Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Filozofia · 36 min czytania

Śnieżnobiałe palisady

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

- Cel - mówił dalej Mistrz. - Cel implikuje porządek. Brak celu implikuje chaos. - Więc podstawą jest obranie celu? - Och, gdybyż to było takie proste. Cel ma to do siebie, że osiągnięty traci znaczenie. Zostaje po nim krótkotrwałe, często iluzoryczne uczucie satysfakcji. - Innymi słowy, należy obrać sobie taki cel, którego osiągnięcie jest stuprocentowo niemożliwe? - Albo w ogóle zrezygnować z celowości i pogrążyć się w chaosie. Chaos niekoniecznie jest czymś złym. Jeśli przyjmiemy, że moralność wynika nie z konsekwencji naszych czynów, a z ich intencji, okazuje się, że działania chaotyczne są etycznie neutralne. - Którą z etyk masz na myśli? - Kpisz? - Skądże! Pytam najzupełniej poważnie. - Etyka jest jedna dla wszystkich istot obdarzonych moralnością. Mylisz etykę z etosem, który jest zbiorem zasad moralnych przestrzeganych przez daną społeczność. - Zboczyliśmy z tematu - zauważyłem. - Mówiliśmy o celu i bezcelowości. - Nie - zaprzeczył Mistrz. - Mówiliśmy o porządku i chaosie. - Zawsze zastanawiałem się, czy taki dualizm ma sens. Bo czym tak naprawdę jest porządek? Jak odróżnić go od chaosu? - Porządek da się określić i zrozumieć przewidując jego konsekwencje na podstawie wcześniejszych elementów. Weźmy chociażby ciąg liczb - tu Mistrz końcem laski napisał na piasku: 1, 2, 4, 8, 16, 32 - Te liczby ułożone są w określonym porządku. Każda jest dwukrotnie niższa od następującej po niej i dwukrotnie większa od poprzedzającej ją. Ciąg tych liczb cechuje celowość. Możemy przewidzieć kolejne liczby - 64, 128, 256 i tak dalej... Z liczbami ułożonymi w ciąg chaotyczny nie potrafimy przewidzieć jakie pojawią się w nim liczby. Zamyśliłem się i palcem na piasku napisałem: 2, 3, 5, 7, 11, 13 - Te liczby są chaotyczne - oświadczyłem. - To znaczy, ułożone są w sposób chaotyczny. - To liczby pierwsze - zauważył Mistrz. - Ja to wiem. I ty też. Ale człowiek, który nie wie o liczbach pierwszych dostrzeże chaos. Żadna liczba pierwsza nie wynika z poprzedniej nie ma pomiędzy nimi żadnego związku, jest tylko kryterium przynależności - brak dzielników innych, niż jeden i sama liczba pierwsza. Jeśli nie znamy tego kryterium... - Rozumiem, co masz na myśli. - Takich przypadków jest więcej - ciągnąłem. - Liczby doskonałe. Kolejne miejsca po przecinku liczby pi. Albo napisana po łacinie Biblia. dla nieznających tego języka jej treść będzie ciągiem przypadkowo następujących po sobie liter. Co, jeśli każdy "przypadkowy" ciąg jest tak naprawdę układem elementów posegregowanych w sposób nie chaotyczny, a celowy, przy czym celowość ta jest dla nas niezrozumiała? Mistrz uśmiechnął się, jakbym powiedział coś bardzo mądrego i jednocześnie bardzo zabawnego. - Stawiasz więc tezę, że chaos nie istnieje. Wszystko toczy się w sposób uporządkowany, a każde z ziaren rozsypanych na blacie stołu układa się w sposób przyporządkowany do kryterium, które jest dla nas niezrozumiałe. Tak? W jego ustach brzmiało to absurdalnie. - To logiczne - broniłem się. - Logiczne - powtórzył Mistrz. - A którą z logik masz na myśli?

*** Kiedy spotkałem Alicję pierwszy raz, nie zakochałem się w niej. Opowiedziałem jej jakiś żart. Śmiała się, choć żart wcale nie był zabawny. Potem poszliśmy na spacer i nie zakochałem się patrząc w jej orzechowe oczy, słysząc cichy głos, czując dotyk miękkiej dłoni. Kiedy odprowadziłem ją do domu i po raz pierwszy pocałowała mnie w policzek, również się nie zakochałem. Przez kolejne miesiące nic się w tej materii nie zmieniło. Nieważne czy spędzaliśmy czas w kinie, kawiarni czy w łóżku. Była wspaniała pod każdym względem - piękna, inteligentna, obdarzona wspaniałym charakterem i poczuciem humoru - nie potrafiła jednak wzbudzić w moim sercu tego, co odkryłem w wieku -nastu lat. Uczucia tak silnego, że aż odurzającego i zwalającego z nóg. Oczywiście, zależało mi na Alicji, ale tak, jak zależy nam na najbliższych przyjaciołach, ukochanym hobby, czy wymarzonej pracy. To nie była miłość. Kiedy zginęła, nie uroniłem ani jednej łzy. Nieco później okazało się, że na cierpienie przyszło mi trochę poczekać.

***

Trzeciego dnia znalazłem na strychu bardzo stary, oprawiony w szare okładki zeszyt. Był pognieciony i pachniał kurzem. Zaciekawiony otworzyłem go. OPOWIEŚCI O CHŁOPCU - odczytałem napisany dużymi, kształtnymi literami tytuł. Przekartkowałem zeszyt. Większość stron zapisana była pismem przywodzącym na myśl gryzmoły pierwszoklasisty albo człowieka, który bardzo długo nie miał do czynienia z długopisem. Pierwsze strony zapisane były wiecznym piórem, mniej więcej od połowy tajemniczy kronikarz przerzucił się na granatowy długopis. Zszedłem na dół Zeszyt położyłem na stole w kuchni. Wstawiłem wodę na herbatę.

CHŁOPIEC I BURZA

Późnym popołudniem Chłopiec zauważył ciężkie burzowe chmury zasnuwające okolice. Rolnicy w pośpiechu uciekali przed porywistym, zrywającym czapki z głów wiatrem. Chłopiec usiadł na skraju lasu. Burza podpłynęła do niego, znacząc niebo ciemnością. - Nie boisz się mnie? - zapytała na poły zdziwiona, na poły zaciekawiona. W jej głosie nie było wrogości, dlatego Chłopiec odpowiedział. - Widziałem cię już wiele razy. Wiem, że cierpisz, bo zawsze krzyczysz piorunami i płaczesz deszczem. Ludzie się ciebie boją, co sprawia, że cierpisz, jest ci smutno. Jesteś jednak zbyt dumna by to okazać, dlatego nas straszysz. Zaczął padać deszcz. Burza płakała. Długo, bardzo długo. Powoli zapadał zmrok. Przez cały ten czas Chłopiec nie odrywał od niej wzroku. W końcu stał po kostki w wodzie, a od uderzeń piorunów dzwoniło mu w uszach. Mokre ubranie lepiło mu się do ciała, woda wlewała się do butów, a włosy zmieniły się w burzę poskręcanych strąków. Mimo to, Chłopiec wciąż stał i patrzył na Burzę. Towarzyszył jej do samego końca. - Gdyby cię nie było - szepnął. - nigdy nie poznalibyśmy smaku tęczy.

(1958)

***

Postanowiłem wynająć ten stary dom. Nie od razu, oczywiście. Najpierw obejrzałem go dokładnie. Właściciel powiedział, że cały dom jest do mojej dyspozycji - dwa lata temu odziedziczył go po dziadku i od tamtej pory dom stoi nieużywany. - Do sklepu niedaleko, a sąsiedzi nie będą panu przeszkadzać. Istotnie, dom stał na uboczu. Mały, jednopiętrowy budynek. Artystyczny nieład w okalającym go ogrodzie. W środku - kuchnia, pokój, łazienka. Na górze strych. Meble przykryte zakurzoną folią. Tłusty brud na podłodze. Dokonałem kilku rachunków. Proponowany czynsz był mniej, niż symboliczny - ostatecznie wynajmowałem ten dom tylko na dwa miesiące, na dodatek zadeklarowałem się przez ten czas doprowadzić go do stanu używalności. Okolica tchnęła spokojem, zaś sam dom emanował czymś nieuchwytnym, czymś nieodparcie kojarzącym się z dzieciństwem, beztroską zabawą na polanie na domem, niekończącymi się włóczęgami po okolicy, zapachem pieczonego chleba... Potrząsnąłem głową, jakbym odganiał natrętną muchę. Skąd takie myśli? Wychowałem się w sercu betonowej dżungli, wśród smrodu spalin i tabliczek z napisem "Nie deptać trawników". Skąd więc ta nostalgia i tęskne uczucie deja vu? Miejsce dobre, jak każde inne. To ja je wybrałem, czy ono mnie?

***

- Teraz już nic nie czuje - powiedział cicho ojciec Alicji, nie kryjąc łez. Nikt ich nie krył. Wszystkim zgromadzonym na pogrzebie szkliły się oczy. Mnie nie. Ja jeden po niej nie płakałem, choć znałem ją lepiej, niż większość obecnych tam ludzi. Moje suche oczy były obrazą, bluźnierstwem, najgorszą zniewagą. Zdawałem sobie z tego sprawę, jednak nie potrafiłem odnaleźć w sobie łez. Teraz już nic nie czuje. Ja też nie.

***

Tym razem wróciliśmy do lasu, spacerując wokół tego, co już zawsze miało być dla mnie śnieżnobiałymi palisadami. - Słyszałeś to powiedzenie, że Bóg kocha artystów, a Kościół ich nienawidzi? Zaśmiałem się, bo choć nie znałem tego przysłowia, spodobała mi się jego przewrotność. - Pewnie zostało wymyślone w czasach sprzed Dawkinsa. Mistrz zmrużył oczy. - Artyści propagujący ateizm też służą Bogu. Na swój sposób. - Podważają wiarę w Boga, działając więc na jego szkodę. - A czym jest wiara bez odrobiny refleksji? Zastanowienia? Zwątpienia? Myślisz, że Wszechmogący chce, by wierzyli w niego krótkowzroczni ignoranci? - Niektórym zwątpienie niezbyt służy. Na świecie prawie nie ma Abrahamów. - Ale każdy w coś wierzy. Nawet Dawkins miał swojego intergalaktycznego tyrana Xenu. Kiedy ktoś mówi, że nie wierzy w nic, oznacza to, że kłamie. Duchowość zawsze była i jest wpisana w naturę człowieka. Wierzymy w nadrzędną siłę rządzącą naszymi losami. Czy nazwiemy ją Jezusem, Jehową, Allachem czy Przeznaczeniem - nieważne. - To jeszcze nie dowód na istnienie Boga. - Znowu zaczynasz z tym swoim "dowodem". Wiara pozbawiona jest dowodów, bo jest wiarą, a nie wiedzą czy nauką. Nie ma doświadczenia sprawdzającego istnienie Boga. Gdyby było, wiara byłaby niepotrzebna. - Święty Tomasz z Akwinu mówił coś innego. - Tak, ale on odnosił się do religii chrześcijańskiej, a chrześcijańscy filozofowie mają to do siebie, że zazwyczaj głoszą przepotworne bzdury. "Filozofia służebnicą teologii". Dobre sobie! - Należy więc wierzyć, jednocześnie cały czas wątpiąc? - Albo nie zawracać sobie tym głowy. Ewentualnie przyjąć założenie Pascala, choć moim zdaniem jest to pójście po linii najmniejszego oporu. I nie ma nic wspólnego z prawdziwą wiarą.

*** - To twój kot? - zapytałem pięcio-, sześcioletniej dziewczynki, która siedziała na schodkach głaszcząc pręgowanego rudzielca. Byłem pewien, że to ten sam, który odwiedził mnie pierwszej nocy w starym domu. - Nazywa się Bzdurka - powiedziała dziewczynka. - A ja jestem Tabita. Tabita Anioł. - Bardzo mi miło - uśmiechnąłem się. - To pan wprowadził się do starego domu? Pokiwałem głową. - Przyjechałem wczoraj. Odpoczywam tu. Dużo spaceruję, rozmawiam z ludźmi, robię zdjęcia... - Tutaj nikt nie przyjeżdża - powiedziała Tabita. - tylko rodzina ludzi, którzy tu mieszkają. Raz przyjechało małżeństwo z dziewczynką w moim wieku. Bawiłyśmy się w dom i ona spadła z drabiny. Jej mama wpadła w historię, a jej tata zadzwonił po lekarzy. - W co wpadła jej mama? - W historię. Pokiwałem głową, uśmiechając się w duchu. - Bzdurka nie jest moja - mówiła dalej dziewczynka. - Jednych lubi, innych nie. Chce pan wiedzieć, skąd się wzięło moje nazwisko? To bardzo ciekawe - zapewniła. - Pewnie - uśmiechnąłem się. - Opowiadaj. Tabita przymknęła oczy. - Po pierwszej wojnie światowej w naszej wsi pojawił się anioł. Prawdziwy anioł ze skrzydłami, aureolą i wszystkim. Ludzie dziwili się, kiedy mówił im, że uciekł z Nieba. Niektórzy się go bali i wypędzili ze wsi. Izul, bo on tak się nazywał, zamieszkał w lesie. co jakiś czas wychodził, ale ludzie rzucali w niego kamieniami. Potem... - Tabito, nie zagaduj pana! Odwróciłem się, napotykając wzrok kobiety, która mogła być tylko matką mojej małej rozmówczyni. Te same oczy, postawa, mimika. - nic się nie stało - zapewniłem. Matka Tabity spojrzała na mnie podejrzliwie, bez słowa chwyciła córkę za rękę i szarpnęła. - Chodźmy - rzekła do córki, nie spuszczając ze mnie wzroku. Bzdurka wyrwała się z rąk dziewczynki i uciekła gdzieś. - Do widzenia! - Tabita pomachała mi ręką.

***

CHŁOPIEC I KAMIEŃ

Chłopiec położył się pod drzewem przy brzegu rzeki. Jej szum rozleniwił go, więc Chłopiec przymknął oczy i wyciągną się na trawie. Coś jednak uwierało go w plecy, nie pozwalając na przyjęcie wygodnej pozycji. W końcu podniósł się i zobaczył, że z ziemi wystaje kanciasty kamień. Był na tyle duży, by przeszkadzać w wypoczynku, jednak na tyle mały i śliski, by nie dało się go wyciągnąć i wyrzucić. - Przeszkadzasz mi w wypoczynku - powiedział Chłopiec. - To miejsce jest idealne, by w cieniu drzewa złożyć głowę, zamknąć oczy i przeczekać spiekotę południa. Tobie ono nie służy, jesteś kamieniem i gorąco ci nie przeszkadza. Gdybyś dał się wyciągnąć, wielu ludzi znalazłoby tu ukojenie. A Kamień na to: - Tkwiłem tu zawsze, jeszcze nim płynęła tędy rzeka i nim na tę glebę spadło nasienie, z którego wyrosło drzewo. To miejsce należy do mnie i nigdy się stąd nie ruszę. Chłopiec podniósł się z trawy. - Jesteś zły - powiedział do Kamienia. - Mógłbyś dać wielu ludziom coś dobrego, coś co posiadasz i sam z tego nie korzystasz. Nie zrobisz tego jednak, bo jesteś stary i prędzej przepadniesz, niż uświadomisz sobie, że świat wokół ciebie nie jest już taki, jak kiedyś. Odmawiasz innym łaski, na której ci zbywa. To mówiąc odszedł i nigdy więcej nie wrócił w to miejsce. Kilka lat później drzewo zostało ścięte, a bieg koryta rzeki zmieniony. Zamień zginął zalany betonem pod fundamenty domu, który powstawał w tym miejscu.

(1973)

***

Marek był księdzem, ale zrzucił sutannę, bo kapłaństwo nie zaspokajało jego duchowych potrzeb. Wstąpił do sekty, z której odszedł po trzech miesiącach. Potem przestał wierzyć w Boga. Jeszcze potem w ogóle przestał wierzyć. Komukolwiek w cokolwiek. Wpatrywałem się w rzednącą pianę mojego piwa i milczałem. - Zadręczasz się tym - oznajmił mi Marek. - To był wypadek zdarza się. - Nic nie czuję - wyznałem. - Kiedy wyciągnąłem ją spod tego samochodu serce waliło mi jak oszalałe, a krew buzowała w skroniach. Ale to była tylko adrenalina. Później, gdy widziałem ją w kostnicy, a potem w trumnie... było mi przykro. Czułem zwykły żal, a nie druzgoczące poczucie porażki, jak wtedy, gdy umarł mój ojciec. Marek pokiwał głową, udając, że mnie rozumie. - Nigdy jej nie kochałem, ale nie mogłem bez niej żyć. - Skoro nigdy jej nie kochałeś - Marek mówił powoli, ważąc każde słowo. - to nic dziwnego, że nie cierpisz. - Właśnie, że cierpię! - krzyknąłem. wokół nas zrobiło się cicho. Kilka osób odwróciło się w naszą stronę. Poczułem, że na twarz wpełza mi rumieniec. - Cierpię - powtórzyłem ciszej, gdy już ostatnie zaciekawione spojrzenie skierowało się w inną stronę. - I to bardziej, niż kiedykolwiek. Czuję się, jakby setka pilników szorowała mój mózg. Czasem budzę się w środku nocy, a poduszka jest mokra od łez. To mnie zabija. Czuję, że pewnego dnia nie wytrzymam i strzelę sobie w łeb. Albo zanurzę się w wannie i nabiorę do płuc haust wody. Chwila szamotaniny i po kłopocie. Długo już nie zniosę tego czegoś, co rozrywa mi duszę. - Dusza nie istnieje - Marek pociągnął łyk piwa. - Skoro boli, to znaczy, ze istnieje. - Bzdura. Niektórych ludzi bolą amputowane kończyny. - To znak, ze kiedyś tam były. Marek, ja nie chcę wdawać się z tobą w teologiczne dysputy. Proszę się o radę, jak przyjaciela. - Idź do psychiatry. Niech zapisze ci antydepresanty, albo jakieś inne prochy. Za miesiąc ci przejdzie. Westchnąłem. - Nie wiem, czy przeżyję miesiąc. Poza tym, przecież sam niedawno mówiłeś, że psychologia to takie samo szarlataństwo, co religie. - Bo tak jest. ale z dwojga złego lepiej, żebyś poszedł do psychologa, niż do księdza. - Czemu? - Bo psycholog nie będzie cię straszył ogniem piekielnym. Dopiłem piwo i zamówiłem następne. - Jeszcze jakieś pomysły? Marek zastanowił się. - Zmień otoczenie. Masz przecież wakacje. Chcesz, to pożyczę ci kasy. Sporo zarobiłem na swojej najnowszej książce. No tak, pomyślałem. To jego "dzieło" pod tytułem "Amputować Boga", które pisał ostatnie pół roku. antyreligijna książka faceta o takim życiorysie po prostu musiała stać się bestsellerem. Marek już wziął z wydawnictwa zaliczkę na poczet kolejnej książki. - Piszesz i piszesz, w końcu oberwiesz ekskomuniką. Zaraz, jak to leciało? - przymknąłem oczy. - "W dzisiejszych czasach być katolikiem to jakby mieć przyczepiony do tyłka barwny neon z napisem <>". - To mój ulubiony fragment - uśmiechnął się były ksiądz. - Zaraz po tym, w którym napisałem, że katolicki Bóg zakazuje seksu nawet małżonkom, jeśli współżycie nie ma na celu produkcji małych katolików. Co do ekskomuniki... mogę ci powiedzieć, gdzie ją mam. mogę ci nawet pokazać na mapie, tylko daj mi jakiś atlas anatomiczny. Zaśmiałem się, ale w moim śmiechu brzmiały nutki rozpaczy. Marek zauważył to. - Nie mogę już tak dłużej - wychrypiałem. - Wyjedź - poradził mi mój przyjaciel. - Wróć tu, do tej knajpy równo za dwa miesiące. Spotkamy się przy piwie i zobaczysz, że będziemy rozmawiać zupełnie inaczej - wychylił kufel. - A teraz wybacz, muszę pędzić. Jestem zajętym człowiekiem, ale dla przyjaciół zawsze mam czas. - Wiem - kiwnąłem głową. - Jesteś dobrym człowiekiem. - Jestem bluźniercą, eksksiędzem i sekciarzem. - Nie twierdzę, że jesteś doskonałe. Jesteś moim przyjacielem i pal diabli wszystko inne. Jeśli ktoś obrazi cię w mojej obecności to od razu go skasuję, niezależnie od tego, czy będzie miał pod szyją krawat czy koloratkę. - Miło mi to słyszeć - Marek podniósł się z taboretu. Klepnął mnie w ramię. - Jeszcze będzie z ciebie ateista, zobaczysz. - Nie licz na to - odparłem, także wstając. - Czyli tutaj, za dwa miesiące? - Za dwa miesiące. Trzymaj się, byku. - Ty też się trzymaj. Podaliśmy sobie ręce i odeszliśmy, każdy w swoją stronę.

***

Był młody - to pierwsze, co rzuciło mi się w oczy. Chłopak był ode mnie młodszy jakieś trzy, cztery lata, wyglądał na nie więcej, niż dwadzieścia. Chociaż mieszkałem tu już dobry tydzień, był on pierwszym młodym człowiekiem, jakiego spotkałem na tej wsi. wcześniej widywałem tylko dzieci, ludzi dojrzałych i bardzo wielu starców. To, co zwróciło moją uwagę w drugiej kolejności, to fakt, że chłopak poruszał się o lasce. Wyglądało to groteskowo, ale jednocześnie dziwnie dostojnie. Chłopak szedł polną ścieżką nucąc pod nosem jakąś melodię. W pewnym momencie spostrzegł mnie i pomachał mi ręką. Opuściłem aparat i odmachałem mu. - Co ci się stało w nogę? - zawołałem. Chłopak ruszył w moją stronę. - Drobny wypadek podczas deszczu meteorytów - miał miły, przyjemny dla ucha głos. - Dwa tygodnie w gipsie i dłuższa kontuzja, ale było warto. Zaśmiałem się. - Dostałeś meteorytem w nogę? Chłopak podszedł do mnie. miał jasne włosy i smutny, mądry uśmiech na twarzy. - Obserwowałem niebo i nie zauważyłem dziury na ścieżce. Chwila nieuwagi i bach! Zapomniałem, że aby…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%