biografia · 11 min czytania
Smutek ryb
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
Droga przyjaciółko,
mówisz w ostatnim liście, że zamykam oczy na Boga, że nic nie tłumaczy mojej odrazy do rzeczywistości, i że jestem trochę jak dziecko, które chowa głowę po poduszkę.
To moje ostatnie opowiadanie było dla ciebie wstrząsem, nawet w snach robisz mi wyrzuty. Wzięłam to sobie do serca, a umieranie jak umieranie - ogłady w nim żadnej. No dobrze, pragnę cię uspokoić, nadal idziemy tą samą drogą, tyle, że teraz jest jesień, wcześnie zachodzi słońce i tylko chmury i ten irytujący zamęt w koronach drzew.
Babciu, to nie tak! Wszystkiemu winne jest złamane serce, wiem coś o tym, bo też tak miałam, podsumowała mnie moja Zosia. Tym rozbrajającym stwierdzeniem rozbawiła mnie do łez.
Długo milczałam, więc nie wiesz wszystkiego, a mnie samej to czasem wydaje się niemożliwe – pierwszy raz, po 26 latach małżeństwa, rozstałam się z Andrzejem i nie wiedząc, na jak długo.
Targa mną straszne uczucie bezradności, tracę kontakt ze światem, ze światłem, z otoczeniem, z rzeczywistością, wszystko oddala się i znika, wyrzucił z siebie, emanując przy tym jakimś niezdrowym blaskiem.
Wychodząc, z fałszywą pogodą w głosie, rzucił przez ramię:
- Wrócę, ale muszę się przewietrzyć.
Część 22 / 3
Czasem trzeba pozwolić drzewu, by spadły z niego zeschłe liście, pomyślałam ze smutkiem.
To dziwne, ale dopiero w tamtym momencie dotarło do mnie, że przez czas pandemii cierpiał na rodzaj autyzmu. Jego świat, kiedyś taki wielki i pełen możliwości, wraz z rosnącą potrzebą bezpieczeństwa nagle skurczył się, wszystko zaczęło się sypać. Zmienił go lock-down. Wydawało mu się im szczelniej otoczy się murem tym lepiej. Nic bardziej złudnego. Dni pozbawione radości, monotonia i ta przerażająca niepewność jutra sprawiły, że zamiast dobić do brzegu, znaleźć nową normalność, porwał go nurt i nasza łódka przewróciła się.
Rzeczywistość nigdy nie jest satysfakcjonująca, kiedyś napisałaś. Może i tak. Nie ukrywam, że po jego odejściu szykowałam się na klęskę, gdzieś w środku nosiłam lęk, przyszłość wydała się szara i mglista. To strach przed samotnością pchał się w gości. Myślałam, że już się nie ruszy, rozsiądzie się na kanapie i w ulubionym fotelu, wsączy się w krew i kości.
Przez wiele dni mój stan ducha nadal przypominał wzburzone morze. Ukojenia szukałam w ogrodach pobliskiego parku. Aż pewnego poranka, w bryzgach kałuży, zaświecił się ekran kontrolny - bierz życie, jakie jest .
Wyprostowałam się, strach prysnął i jeszcze tego samego wieczoru zaprzyjaźniłam się z pustką przy stole.
Pracuję 50 godzin tygodniowo i przyznaję, że czasem nie mam czasu być wszystkim, czym mogę być. Powiesz, że wszystko ma swoją cenę. Nie przeczę, ale najważniejsze, że znowu piszę, robię to, co kocham, a moje kobiece gospodarstwo sprawdza się całkiem dobrze.
Jednego, czego nie umiem przeoczyć to niezaprzeczalny fakt, że ceny rosną, inflacja zjada moją pensję i oszczędności. I do tego jeszcze ten niepokój o naszą dalszą obecność w Unii Europejskiej, coraz większy gniew na zaostrzenie przepisów antyaborcyjnych i na dołującą hipokryzję Kościoła. Czasem mam wrażenie, że mój kraj, jego mieszkańcy kroczą po rozżarzonych węglach rozsypanych na drodze do nieodległej przyszłości, która wygląda dla naszego pokolenia aż nazbyt znajomo. Rządzący Polską już nie kryją się w cieniu, kłamią, miażdżą mnie swą zaciekłością, na pewno nie mądrością. Świat tkany z ich słów nijak się ma do realności. Trudno wróżyć, co ta godna podziwu inwencja nam jeszcze zgotuje, prywatne śledztwo na nic się tu nie zda. Gdy o tym dłużej myślę, sufit mojego pokoju zmienia się w łukowe sklepienie, ściany nabierają koloru sepii, czasem tylko ptasi głos za oknem przeszywa ciszę. Przytłoczona tym obrazem wciskam głowę w ramiona i nieruchomieję. Mogłabym powiedzieć, widziałam wszystko.
Część 33 / 3
Słyszę dziesięć głuchych uderzeń zegara na dzwonnicy kościoła Dominikanów, muszę przerwać pisanie.
Wierne emocjom swojej pani, moje dwa psy podnoszą się, dając mi do zrozumienia, że mam wyjść, i szykują się, żeby mnie eskortować podczas wieczornego spaceru.
****
Musiałam się rozgrzać, wybacz. Dobroczynny wiatr przepędził znad Gdańska burą zawiesinę jesiennej mgły wiszącą od rana nad miastem i już nie padało, ale moje buty szybko oblepiły się błotem i nasiąknęły wodą. Psy też chyba też nie miały ochoty na długi spacer. Poruszały się naprzód, wspólnie, jakby tworzyły jedno ciało. Więź łącząca Bliznę i Freda wydaje mi się głębsza niż ich spojrzenia. To niewidzialna nić, która nie pozwala Fredowi odbiec zbyt daleko albo dojrzałej suce ociągać się dłużej, niż to rozsądne, nad szkieletem gołębia.
Wchodząc do domu, wzdrygnęłam się. Wydawało mi się , że słyszę czyjś nerwowy oddech. Podniosłam wzrok, w drzwiach między kuchnią a salonem tkwiła Zosia. Na mój widok wyprostowała się niczym struna, nie ruszając się z miejsca. Krótka pomięta koszula z trudem zasłania gołe pośladki. Chude nogi obute w czarne martensy, włosy spięte szpikulcem, który wygląda już na pierwszy rzut oka, jak narzędzie zbrodni. Patrzyła mi prosto w oczy, usiłując przebić spanikowanym wzrokiem szkła okularów. Co się dzieje?, pomyślałam zdziwiona.
Obserwowałam moją wnuczkę dalej, zdejmując powoli buty. Zawsze byłam obserwatorką. To moja natura, pierwsza i druga. Ubiór Zosi to zawsze komunikat. Podświadomie się nim definiuje, albo używa go z rozmysłem.
Co ona