historia · 5 min czytania
Soah
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wysoki Niemiec wkroczył żwawym korkiem na plac zwany Lazarettem, zmierzając ku dobrze zbudowanej postaci Menza. Rozejrzał się szybko po zbitych w szeregu i obszarpanych z ubrań ludziach, którzy snuli się wolno w jednym kierunku. Drażniący nozdrza odór potu zmieszanego z krwią i brudem niósł się po całym placu, jak i dalej, za jego granicę.
Głośne, pełne pasji pokrzykiwania niemieckich oficerów były w tym miejscu jedynym znakiem życia: falanga kukiełkowych ciał posuwała się naprzód w milczeniu.
- Generale Menz! – ryknął ochryple wysoki Niemiec. - Tak jest – odpowiedział wyniośle Menz, odwracając się energicznie i dostrzegając gościa. - Pułkownik Fischer. Już jestem - rzekł, salutując. - Tak, to dobrze. Zaraz mamy kolejny transport. Oprowadzę pana - powiedział niskim, lecz wyraźnym basem i obaj ruszyli wzdłuż drewnianego parkanu otaczającego plac. - To ostatni? - zapytał Fischer. - Słucham? - Menz odwrócił głowę, by spojrzeć na oficera. - Transport. Pytam, czy to ostatni. - Ach, tak. Ostatni - rzekł Menz z nutką dumy w głosie. - Pewnie nie wie pan zbyt wiele o funkcjonowaniu obozu, prawda? - zapytał po chwili, podczas gdy posuwali się dalej wzdłuż wschodniej części placu. - Przeglądałem raporty, ale chętnie posłuchałbym informacji z pierwszej ręki – powiedział, przyglądając się jakiejś wątłej kobiecie, która wypadła z równego szeregu z dzieckiem na ramionach i jęczała żałośnie. - Cóż, mogę panu opowiedzieć pokrótce o działaniu naszego obozu. Jak pan widzi, każdy z oficerów ma w tym miejscu swoje zadanie i wykonuje je zgodnie z rozkazami. Jak pan pewnie też wie, jeńcy to głównie Żydzi, Polacy, Cyganie, czasem Grecy. Nie odróżni tu pan, kto jest kto, chyba że po okrzykach – dodał, uśmiechając się lekko. - Selekcjonują ich jakoś czy przejeżdżają wszyscy? - Żywi i martwi, nieważne - docierają wszyscy. My selekcjonujemy. Na zdolnych do pracy i na tych, którzy się do niej nie nadają i od razu idą do gazu. Ale tamci, co pracują, też w końcu trafiają do komór, gdy fizycznie są już do niczego.
Obaj przyglądali się kobiecie, która ponownie wystąpiła z tłumu i padła u stóp jednego z niemieckiego strażników, błagając, by ją wypuścił, i co chwila wskazując na kwilące w jej ramionach kilkumiesięczne dziecko. Niemiec bez wahania chwycił ją za gęste, ciemne włosy i przytargał z powrotem do szeregu. Ktoś pomógł jej wstać, a Fischer ponownie zwrócił się do Menza: - A