Fantastyka · 16 min czytania
Smocze panowanie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
SMOCZE PANOWANIE
Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, we wspaniałym zamku mieszkał król Gniewosz I Dobitki z królową Spokosławą i całą swoją świtą. W królestwie, którym rządził, panował spokój i porządek. Żadnych wojen i zagrożeń. Nikt nie myślał nawet napadać na tę bogatą krainę. Król nie był lubiany zbytnio za swój władczy charakter i porywczość. W trakcie sporów poddanych nieraz dawał upust swojej złości i decydował autorytarnie, nie zawsze uwzględniając racje stron. Na szczęście kiedy w sprawę wmieszała się królowa, wszystko kończyło się dobrze. Łagodność królowej nie raz ratowała sytuację. Mimo panującego pokoju król nie mógł się powstrzymać od zwady z sąsiadami. Wiecznie szukał pretekstu do najechania cudzej ziemi. Na usługach króla był rycerz Wiesław z Podgórza, słynący z odwagi i dobroci. Uwielbiany przez wszystkich dzielny rycerz służył królowi wiele lat i można było na nim polegać. Niestety owa sława nie przypadła królowi Gniewoszowi do gustu. Widział w tym realne zagrożenia dla swojej władzy. Podstępnie więc wysyłał dzielnego rycerza na najtrudniejsze wyprawy z nadzieją, że zginie. Najdzielniejszy z rycerzy nie wahał się brać udziału w tych wyprawach i z każdej wracał owiany jeszcze większą sławą, co doprowadzało króla do jeszcze większej wściekłości. Jednak pewnego razu nie wrócił. Królestwo obiegła wieść o tajemniczych okolicznościach, w jakich poniósł śmierć rycerz. Wielu mówiło, że zginął w zasadzce, którą zorganizował sam król. Zrozpaczona żona rycerza została z piątką dzieci bez żadnego zabezpieczenia. Plotki, jakoby król stał za śmierciąjej męża, przelały czarę goryczy. Postanowiła udać się do króla i poznać prawdę. Kiedy dotarła do bram zamku i z trudem dostała się przed oblicze króla, ten nie przyjął jej przychylnie. – Mów, czego chcesz, nędzna kobieto. Z czym przychodzisz? – Jaśnie Panie, mój mąż, oddany ci rycerz Wiesław z Podgórza, zginął podczas ostatniej wyprawy. Bądź łaskaw powiedzieć mi, co naprawdę się wydarzyło. Ludzie gadają… – Co wy mi tu opowiadacie? Jaki Wiesław? Z jakiego wzgórza? A… no tak, był taki jeden. – Król zastanowił się chwilę i z obłudnym uśmieszkiem poklepał biedną kobiecinę po ramieniu. – Jakże mi przykro. – Ale zaraz dodał: – Nic na to nie poradzimy. – Ale czy wiadomo, jak zginął? – nie dawała się odwieść od tematu zapłakana wdowa. – Podobno Jego Wysokość wysłał go samotnie przeciwko smokowi, który go pożarł. – Smokowi? – zdziwił się król. – Smoki nie istnieją. Głupoty mi tu gadasz, kobieto – zdenerwował się. – Idź lepiej do domu zająć się dziećmi. Nic tu po tobie. – Ale my nie mamy z czego żyć! Za ostatnią wyprawę męża nie dostaliśmy ani grosza – próbowała się bronić wdowa. – I dobrze! – wrzasnął Gniewosz. – Za nieudane wyprawy nie ma wypłaty. Żegnam! Król odprawił nieszczęśliwą kobietę i poszedł wziąć kąpiel. Zapłakana żona rycerza opuściła zamek i użalając się nad swoim ciężkim losem, ruszyła w kierunku domu. Ledwie opuściła bramy, a ciemna postać wyłoniła się zza baszty i ruszyła jej śladem. – Zaczekaj – usłyszała, kiedy dotarła na skraj lasu. – Pomogę ci. Przed kobietą zamajaczyła przygarbiona sylwetka w długim płaszczu z kapturem. – Jak to? Kim jesteś? – zapytała przestraszona żona rycerza. – Kim jestem? Nieważne. Ważne, co mogę zrobić, a mogę wiele… Jesteś zła na króla, bo potraktował cię niesprawiedliwie, prawda? – Och, tak – zapłakała znowu kobieta. – Co ja teraz zrobię, z piątką dzieci bez grosza? – Nic się nie martw. Weź tę magiczną łuskę, zakop i podlej łzami swoimi i swoich dzieci, a nim minie północ, twój los się odmieni. Spod płaszcza wysunęła się zasuszona, poryta żyłami ręka trzymająca mieszek. Nie bez pewnej odrazy kobieta chwyciła mieszek, a zrobiwszy to, zorientowała się, że postać znikła. Jakby rozpłynęła się w powietrzu. – Dziwne to, ale cóż. Nie zaszkodzi spróbować – stwierdziła praktycznie. – Dla moich biednych dzieci – pomyślała i znów się rozpłakała. Jak pomyślała, tak zrobiła. Na drugi dzień, kiedy żona rycerza zrobiła wszystko tak, jak zaleciła tajemnicza przygarbiona kobieta – zakopała w ziemi łuskę i wraz z dziećmi opłakiwała nad nią zaginionego męża i ojca – wydawało się, że nie dzieje się nic niezwykłego. – Trudno. Przynajmniej nic to nie kosztowało – westchnęła cicho i zabrała się do pracy, której teraz, gdy nie mogła liczyć na pomoc silnego męża, miała naprawdę sporo. Tymczasem na dworze zapanowało poruszenie. Król zniknął! Szukano wszędzie, we wszystkich stu komnatach, w piwnicach i na poddaszu, na strychu, w kuchni, w jadalni i łaźni. W basztach, lochach, ba, nawet w stajniach i kurniku. Nigdzie go nie znaleziono. Ani żywego, ani martwego. Jakby pod ziemię się zapadł. Dwór wpadł w panikę. Zawiadomiono królową Dobrawę, by ta zdecydowała, co robić. – Nic się nie stało – powiedziała uspokajająco. – Pewnie król zażywa odpoczynku. Do tego czasu ja zajmę się wszystkim. Przystąpmy zatem do spraw codziennych – zarządziła, usiadła na tronie i poprosiła o zaznajomienie jej z sytuacją. W głębi duszy martwiła się o króla i zachodziła w głowę, co też się mogło z nim stać. Był co prawda porywczy i w tej porywczości nieobliczalny, ale swoje królewskie obowiązki traktował bardzo poważnie. Nagłe zniknięcie, bez żadnej informacji, jest do niego niepodobne. Królowa była zaniepokojona, ale do czasu wyjaśnienia zagadki, musiała zastąpić męża. Królowa zarządzała mądrze i spokojnie – zakończyła pokojowy wszystkie spory i zwady, którymi niezdrowo emocjonował się zaginiony władca. W kraju za to niewiele się zmieniło, a jeśli już, to na lepsze. Spory nareszcie rozstrzygano sprawiedliwie, bez zbędnych emocji, a sytuacja gospodarcza królestwa bardzo się poprawiła – warto żyć w zgodzie z innymi monarchami, bo dzięki temu kwitnie handel. Tylko turnieje rycerskie odwołano. Królowa stwierdziła, że w sytuacji nieobecności króla są niepraktyczne. Nie widziała powodu do utrzymywania zbrojnych w pogotowiu, skoro nie było już żadnych wojen z sąsiadami. Można by w tym miejscu powiedzieć, że w odmienionym królestwie od tej pory wszyscy żyli długo i szczęśliwie, ale to jeszcze nie koniec opowieści. Nikt bowiem nie zdawał sobie sprawy, że gdzieś tam na polu pod lasem, niedaleko domku wdowy po rycerzu, w głębokiej jamie magiczna łuska zaczyna porastać olbrzymie cielsko potwora. Nie minęło kilka miesięcy, a z ziemi ulatniać się począł dym, zrobiło się wybrzuszenie, które pękło z hukiem, a ku przestworzom uleciał skrzydlaty stwór. Naraz gruchnęła wieść w pobliskich wioskach o wielkim czerwonym smoku, który burzy wszystko, co napotka na swej drodze, płoszy owce i barany, niszczy uprawy i wyżera owoce z sadu. Coraz więcej wiosek pragnęło pozbyć się szkodnika, ale nikt sobie nie mógł z nim poradzić. Smok śmierdział na potęgę, a zbliżających się śmiałków zmiatał ogonem lub powalał oddechem. W końcu, kiedy już poddani byli zrozpaczeni i nie mieli pomysłu, jak pozbyć się ogromnego intruza, wybrano posłów, aby udali się na zamek z prośbą o rozwiązanie palącego problemu. – Niechże Wasza Miłość coś z tym zrobi. Nie da się już dłużej wytrzymać z takim szkodnikiem. Uprawy zniszczone, sady zdewastowane, woda zatruta odchodami, domy nasze poniszczone, trzoda rozproszona po lasach i łąkach. Tak się nie da żyć. Zaczynamy głodować i chorować! – Rozumiem waszą złość, kochani poddani – ale za cóż karać smoka? W końcu to stworzenie boże i nieekologicznie byłoby się z nim rozprawić – odpowiedziała królowa tak, jak nakazuje poprawność polityczna. Tak naprawdę była w nie lada kłopocie. Wojska nie utrzymywano od dawna, rycerstwo rozpite po karczmach przesiaduje i traci swe siły i zasoby w durnych zakładach. Degrengolada totalna. Królowa zastanowiła się chwilę, a potem postanowiła: – Trzeba zorganizować turniej! Zwołać mi tu wszystkich rycerzy. W najbliższą niedzielę odbędzie się turniej pod hasłem „Ja ci pokażę!” – nagrodą będzie stały dostęp do stajni królewskich wraz z obsługą i garniec złota oczywiście. Zwycięzca będzie miał również…