierzchu zdawało się wręcz uroczo beztroskie, niczym wędrowny grajek, odpoczywający na polnej drodze. Niestety, jego dusza nadal nie zaznała spokoju, dalej czuł niepokojące prądy, przechodzące przez ciało, zapowiadające... no właśnie, co? Ruszył się leniwie, zmierzając bez wyraźnego celu wzdłuż skalnej ściany w rdzawym kolorze, gdy nagle zamarł w pół kroku. Wyraźnie usłyszał parskania i pochrząkiwania z wnętrza załomu, od którego oddzielała go jedynie niewysoka skalna ścianka. Teraz, gdy skupił zmysły na wrażeniach, zamiast pozwalać myślom szybować, poczuł też wyraźny odór niemytych ciał. Khunowie, niech ich piorun trzaśnie! Przymknął oczy, starając się opanować gorączkę, która nagle objęła jego ciało. Jeden, dwa... trzy głosy. Trzech śmierdzieli. Powoli, starając się nie wywołać najmniejszego hałasu, nie obracając się nawet, postąpił kilka kroków w tył. Myliłby się jednak ten, który nie znając charakteru Idara Denno, próbowałby oceniać jego postępowanie. Dziecię Zmierzchu nie uciekało od pojedynku, to nie przeciwnicy byli tym, czego się bał. Z wciąż zaciśniętymi powiekami, z kroplami potu występującymi na czoło z wysiłku, starał się opanować morderczy zew, jaki się w nim odezwał. Oto przypominało o sobie smocze dziedzictwo, odłamek duszy Daikara, obecny we wszystkich mieszkańcach górskiego miasta. Czuł, jak pod pokrywą powiek jego oczy rozpalają się zimnym, zielonym światłem, pożerającym znamionującą spokój głęboką czerń. Mimo, że cały czas nakazywał sobie opanować szał, miał wrażenie, że tył jego głowy obejmuje okropny pająk, oblepiający swymi cienkim nóżkami coraz większą część mózgu, usypiający kolejne części jego umysłu, odbierając mu kontrolę nad ciałem. Jeszcze chwila, wycofa się stąd, odejdzie... zanim ogarnie go gorączka zabijania, zanim stanie się bestią gorszą od siedzących w skale Khunów... I właśnie w chwili, kiedy napięcie lekko już ustąpiło, kiedy już niemal odetchnął z ulgą, długa pochwa pałasza przy jego boku uderzyła o kamień, szczękając metalicznie. Pochrząkiwanie i bulgotliwa sprzeczka Khunów umilkła w jednej chwili, stwory poczęły nasłuchiwać z uwagą. Musiał dojść do nich dźwięk jego przyspieszonego oddechu, bo w moment później z gardłowym krzykiem wypadli z załomu. Ciemne powieki uniosły się wolno, ale tęczówki pod nimi nie zdawały się już należeć do Inoshi'ego. Jego oczy pałały chłodnym, zielonym blaskiem, niczym zatopione w lodzie dwa szmaragdy. Wargi rozwarły się powoli, ukazując ostre, jakby zwierzęce kły, a cała postać pochyliła się nieznacznie, gdy sięgał do pałasza, który ze złowieszczym świstem wysunął się z pochwy. W tym Dziecku Zmierzchu nie pozostało w tej chwili nic z chłopaka, który rankiem rozmawiał z siostrą. Khunowie, widząc, kto stoi przed nimi, zatopili zatrwożone spojrzenia w błyszczących oczach przeciwnika i stanęli jak wmurowani. Chwilę potem rzucili się do panicznej ucieczki, znając z opowiadań losy ziomków, którzy dostali się w ręce wściekłych Idara Denno. Gdy drogę zagrodził im czerwony smok, wyłaniający się zza rdzawej grani, stracili resztki nadziei. Jeden osunął się na kolana i zakwilił jak ranne zwierzę. Urokliwy zakątek gór Dhai-kun wypełnił się krzykami i zgrzytem metalu o metal, gdy Dziecko Zmierzchu miażdżyło silnymi ciosami pancerze przeciwników. Krew zrosiła niewielkie kępki suchej trawy, a spalona ziemia z wdzięcznością przyjęła nawet tę odrobinę wilgoci. Wszystko to nie trwało ani kwadransa, a gdy trzeci z Khunów wydał ostatnie, charczące tchnienie, wojownik o srebrnych włosach uniósł twarz ku słońcu. Rozpalony gorączką mordu, Idara Denno wezwał ruchem dłoni swego podniebnego wierzchowca i wzbił się w powietrze, szukając kolejnych ofiar. Tego malucha strącił Akaire, Inoshi właściwie nie miał z tym nic wspólnego. On chciał się raczej przyjrzeć dwójce obcych przed atakiem, przyczajony na skraju skarpy. Człowiek i Avreg, bardzo niespotykane towarzystwo w Dhai-kun... W dodatku przy drodze czekała kobieta, wprawdzie w stroju wojownika, ale jednak słaba istota. Nie powinien mieć większych problemów z zaspokojeniem swojej żądzy krwi. Smok strącił jednak czarodzieja, pozbawiając Idara Denno możliwości poderżnięcia mu gardła. Mało tego, jego wierzchowiec i towarzysz zbliżył się też do dziewczyny. Inoshi odwołał go ostrym głosem i spadł jak piorun w pobliżu oniemiałej wojowniczki. Coś w otumanionym szałem mordowania umyśle kazało mu jednak przez moment się zastanowić. Tak, Akaire cofnął się, zanim dostał takie polecenie! Dlaczego smok nie zabił? Nie poświęcił jednak tej kwestii więcej otumanionych myśli. Wyszarpnął pałasz i zamierzył się na wroga, pragnąc tylko uśmierzyć potrzebę krwi. Raika również pozbyła się z własnego umysłu bólu po stracie Saia i lęku przed legendarnymi Dziećmi Zmierzchu. Na pierwszy atak odpowiedziała natychmiastowym unikiem, puściła się w zwykły dla niej taniec z przeciwnikiem, szokujący zazwyczaj wroga. Tym razem napotkała równego sobie. Srebrnowłosy dorównywał jej szybkością ruchów, choć długi pałasz uniemożliwiał mu zadawanie ciosów równie błyskawicznych, jak błyski sztyletów dziewczyny. Jednocześnie, zapewniał innego rodzaju przewagę - Raika musiała się dość mocno zbliżyć, by zadać cios, jej przeciwnik mógł działać z dystansu. Walka z pewnością byłaby piękna dla obserwującego, jako że ruchy obojga przypominały gwałtowny, a jednak elegancki taniec, w którym partnerzy doskonale nauczyli się kroków i układów. Dla nich jednak mordercza wymiana ciosów szybko okazała się wyczerpująca. Coraz częściej sztylety dziewczyny dosięgały Idara Denno, coraz częściej też ona sama krwawiła, nie dość szybko usuwając się z toru pałasza. Pojedynek zmierzał ku finałowi, choć trudno byłoby zgadnąć, jaki wynik go zakończy. Oboje walczący krwawili i dyszeli ciężko w palących promieniach słońca, oboje wykazywali też ogromną determinację rzucających życie na szalę. W pewnym momencie Idara Denno, doprowadzony do furii, rzucił się w przód na dziewczynę, ustawiając pałasz poziomo przed sobą, jakby planując ścięcie głowy Raiki jednym potężnym cięciem. Wojowniczka zdążyła jedynie zasłonić się ramionami, zanim siła ciosu nie rzuciła jej na skalną ścianę. Dopiero po chwili, przyparta do rozgrzanego upałem kamienia, zrozumiała, dlaczego jeszcze żyje. Jej sztylety mocowane były na rękach dzięki stalowym prętom okalającym przedramiona i to właśnie ta konstrukcja powstrzymała uderzenie i wstrzymywała ostrze teraz. Mięśnie drżały z wysiłku, gdy powstrzymywała pałasz od zgniecenia jej krtani. Dysząc ciężko, wzniosła wzrok ku przeciwnikowi. Jego twarz była tak blisko, że srebrne włosy, które walka i wiatr uwolniły z rzemyka, łaskotały ją w szyję. To dziwne, wydawało jej się, że Idara Denno miał zielone oczy... Teraz tęczówki w ciemnej twarzy poczęły szybko czernieć, nabrały też jakby bardziej przytomnego wyrazu. Nie pałały już tak potworną nienawiścią. Nacisk wrogiego ostrza odrobinę zelżał, nie na tyle jednak, by mogła uwolnić ręce i zaatakować w odwecie. - Kim... czym ty jesteś? - spytał w znanej jej wspólnej mowie. Jego głos był zaskakująco melodyjny i przyjemny, w tej chwili zdradzał głownie zaskoczenie. - Nie rozumiem - parsknęła ze złością, przyglądając się dokładniej jego obliczu. Rysów nie wykrzywiał już grymas złości i szału, wargi skryły ostro zakończone kły a brwi złagodziły łuk. Skórę o barwie onyksu pokrywała wilgoć potu po walce, luźne białe kosmyki przylepiały się do wysokiego czoła i wpadały w ciemne oczy. Mimo, że jej właściciel chciał ją przed chwilą pozbawić głowy, Raice ta twarz wydała się po prostu piękna. - Nie jesteś człowiekiem - jego czarne spojrzenie z równą uwagą lustrowało jej oblicze. - Wyglądasz jak ludzie, ale nie należysz do ich gatunku. Akaire cię nie zabił... i ja również nie mogę! - Mylisz się - lekki wietrzyk przyniósł ochłodę i odrobinę ulgi obu zmęczonym ciałom. Przeciwnicy nadal trwali naprzeciw siebie z wzniesionym orężem, ramiona Raiki powstrzymywały potencjalny cios pałaszem. - Jestem człowiekiem, przynajmniej w połowie. Z drugiej strony jestem tym, czym i ty. - Niemożliwe! Idara Denno nie... - urwał nagle, nie kończąc zdania. Raz jeszcze przyjrzał się jej i w ściągniętych złością oczach dostrzegł złote iskry. Czy to mogło być... znamię szału Dzieci Zmierzchu? Błyski dziedzictwa Daikara? Nie do pojęcia! - Jestem zatem kiepskim żartem moich rodziców - parsknęła zirytowana dziewczyna. - Jeśli więc ty nie możesz mnie zabić, pozwól, że ja zabiję ciebie! Z tymi słowami odrzuciła go od siebie całą siłą mięśni i zamachnęła się sztyletami. Jej wróg nauczył się już jednak, jak może ją unieruchomić i chwilowo nie przeszkadzało mu to, że tym samym pozbawia broni i siebie. Raika została na powrót przyparta do skały. - Poczekaj! - wysapał pomiędzy szybkimi, płytkimi oddechami. - Nie musimy walczyć! Zabiorę cię do Stinas Teresse, naszego miasta. Może to właśnie ty jesteś szansą na nawiązanie kontaktów z ludźmi. Możemy wiele zyskać, poznając się lepiej. - Ja na razie straciłam... towarzysza! - wcale nie chciała, by jej głos zabrzmiał tak słabo i płaczliwie, pragnęła raczej ze złością rzucić mu w twarz oskarżenie. Jednak na wspomnienie Saia na tle nieba, spadającego ze skarpy z rozpaczliwie rozłożonymi ramionami, łzy same napłynęły jej do oczu. - Zginiesz - przyrzekła napastnikowi szeptem, wpatrując się z zaciętością w jego ciemną twarz. - Zginiesz z mojej ręki, lub ja zginę, mszcząc Saia. - Poczekaj, niech cię szlag! - przycisnął dziewczynę klingą, ale nie na tyle, by skrzywdzić. - Chodzi ci o tego Avrega, tak? Wysłuchaj mnie najpierw, nie jesteśmy wrogami! - Doprawdy? - uniosła brew. - Może się mylę, twierdząc, że dopiero co chciałeś ściąć mi głowę? Jeśli tak Dzieci Zmierzchu traktują znajomych, naprawdę nie jestem dumna z domieszki waszej krwi. Westchnął. Wojowniczka miała trochę racji i jeśli, aby jej wszystko wyjaśnić, musi rozmawiać z nią ponad błyszczącym metalem, jest i na to gotów. Choć, oczywiście, wygodniej byłoby schować oręż i usiąść... - Niewiele wiesz o Idara Denno, prawda? - jego głos brzmiał teraz łagodnie, dało się w nim usłyszeć także znużenie walką, tą prowadzoną z dziewczyną, i tą prowadzoną ze sobą. Raika milczała, bo niby co miałaby odpowiedzieć? Wpatrywała się tylko w fascynująco obcą twarz naprzeciwko i czekała, czym też nieznajomy ją uraczy. - Jesteśmy niewolnikami smoczego dziedzictwa - rzekł wreszcie. - To nieokiełznana potrzeba zabijania, która uaktywnia się w sprzyjających warunkach, możliwa do opanowania jedynie w początkowej fazie. Przed chwilą nie byłem sobą! Szał można poznać po oczach, które nabierają wówczas koloru. Niektórzy chcą wierzyć, że to barwa tęczówek, które mielibyśmy, gdybyśmy pozostali Istara Denno. Spojrzał w niebo, zamilkł. Dziewczyna oceniała to, co usłyszała, a z zakamarków jej pamięci docierały głosy. Wiele głosów. "Masz teraz oczy jak dwa węgielki, Raika", "Nie lubię tego twojego spojrzenia, dziecko...", "Co, nie jesteś wściekła? No przecież widzę, oczy jarzą ci się jak złoto!"... Terek, Savna, Sai i wielu innych. Ona również miała te oczy, nie zdawała sobie tylko z tego sprawy. I rzeczywiście, złote iskry wokół jej źrenic pojawiały się w chwilach gorączki walki. Smocze dziedzictwo? - Czy dlatego musiał zginąć mój kompan? - syknęła, gdyż śmierć przyjaciela nadal była świeżą raną w jej sercu. - Sai, który chciał tylko zrobić coś, z czego mógłby być dumny? - Poczekaj, może coś jeszcze da się zrobić. Może twój towarzysz żyje - Dziecko Zmierzchu chyba starało się okłamać i ją, i siebie. - Schowaj sztylety, widziałem, że możesz. Delikatnie, ostrożnym ruchem, jakby na próbę cofnął pałasz, nie spuszczając z dziewczyny czujnego wzroku. Tym razem nie zaatakowała. - Mam na imię Inoshi. Nie chcę zrobić ci krzywdy. - mówił do niej, jakby obłaskawiał dzikie zwierzę. - Raika - odparła, również lekko opuszczając ramiona. Powietrze między nimi nadal wibrowało napięciem, oboje gotowi byli doskoczyć sobie do gardeł, gdyby zaistniała taka potrzeba. - Zawołam teraz smoka, przyniesie twojego towarzysza - srebrnowłosy powoli odwrócił od niej wzrok, zbadał spojrzeniem nieboskłon. - Akaire! Avreg ii namiru! Czerwony jaszczur wywinął kozła w powietrzu, załopotał dwukrotnie skrzydłami i zanurkował poza grań, z której spadł wcześniej Sai. Raika niemal słyszała bicie swego serca, gdu czekała na powrót potwora. Po chwili rzeczywiście zjawił się, niosąc w drobnych przednich łapach ciemną figurkę. Gdy złożył swój ciężar na dróżce nieopodal nich, dziewczyna nie czekała dłużej. - Sai! - krzyknęła, w biegu chowając sztylety do pochewek na przedramionach. Drobna postać przyjaciela wydała jej się żałośnie bezbronna, gdy dziewczyna upadła przy nim na kolana. Sai miał podrapaną twarz i ręce, poszarpane i pobrudzone skórzane ubranie. Dziarsko zazwyczaj stojący kucyk z kruczoczarnych włosów leżał rozrzucony na spękanej ziemi, powieki skryły światło wesołych oczu. Sponiewierany, cichy, chłodny. Martwy. - Sai! - krzyknęła raz jeszcze, jakby mogła w ten sposób wezwać towarzysza, wybudzić go ze śmiertelnego snu. Chwyciła drobne ciało w ramiona i na moment przytuliła do siebie. Zaraz jednak wypuściła pół-Avrega z objęć, ułożyła na ziemi z niepotrzebną mu już wprawdzie, ale w jej odczuciu niezbędną troską i odwróciła się ku Idara Denno. W tej właśnie chwili jej oczy pałały złotym blaskiem. Inoshi dobył pałasza i ostrzem zasłonił się przed nadchodzącą. - Stój! Opanuj swój gniew. Jeszcze możemy mu pomóc! - On nie żyje, nie rozumiesz?! - Raika odrzuciła w tył grzywkę, spadającą jej na oczy i sięgnęła do sztyletów. - Zabiliście go, ty i ta twoja poczwara! - Pohamuj się jeszcze przez chwilę, daj mi szansę - poprosił, a na jego twarzy odbił się szczery żal. - Posłuchaj, wiem, jak to brzmi dla człowieka, ale widziałem już wskrzeszonych. To trudna sztuka, obwarowana wieloma wymaganiami, ale możliwa. - Chcesz powiedzieć...? - Raika czuła się ogłuszona. "Wskrzeszonych"? Czyli, że mieliby zawrócić Saia ze ścieżki śmierci? - Moja siostra jest kapłanką w Stinas Teresse, pozwól mi ją sprowadzić. Kayuu powie nam, czy można przywrócić twojego przyjaciela do życia. Dziewczyna wahała się. Co za bzdury opowiada jej ten obcy?! Przecież Sai leży tam, na ziemi, bez oddechu, bez tętna... - Zaufaj mi - odłożył broń na ziemię i, pokazując, że nie ma nic do ukrycia, skierował w jej stronę otwarte dłonie. - Dla siebie, dla niego... Spróbuj. Raika westchnęła, raz jeszcze obejrzała się na ciało towarzysza i opuściła ręce. - Akaire! - zawołał w niebo Idara Denno. - Kayuu ii namiru. Ne, namite! - popędził smoka, gdy ten zawirował w powietrzu, jakby nie był pewien polecenia. Jaszczur wrzasnął głucho i odleciał. Blondwłosa wojowniczka zignorowała kręcącego się wokół niej Idara Denno i całą uwagę poświęciła ciału przyjaciela. Powolnymi, nagle jakoś niezdarnymi ruchami starała się oczyścić mu twarz z resztek ziemi, skrawkiem bluzy ścierała krew, niestety tylko bardziej rozmazując rdzawe smugi. Wyprostowała i ułożyła ramię Saia, dotychczas wykręcone pod dziwnym kątem w stosunku do tułowia. Wszystkie te czynności wykonywała mechanicznie, jakby zajmowała się chorym. Nie chciała dopuścić do siebie myśli, że…