Rodzina · 7 min czytania
Smutne Opowiadanie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Pamiętam jak dziś. Moją matkę. Jej zapach, czarną sierść… I rodzeństwo. Ich też pamiętam. Braci, siostry… Wszyscy czarni jak mama. Tylko ja… Jedyny. Łaciaty, ze stojącymi uszami – pewnie po ojcu. Zresztą czy to ważne? I tak nigdy go nie znałem… Pamiętam, kiedy Ty i Twoja rodzina przyszliście do nas. Od razu mnie wypatrzyliście. Byliście zachwyceni. Tacy upojnie podnieceni. Tacy szczęśliwi. Tacy przyjaźni. Potem odjechaliście i znów za jakiś czas wróciliście. Pamiętam jak się cieszyłem, gdy Twoja córka, prawie już dorosła głaskała mnie za uszami. Pamiętam jak Ty i Twój synek pokazywaliście Pani, jakie mam „fajne uszka” i jak „fajnie ganiam za piłeczką”. A potem… A potem zabraliście mnie od matki i rodzeństwa. Do „domu”. Poznałem „dom”. Poznałem Was i Was pokochałem. Kochałem Ciebie i Twoją rodzinę. Kochałem pieszczoty, którymi mnie tak szczodrze obdarowywaliście. Kochałem zabawy z Twoim synem i kiedy potajemnie zabierał mnie do siebie, do łóżka, mimo, że tego zabraniałeś. Kochałem Panią i jej zawsze pachnące pysznościami ręce. Kochałem Twoją córkę, która zabierała mnie na łąkę, bawiła się ze mną. Kochałam Ciebie… Za to, że byłeś. Dorastałem. Stawałem się coraz większy i większy. Moje uszy zrobiły się gackowate, a nogi długie i chude. Wyraz pyska spoważniał. Nie byłem już tą kochaną kulka, którą zabrali w zimę. Chociaż nadal Was kochałem tak samo, może nawet mocniej. Mimo, że mój charakter się nie zmienił… Wy zaczęliście traktować mnie jak wyrzutka. Odganialiście z aprobatą, gdy się z Wami witałem. Twój syn i jego koledzy już nie rzucali mi piłki, woleli raczej kopać i szturchać mnie, kiedy tylko się położę. Pani nie dawała już smakołyków. Gdy próbowałem wejść do kuchni, dostawałem ścierką. Twoja córka gdzieś zniknęła, mówiliście, że się wyprowadziła. Wraz z nią zniknęły wypady na łąkę. Głaskanie i pieszczoty. A Ty… Nie brałeś już smyczy i nie wołałeś mnie żebym poszedł z Tobą na spacer; zamiast tego miało wystarczyć mi „podwórze”. Nie brałeś piłki i nie zapraszałeś do zabawy. I mimo, że to wszystko odeszło, nadal Cię kochałem. I mimo, że dostawałem smyczą za każdym razem, gdy choćby pisnąłem, abyś mnie wypuścił na zewnątrz, byłem Ci wierny. I nawet, kiedy uderzyłeś mnie kijem i kopnąłeś, gdy rzuciłem się w Twojej obronie na jakiegoś mężczyznę, który krzyczał na Ciebie i groził pięściami, gotów byłem nadal Cię kochać, a o tych złych chwilach zapomnieć. Bo nie to, jacy byliście się dla mnie liczyło, ale to, że w ogóle jesteście i że jest gdzieś ktoś kogo mogę bronić i kochać. A gdy po raz kolejny spróbowałem Cię bronić, przed tamtym mężczyzną, znów mnie pobiłeś. Potem na podwórzu pojawił się domek z desek – niski i brzydki. A wraz z nim – dzwoniący, zimny i ciężki łańcuch i ciasna obroża zaciskająca się, gdy tylko za mocno się ruszyłem. I nawet wtedy, gdy zapinałeś mnie do tego łańcucha, kochałem Cię. Jednak, gdy chciałem Ci to pokazać i polizać Cię, Ty uderzyłeś mnie dłonią w pysk. Nawet nie wiedziałem, że zostanę przy budzie dłużej. Spędzałem tam noce i dnie. Tylko od czasu do czasu Twój syn, lub Ty pojawialiście się, aby postawić mi miskę z resztkami. A za każdym razem, gdy próbowałem pokazać Wam jak na Was mi zależy – odwracaliście się z odrazą, a nie rzadko…