Fantasy · 6 min czytania
Smok w depresji
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Dawno, dawno temu, żył sobie dość nietypowy smok. Dlaczego nietypowy? Ano dlatego, że pewnego dnia, zupełnie zresztą niespodziewanie dla samego siebie, wpadł w depresję. On, smok wesoły, poczciwy, choć może niezbyt dobrze zorganizowany. A jednak.
Zaczęło się niewinnie. Pewnego dnia przelatywał beztrosko nad uroczym, tętniącym zielenią drzew zboczem. Pochłonięty niemal bez reszty pięknem natury, dostrzegł jednak pomiędzy gałęziami gęstego zagajnika śliczną, jędrną młodą sarenkę. Instynkt wziął górę. „Cóż za piękna łania” – pomyślał lubieżnie. „W dodatku taka samotna i bezbronna, a ja w sumie jestem bardzo głodny”. Zrobił więc zgrabne kółko wokół zbocza, obniżył nieco lot, rozłożył szerzej skrzydła i skupił się na przeprowadzeniu ataku. Akurat sarna – jakby kusząc zły los – wychyliła się z zagajnika i wesoło rozejrzała po polanie. Dokładnie w tej samej chwili padł na nią ogromny cień przelatującego tuż nad jej łebkiem smoka. Zwierzę spojrzało w górę i smok mógłby przysiąc na wszystko, że w oczach sarny zobaczył wtedy szczerą radość na jego, smoka, widok. Piękna, ale niestety głupia – stwierdził w duchu, zakręcił kolejne kółko i przechylił się do lotu koszącego.
I wtedy jakaś delikatna igiełka przekłuła jego świadomość. Po co to wszystko właściwie? - takie pytanie rozległo się w smoczej głowie. Po co ten znój i trud w pogoni za byle przyjemnością? Smok szybko uznał te myśli za swoje własne. Wyrównał lot, machnął groźnie skrzydłami, co i tak nie przestraszyło sarny, i odleciał na zachód.
Potem było już tylko gorzej. Coraz mniej chętnie spotykał się ze swoimi smoczymi kolegami. Wymawiał się od spotkań brakiem czasu i masą roboty, ale w gruncie rzeczy nudziły go do szczętu rozmowy o fantazyjnie przystrojonych ogonach ich smoczyc albo o tym, ile który zjadł baranów w ciągu jednego wieczora.
Najprzyjemniej było mu w jego własnym leżu. Wstawał wcześnie rano i z nostalgią w oczach obserwował przez skalną dziurę spienione morze tłuczące w kamieniste nabrzeże. Do polowań też przestał czuć miętę. Ruszał na zwierzynę tylko wtedy, gdy już musiał. Wyskakiwał na godzinkę, coś tam byle co przekąsił – nierzadko kończyło się na kilku małych zającach – i wracał do siebie.
Część 22 / 2
Najgorsze stały się noce. Kładł się późno, zmęczony, w poczuciu fizycznego udręczenia, natomiast nie był w stanie zasnąć. Gdy zapadała ciemność ogarniał go potworny lęk – nie dawało wychwycić się w nim żadnego motywu przewodniego, był to straszliwy zlepek wszystkich możliwych mniejszych lub większych traum. W końcu pojawiły się myśli samobójcze.
– Nie mam odwagi tego zrobić – przyznał sam przed sobą, stojąc na szczycie najwyższej góry w okolicy. Potem runął na swoje legowisko zalany łzami. Cały świat wokół niego zmienił się w gęstą czarną i kleistą maź.
Trwało to wszystko dobry rok a może nawet i dłużej.
Pewnego dnia smok usłyszał jakieś dziwne odgłosy. Początkowo uznał, że to jego własny umysł rozsypał się do tego stopnia, iż w końcu musiały pojawić się tego naturalne…