Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 54 min czytania

Soplicowo

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Wiosna zapowiadała swe nadejście tego roku wcześniej, niż należało się spodziewać. Budzące trwogę odgłosy pękającej kry już od kilku dni nie pozwalały zasnąć prędzej, jak przed drugą w nocy. Brzmiały jak relacja na żywo z pola walki, toczonej przez mitycznych cyklopów. Potęga natury znajdowała upust w kruszeniu kilkusettonowych połaci lodowego pola i czyniła to z tą samą łatwością, z jaką łamiemy wigilijny opłatek, składając życzenia najbliższym. To porównanie zrodziło się przed chwilą w mojej głowie; Sven nie miał nikogo bliskiego, z kim mógłby przełamać opłatek, podobne skojarzenie było więc raczej tym, na co nie mógł się zdobyć. Wszystko to tłumaczyło zresztą po części miejsce na ziemi, jakie sobie obrał i całą tę zafajdaną robotę, którą się trudnił każdego prawie dnia, nie wyłączając niedziel. W niedzielę słychać było niekiedy dzwony na kościelnej wieży w sąsiedniej wiosce, nie ciągnęło go tam jednak. Można tam było spotkać nielicznych wiernych, na dobrą sprawę zupełnie mu podobnych, nie było to jednak tym, za czym nadmiernie tęsknił. Wolał poświęcić niedzielne popołudnie na mozolną reperację uszkodzonych sieci, smołowanie spękanej skorupy rybackiego kutra, albo wiercenie przerębli, w których instalował wymyślne przynęty. Złowione na nie ryby oddawał hurtem szczeniakowi z pobliskiej przystani, za przysłowiową czapkę śliwek. Gdyby spróbował sam spieniężyć je na targu, uzyskałby z pewnością kilkakrotnie więcej, wymagałoby to jednak poświęcenia kilku cennych godzin, z tym zaś pogodzić by się nie mógł. Zawieszał więc na hakach nieoskórowane filety z dorsza, lub ociekające krwią skrawki wieprzowej wątroby, po czym wracał tam pod wieczór, by zebrać mizerny połów. Gówniarz zostawiał mu za niego tyle akurat, by starczało na tytoń i bibułki, czasem zaś i na butelkę podłego, pędzonego przez tubylców bimbru. Sven odmóżdżał się nim potem, mieszając bulgoczącą zawartość kociołka z gorącym lepikiem. Gorzałka była naprawdę paskudna i Sven dziwił się samemu sobie, że jest w stanie przełknąć kolejną szklaneczkę; gdyby wlał miarkę do pełnego żłobu, koń z pewnością zrezygnowałby z wieczornego owsa. Podobnie było i dzisiaj. Wlewał w siebie bezwiednie zawartość butelki, choć smakowała jak płyn do chłodnic (a może była nim faktycznie?) i czekał, aż lepik nabierze pożądanej konsystencji. Rybacki kuter, drzemiący na drewnianych kozłach i czekający na kolejny zabieg, pamiętał lepsze czasy. Jak spracowane dłonie miejscowych rybaków, spękane klepki poszycia nosiły na sobie mnóstwo śladów. Gdyby nie kolejna warstwa smoły, którą Sven miał zamiar je za chwilę pokryć, mogłyby nie doczekać jesieni. Martwiło go szczególnie głębokie otarcie na lewej burcie; wgniecenie było naprawdę solidne i musiał zdecydować, czy wymieni uszkodzone elementy, czy też da sobie spokój i jedynie zakonserwuje je grubszą warstwą gorącej smoły. Im mniej palącej nalewki przykrywało dno butelki, tym bliższy był wyboru drugiej, mniej męczącej opcji. Zestawił kociołek z ogniska i zamieszał aż do dna szerokim, wysłużonym pędzlem. Po chwili przyjrzał mu się z krytyczną uwagą, marszcząc brwi, po czym rzucił go na stos żarzących się polan. Buchnął ogień tak żywy, jakby podsyciła go zawartość niedopitej szklanki paskudnej, miejscowej mikstury.

-Sven Hedlund? - głos mężczyzny brzmiał jak dobiegający z zaświatów. Nie powinno go to dziwić, skoro w zaświatach leżała dla niego nie tylko Mgławica Andromedy, ale i najbliższa wieś, z widoczną stąd drewnianą wieżycą kościoła, do którego nie uczęszczał. Wszystko, co nie mieściło się w zataczanym wzrokiem kręgu, było mu zupełnie przecież obce, a przez to obojętne, jeśli nawet nie wrogie. Kimkolwiek okaże się za chwilę przybysz, już teraz był niepożądanym gościem.

-Tak. A o co chodzi? - odpowiedział w sposób, który nie pozostawiał złudzeń co do jego niechęci. Ktoś powitany tak wylewnie, powinien załatwić sprawę, z którą przyszedł i jak najprędzej wracać, skąd przychodził. Smoła zaczynała stygnąć...

-Przesyłka. Polecona - przybysz okazał się doręczycielem poczty, co nie czyniło go wcale mniej egzotycznym. Gospodarz nie spodziewał się korespondencji, gdyż, jak sądził, nie miałby jej kto wysłać. Rachunki za energię i olej opałowy opłacał za niego właściciel sklepu po drugiej stronie kanału; zainteresowane tym instytucje wysyłały je na jego adres, sklepikarz zaś doliczał mu ich wartość przy okazji kolejnych zakupów. Nie powinno to nikogo dziwić, skoro był również właścicielem tej chylącej się ku upadkowi, rybackiej chaty i skrawka nabrzeża. List? Sven nie umiał sobie przypomnieć, kiedy otrzymał ostatni. W każdym razie ziemię porastały wtedy jeszcze wielkie paprocie i gigantyczne skrzypy, a z termalnych źródeł buchały kłęby pary wodnej i siarkowodoru. Ściskał teraz w dłoniach szarą kopertę i wyglądał jak ktoś, kto ujrzał ducha. Duchy, z tego, co słyszał, były jednak na ogół niewyraźne i rozmyte; podbródek listonosza zaś rysował się wyjątkowo ostro. Na dodatek pokrywał go trzydniowy zarost. -Musi pan pokwitować. Tutaj - dłoń w futrzanej, jednopalczastej rękawicy, wskazywała miejsce na samokopiującym formularzu. W drugiej listonosz dzierżył długopis. Tusz zgęstniał na tężejącym mrozie i podpis zajął dłuższą chwilę. -Dziękuję. I do zobaczenia! - doręczyciel słusznie nie spodziewał się herbaty z rumem. Odwrócił się na pięcie i podreptał w gęstniejący już półmrok.

Koperta była, jak wspomniałem już, z szarego papieru. Nosiła ślady długiej drogi, którą przebyła od momentu nadania przesyłki. Upstrzona znaczkami pocztowymi i kolekcją pocztowych stempli, mogłaby stać się łakomym kąskiem dla filatelisty. Na jej rewersie widniała nadwyrężona, ale wciąż chroniąca jej zawartość, lakowa pieczęć. Nie widniało tam za to nazwisko nadawcy. Sven spojrzał z żalem na wiadro zgęstniałej smoły i dogasający ogień, po czym skierował się w stronę chaty, wciąż nie mając w sobie tyle odwagi, ile jej było trzeba, by złamać lakowy odlew. Zrobił to dopiero wewnątrz, gdy już pozbył się wierzchniego odzienia i postawił przy kominku buty. Spodziewał się najprędzej druku, wysłanego przez jakiś urząd, czy instytucję, z tym większym więc zdumieniem rozpostarł sfatygowaną kartkę papieru, pokrytą starannym, odręcznym pismem. Zapadł się w objęcia fotela na biegunach i czytał w skupieniu, mimo jego głośnych skrzypnięć. Za drzwiami rozpętała się w tym czasie ostatnia już chyba, przedwiosenna zamieć. Zdumiewała staranność, z jaką autor listu prowadził pióro. Tak! List pisany był piórem. Niewykluczone, że piszący maczał stalówkę w kałamarzu; świadczyć o tym mogły drobne plamki atramentu, którymi list był usiany. Brak wprawy dotyczył jednak jedynie posługiwania się archaicznym narzędziem, reszta była perfekcyjna. W każdym razie krój pisma nosił wszelkie znamiona starej, dobrej szkoły, a poszczególne litery wycyzelowane były tak perfekcyjnie, jakby piszący zdawał w tym liście egzamin z kaligrafii.

Drogi Svenie! Stockholm 21.02.2004

Piszę do Ciebie, choć najmniej się tego spodziewasz. Jak sądzę, fakt mojego istnienia i łączącej nas więzi pozostawał Ci dotąd nieznanym. Wspominając Twojego ojca nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się prawdą, że nad nieświadomością swoją nie uroniłeś jednej nawet łzy i niewiele byś poświęcił, by z nią zerwać. Nie twierdzę bynajmniej, iżby ojciec Twój był zimnym, wyrachowanym sukinsynem, prawdą jest jednak, że latami nie utrzymywaliśmy ze sobą kontaktu, mimo iż wydała nas na świat ta sama kobieta. Próbowałem to zmienić nie jeden raz, Bóg mi świadkiem na niebie. Ostatnia próba miała miejsce na tydzień przed tym, jak w pożarze platformy wiertniczej przeobraził się w garść popiołów, które pochwyciła słona bryza. Na tydzień przed tą tragedią telefonowałem do niego w nadziei, że zgodzi się na spotkanie ze mną. Zbył mnie jakąś, rzekomo istotną, moim jednak zdaniem nieistniejącą przeszkodą. Odkąd matka Twoja, wydając Ciebie na ten świat, sama przeniosła się na tamten, ojciec Twój, Ingvar Hedlund, mistrz wiertniczy, do reszty zdziwaczał. Popadł w rodzaj społecznej katatonii, do tego stopnia głębokiej, iż nie wziął najmniejszego udziału w przygotowaniach pochówku, a na samym pogrzebie widziano go bodaj przez chwilę. Pamiętać tego nie możesz; liczny zespół lekarzy walczył wtedy właśnie o utrzymanie przy życiu wątłego wcześniaka, któremu pępowina owinęła się wokół szyi, doprowadzając niemal do martwicy. Wielu z nich podawało Cię potem za przykład tego, że nie ma rzeczy niemożliwych. Tak oto Twój własny pochówek nie doszedł do skutku, a nie muszę Ci podpowiadać, że byłby nader skromny i nie zgromadziłby tłumów. Ojcu Twojemu nie sprawiło to, na dobrą sprawę, najmniejszej różnicy; zachowywał się tak, jakbyś nigdy nie istniał. Po pogrzebie małżonki zaś nawet nie pojawił się w klinice, w której spędziłeś pierwsze trzy miesiące życia. Dwa z nich przepił z kretesem, niemalże tracąc przez to pracę. W trzecim wyprostował się na tyle akurat, by się jej oddać bez reszty, co trwało dwa miesiące raptem; nagła erupcja gazu spowodowała wybuch wtedy właśnie, gdy pakował manatki po dwutygodniowej zmianie, czekając na mający go zabrać śmigłowiec. Czy zjawiłby się po swego syna, zapytasz? Udam, że nie słyszałem pytania. Myślę bowiem, że w jakiś pokrętny sposób obwinił Cię bez reszty o śmierć Anny, przekreślając Twoje istnienie już w chwili, w której gasła. Sądzę też, że gdyby Bóg oszczędził mu nagłej i przedwczesnej śmierci, on sam nie oszczędziłby Tobie losu, jaki Cię później spotkał. Być może byłby to inny sierociniec niż ten, który pamiętasz, być może paczka pod choinką byłaby obfitsza, a na Twoją edukację łożyłby regularnie tajemniczy sponsor, nie zmieniłoby to jednak niczego tak naprawdę. Tak, czy inaczej, życie Twoje potoczyło się znaną Tobie drogą, a we mnie przez tych trzydzieści lat narastał wyrzut sumienia, że na to pozwoliłem. Mam go aż do dzisiaj, uwierz mi, nie daje mi spokojnie zasnąć. Od pewnego czasu dojrzewało we mnie pewne postanowienie, owocem którego jest ten list (oby do Ciebie dotarł). Długo zbierałem słowa, by móc go napisać. Nie ma zresztą pewnie takich słów, które uczyniłyby rzecz całą mniej trudną. Od minionej jesieni już wiem, gdzie osiadłeś i czym się trudnisz... Wiem znacznie więcej, by nie powiedzieć: prawie wszystko. Odnalezienie Ciebie kosztowało mnie mnóstwo czasu i środków, było jednak możliwe. Zależeć może już teraz jedynie od Ciebie, czy się na coś przyda. Nie podaję Ci numeru swego telefonu wiedząc, że nie zadzwonisz. O czym zresztą mielibyśmy rozmawiać przez telefon? O połowach dorsza? Właśnie. Podaję Ci swój adres w nadziei, że całą rzecz przemyślisz i odwiedzisz swego wuja, zanim ten uda się na wieczną wachtę.

Szczerze Tobie oddany

Rolf Hedlund

Skończył czytać. Przebiegł jeszcze wzrokiem po kolumnach starannie wykaligrafowanego tekstu i odłożył kartkę na stół. Zdał sobie nagle sprawę z tego, że ledwie zdołał pohamować potrzebę rzucenia jej w czeluść dogasającego już kominka.

*****

Minęły dwa miesiące. Kra spłynęła do morza, a brzegi wysepek zazieleniły się soczyście. Dobiegł też końca remont krypy, mającej przynieść Svenowi kromkę uczciwego chleba. Zwodował ją i przeniósł pod jej pokład większość skromnego dobytku. Gdy już wypływał w morze, niekoniecznie traktował swoją chatę jak przystań, do której powraca się przed nastaniem nocy. Niekiedy cumował w zupełnie sobie nieznanych miejscach i spędzał noc w bezludnej dziczy, zasypiając przy ogniu; innym zaś razem zostawiał kuter w którymś z rybackich portów i szukał sobie zacisznego miejsca, gdzieś blisko kuchni w rybackiej tawernie. Jeśli nie wypraszano z niej gości przed nastaniem świtu, można tam było i posilić się, i napić, wreszcie również przysnąć. Snu nie potrzebował wiele. Wystarczało mu kilka następujących po sobie, chrapliwych drzemek, których nikt pozostający przy zdrowych zmysłach nie nazwałby snem. Wplatał pomiędzy nie kolejne dzbany lokalnego piwa, jak wytrawny scenarzysta kolejne epizody umieszcza pośród scen pozbawionych napięcia. Nad ranem mył się gdzieś, na ogół w zimnej wodzie, po czym wypływał sprawdzić zastawione sieci. W zależności od obfitości połowu, wracał potem na kilka dni do swej rybackiej stanicy, lub zarzucał sieci ponownie, by spróbować taniego piwa w innym barze. Tak było i tym razem. Po pierwszym dniu wybrał się aż pod Sundsvall, pełen obaw, czy wystarczy mu paliwa, by tam dopłynąć. Pogoda była dość podła i minął po drodze tylko jeden rybacki kuter, duży i rzęsiście oświetlony. Odpowiedział na rzucone mu z mostka pozdrowienie, po czym popłynął dalej, nasłuchując pokasływania leciwego już diesla. Starannie wybrał miejsce i postawił sieci. Po godzinie był już w opustoszałym porcie, w którym cumowało tylko kilka niewielkich jednostek. Siąpił deszcz, czyniąc wrażenie chłodu jeszcze bardziej dojmującym. Sven zatankował dwie beczki ropy, po czym umocował cumy w pobliżu miejscowej gospody. Poczuł nagły przypływ zmęczenia. Pracę, którą wykonywał, trudno było nazwać nadludzką, wiedział jednak, że kutrami, mniejszymi od tego, w morze wypływało zazwyczaj dwóch rybaków. Najczęściej był to ojciec wraz z synem, albo dwóch braci, czy sąsiadów. Decydowały o tym względy bezpieczeństwa (czasem Sven zastanawiał się, czy przypadkiem nie łamie jakichś nowych przepisów w tym względzie), przy okazji jednak praca, jaką miał do wykonania, dzielona była tam pomiędzy dwóch mężczyzn, którzy nie zasypiali później ze zmęczenia przy pierwszym już kuflu. Zastanawiał się właśnie nad tym, czy wybrał właściwe miejsce na zarzucenie sieci. Dwanaście metrów głębokości i płaskie, piaszczyste dno. Jeśli miał trochę szczęścia, podejmie rano dużą partię dorsza i będzie mógł wracać do domu, by ogrzać się przy kominku. Dorsz obłożony był wprawdzie limitami połowu, on jednak swojego dotąd nie wyczerpał i cieszyła go ta ryba w sieci. Lubił ją też oglądać na rozgrzanej patelni, skąpaną w świeżym maśle. Wchodząc do gospody mimowolnie wciągnął w nozdrza zapachy dobiegające z kuchni. Skrzywił się z niesmakiem. Za smażenie ryby na maśle kucharzowi groziło tu chyba łamanie kołem i zrywanie paznokci. Przez kuchenne okienko dochodził smród przegrzanego oleju, wypełniającego frytkownicę, którego nie zmieniano pewnie od miesiąca. Sven zamówił duże piwo, kierując wymowny gest w stronę karczmarza, po czym rozejrzał się za spokojnym miejscem, w którym spędzi kilka godzin. Piwo okazało się zimne i orzeźwiające. Rozkoszował się nim chwilę, po czym zmrużył oczy, opierając głowę o słup podtrzymujący krokwie. Zasnął.

Śnił o wielkiej ławicy dorodnych dorszy, napływających od północy prosto w zastawioną przez niego pułapkę. Choć nigdy tego nie robił, we śnie zanurzył się w morzu i uczepiony stępki obserwował, jak żywe srebro wlewa się w jego wontony. Było go całe mnóstwo! Nieprzerwany strumień napływał wciąż, wypełniając naprawiony zimą rękaw, nadając mu pulsujący kształt, jakby sieć nagle ożyła własnym życiem, przybierając obłą, mieniącą się barwami tęczy formę. Kuter zakołysał się i jęknął jak zraniony kaszalot, po czym zaczął nabierać wody, zanurzając się coraz głębiej. Sven rzucił się z nożem w zębach przed siebie, w nadziei, że zdąży odciąć liny wiążące łódź z wciąż pęczniejącym balastem. Walcząc z brakiem tlenu w płucach, pochwycił rękojeść noża, ten jednak wyśliznął się i zanurkował gwałtownie, jak wystrzelony z kuszy, wielorybniczy harpun. W słonej, zimnej wodzie, zmąconej przez plankton, widać go było jeszcze tylko przez sekundę, albo dwie.

-Proszę pana! Wszystko w porządku?- głos dobiegał z powierzchni, Sven ledwie go więc słyszał. Chętnie oddałby teraz resztkę tlenu zalegającego w płucach, by zaświadczyć, że na połów udał się samotnie i nikt nie ma prawa wychylać się przez burtę, nawołując go. Kimkolwiek jednak był intruz, nic sobie z jego świadectwa nie robił. -Czy coś panu dolega?! - wołał coraz natarczywiej. Na dodatek uderzył Svena w policzek, choć dzieliły ich całe metry słonej głębi. -Niech się pan zbudzi!

Sven uniósł powieki, ukazując tęczówki oczu, niebieskie jak woda wypełniająca fiordy. Powrót do rzeczywistości zabrał mu tylko tyle czasu, ile grającym w kącie sali w kości trzeba go było, by potrząsnąć kubkiem. Po chwili wnikliwie, przytomnym już wzrokiem, przyglądał się mężczyźnie, który przerwał mu sen. Wyraźnie tu nie pasował, przynajmniej biorąc pod uwagę strój. Bardzo dobry gatunkowo, być może nawet uszyty na miarę, garnitur z nie znanej Svenowi tkaniny uzupełniał równie wykwintny kapelusz, na poręczy krzesła zaś spoczął w nieładzie płaszcz z wielbłądziej wełny, wytworny i chyba miły w dotyku. Przez moment walczył z sobą w każdym razie, by go nie dotknąć i nie sprawdzić, czy faktycznie miły. Otrząsnął się z resztek snu i zmarszczył groźnie brwi, wpatrując się w intruza. Od lat już zmagał się samotnie z morzem, wydzierając mu codziennie łyżkę strawy; był więc wciąż jeszcze młodym, barczystym mężczyzną, o szerokich ramionach i potężnych bicepsach, z którym nie należało zadzierać. Wiedzieli o tym wszyscy, którym nie dawał postawić sobie piwa. Ludzie, pośród których się obracał, dysponowali prostym i czytelnym kodeksem postępowania. Jeden z jego punktów mówił: "nigdy nie dosiadaj się do samotnego myśliwego, jeśli cię o to nie poprosił". Nieproszony gość najwyraźniej studiował dotąd inne księgi.

-W czym mogę być panu pomocny?- wycedził Sven, prawie nie rozchylając warg. Ktokolwiek, słysząc te słowa, dopatrywał się w nich świadectwa dobrego wychowania i ogłady, powinien czytać mniej tanich romansów dla dorastających pensjonarek. Dobiegający czterdziestki wielbiciel doskonale skrojonych marynarek nie od razu odpowiedział. Lustrował przez chwilę zadymioną izbę, jakby chciał się upewnić, że pozostawił sobie drogę odwrotu. Ogrzewał dłonie glinianym kubkiem, z którego parowało grzane wino, snując korzenny, intensywny aromat. Wreszcie spojrzał Svenowi prosto w oczy. Jego własne dalekie były od błękitu. Stalowoszare, jak u wilka, nieprzeniknione, jak u wieszczki. Sven nie był tchórzliwy, poczuł jednak, jak jego serce gwałtownie przyspiesza. -Zainteresowała mnie pańska łódź- powiedział mężczyzna półgłosem, jakby zależało mu na dyskrecji. - Widziałem jak ją pan cumował. Sven właśnie tego się spodziewał. Na dodatek chyba to sobie wywróżył. Jeszcze przed godziną snuł rozmyślania o przepisach, które pewnie łamał, wyprawiając się samotnie w morze. Przyjdzie mu teraz podzielić się jutrzejszym zyskiem. -Tylko czy wielbłąd okaże się wystarczająco głodny? - pomyślał. Na wszelki wypadek postanowił sobie, że będzie nieco milszy. -W starciu z urzędnikiem, ściskającym ci jaja, nie masz przecież lepszej opcji- snuł swoje rozważania, siląc się na uśmiech, który przy sporej dawce wyobraźni można było wziąć za przejaw uprzejmości. -Pływam z ojcem zazwyczaj, wczoraj rano jednak złapał go atak podagry. Palec u jego prawej stopy spuchł tak, że nie mógł włożyć butów. A jeść coś trzeba...Mam nadzieję, że pan zrozumie. Nie mamy innego źródła utrzymania. Wyraz twarzy Bardzo Ważnego Inspektora ewoluował. Jej mimika ożywiła się wyraźnie, a w kącikach ust pojawiła się namiastka uśmiechu. Nie wróżył chyba jednak niczego dobrego. -Pan Hedlund?- spytał wyraźnie i, tym razem, głośno. -Tak. -Sven Hedlund? -W rzeczy samej. -Syn świętej pamięci Ingvara Hedlunda? -Skurwysyn! Jaja sobie ze mnie robi! Od samego początku wie więcej, niż po sobie zdradził! Spisał numer boczny łodzi i zadzwonił, gdzie trzeba. A teraz znęca się nade mną, jak nad burą suką!- Sven,przeżuwając tę myśl, nie miał najszczęśliwszej miny. Wyobraźnia podsuwała mu obraz trumny z uchylonym wiekiem. Wystawała spod niego prawa stopa nieboszczka ojca, z potwornie opuchniętym dużym palcem, owiniętym w pożółkłe, zetlałe bandaże. Parsknął śmiechem. Nie umiał go powstrzymać. Po chwili rechotał, jak łaskotany pod pachą gęsim piórem. -Dobrze. Ma mnie pan- zaczął, gdy już uporał się z wybuchem wesołości. Nieboszczyk ojciec wciąż kiwał na niego dużym palcem prawej stopy, Sven udawał jednak, że tego nie widzi. -Nie mam z kim dzielić tej spróchniałej krypy. A gdyby mi przyszło dzielić się z kimś tym, co złowię, skończyłbym pod mostem, albo wyciągnął do was rękę po zasiłek. Przybysz dopił wino, pozostawiając na dnie kubka goździki i wymoczony do cna plaster pomarańczy. Odstawił naczynie i sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza, przewieszonego przez poręcz krzesła. Po chwili położył przed Svenem wizytówkę. -Nie zdążyłem się przedstawić, nie jestem jednak tym, za kogo mnie pan bierze. Sven rzucił okiem na mały, biały kartonik. Widniał na nim napis, który gmatwał całą sytuację jeszcze bardziej: "Stig Sandberg. Kancelaria Notarialna Engström i Partnerzy" Opróżnił kufel z ciepłego już piwa i poprosił o następne, po czym zwrócił się do swego rozmówcy bardziej stanowczo, niż dotąd. -Czym właściwie mogę panu służyć?! -Szukałem pana od miesiąca, gdyż na mocy pełnionej przeze mnie funkcji jestem wykonawcą ostatniej woli pańskiego wuja, Rolfa Hedlunda. -Mojego wuja?- Sven przypomniał sobie o liście, który wciąż tkwił w wewnętrznej kieszeni sztormowej kurtki, zaplamionej niemiłosiernie rybim śluzem. -Nie inaczej. Otóż, zanim odszedł z tego świata, mój klient ustanowił pana swoim spadkobiercą. Jedynym spadkobiercą, panie Hedlund.

*****

W rybackiej wiosce nie mówiło się o niczym innym od przeszło tygodnia. Stugębna plotka niosła ciągle nowe wieści, w tylu różnych odmianach na dodatek, że już nikt nie miał pojęcia, która z nich najbliższa jest prawdzie. Na wszelki więc wypadek powtarzano bezkrytycznie każdą z wersji, by nie pominąć właściwej. Osobą niezmiernie popularną był stary, ślepy Eskimos, proszący o jałmużnę na schodach kaplicy. Nie ruszał się stąd latami, musiał więc siłą rzeczy wiedzieć najwięcej, choć sam gwałtownie temu przeczył. Zbyt nachalnych, spragnionych potwierdzenia swych teorii, przeganiał zresztą sękatym kijem, służącym mu za laskę. Niezdrowe zainteresowanie osobą żyjącego po drugiej stronie kanału odludka, nie uszło też uwadze wielebnego Magnusa. Po niedzielnym nabożeństwie, przestrzegał za Świętym Pawłem przed korzeniami wszelkiego zła, którymi zawsze okazuje się chciwość. Nie ostudziło to gorączki domysłów; chciałbym być złym prorokiem, mam jednak wrażenie, że podsyciło ją nawet. Pieniądze, zwłaszcza te cudze, od niepamiętnych czasów stanowiły ulubiony temat, który roztrząsano nie tylko po wieczornych nabożeństwach. Sven, chyba jeszcze o tym nie mając pojęcia, awansował do roli lokalnej osobistości, z którą każdy musi się liczyć. Do znajomości z nim zaś przyznawał się tu teraz każdy, choć niewielu z nich wiedziało, jak ich bohater wygląda i czym się do tej pory trudnił. Chłopak, który sprzedawał złowione przez Svena na haki węgorze i dostarczał mu za nie tytoń, plasował się w rankingu popularności zaraz za przyodzianym w pokutnicze szaty Eskimosem, opowiadając zresztą niestworzone historie o opróżnionych wspólnie beczułkach rumu i braterstwie krwi, jakie miało go łączyć ze Svenem Hedlundem. Zaniedbane domostwo, z którego komina od tylu już dni nie wędrowała w niebo smuga dymu i zacumowany przy nabrzeżu kuter, podsycały plotki, główny ich bohater najwyraźniej zapadł się zaś pod ziemię, nie mając ochoty brać czynnego udziału w całym tym przedstawieniu. Nikt nie dysponował więc wiedzą z pierwszej ręki na temat tego, co go spotkało, zdolną potwierdzić krążące po okolicy wieści, albo zadać im kłam. I tylko stary Eskimos, jedynie diabli zresztą znali jego imię, najwyraźniej coś wiedział. Milczał jak dotąd, w milczeniu tym było jednak teraz coś zawiesistego, jak w przydennych osadach. Jego pokryte bielmem oczy miały tajemniczy wyraz, jeśli to w ogóle możliwe, a pełna wyczekiwania poza zwiastowała nadejście wielu wydarzeń, które on zdawał się już przeczuwać.

*****

Sven po raz pierwszy wybierał się do stolicy. Nie był to żaden wstyd, jeśli zważyć, że jeszcze przed tygodniem wyprawa do najbliższego miasteczka zdawała mu się przedsięwzięciem tyle samo czasochłonnym, co bezcelowym. Od dawien dawna wiódł pustelniczy żywot i przywykł do niego, najbardziej chwaląc sobie przewidywalność, zaraz potem zaś poczucie niezależności. Miał przecież to, za czym wielu mogło jedynie zatęsknić; nieskrępowaną przestrzeń, widok z okna zapierający dech w piersiach i świadomość samowystarczalności, której nikt nie był w stanie w nim zaburzyć. Rzecz jasna zdawał sobie sprawę z faktu, że inni ludzie żyją inaczej, podejmując co rano walkę o wytyczoną sobie zdobycz, ścierając się we wzajemnych utarczkach i zakładając wymyślne pułapki, by usidlić konkurencję, gdy jednak rozważał to na trzeźwo, dochodził do przekonania, że wcale im tego nie zazdrości. Ci, którzy zabrnęli wysoko, częstokroć spadali nagle, łamiąc kości. Jego egzystencja opierała się na drobnych, codziennych zabiegach, podejmowanych po to, by przetrwać do następnego dnia; politykę drobnych kroków okupował jednak proporcjonalnie niewielkim ryzykiem. Nie miał wrogów, co pozwalało mu zaakceptować fakt, że nie miał też przyjaciół. Niczego nikomu nie zawdzięczał, nikt nie mógł więc zaskoczyć go nagłym oczekiwaniem odpłaty. W jego życiu nie było też kobiet, jeśli nie liczyć kilku młodzieńczych zauroczeń. Z tego, co słyszał, kobiety na ogół nie poruszały się samotnie; w parze z każdą podążał jakiś potencjalny kłopot. Żyjąc bez nich, wystrzegał się więc problemów, z którymi zmagać się pozwalał innym. Rozmyślał teraz o tym wszystkim, rejestrując przebytą drogę zza ciemnej szyby klimatyzowanego Volvo. Limuzyna miała szofera, który, nawet jeśli był z natury człowiekiem rozmownym, nie mógł mu tego zademonstrować. Dzieliła ich gruba warstwa szkła, czy poliwęglanów. Kupiony Svenowi przez Stiga garnitur leżał na nim, jak koszula mitycznej Dejaniry, utkana z żywego ognia. Krawat pod szyją, którego sam nie zawiązałby za wszystkie skarby Wikingów, ograniczał ruchy głową i przynosił uczucie skrępowania. Na dodatek ubranie budziło w Svenie nieodparte skojarzenia z sadystycznym wychowawcą, który miał nad nim pieczę przez trzy ostatnie lata pobytu w sierocińcu. Skurwiel nosił się elegancko i z przesadną dbałością o detal. Często przerywał w pół zdania wygłaszaną przy tablicy kwestię, by poślinić róg wydobytej z kieszeni chusteczki i zetrzeć nim jakąś drobną, tylko jemu wiadomą skazę z nienagannie wyglancowanych półbutów, lub też, by strzepnąć z rękawa gabardynowej marynarki niewidzialny paproch. W wolnych chwilach oddawał się też swoim pasjom: podszczypywał co bardziej rosłe wychowanki, a krnąbrnych chłopców uderzał po palcach dłoni długą, drewnianą linijką, pytając, czy bolało. Powtarzał to tak długo, aż uznał, że odpowiedź była szczera. Droga dłużyła się bardzo i tylko klasyczna muzyka, dobiegająca z kilkunastu naraz głośników samochodowego audio, czyniła ją czymś do zniesienia. Muzyka... Praktycznie żył dotąd bez potrzeby obcowania z nią. Co jeszcze czeka na niego tam, za przyciemnianym szkłem? Nie wiedział. Nie…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Soplicowo — czytnik · opowiadania