Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Technologia · 21 min czytania

SoulSeeker

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

INTERES STULECIA. 10. 11. 2004. Isle Everson

- Dzieńdobry, profesorze Bergman. - Smukła twarz sekretarki przywitała krępego człowieczka ciepłym uśmiechem. - Jak się dziś czujemy? Zignorował ją. Nie miał teraz czasu. Drżącymi rękoma nacisnął pozłacaną klamkę i pchnął ciężkie, dwuskrzydłowe drzwi do przodu. Kropelka potu skapnęła mu z czoła. - Tak, panie Bergman? – przywitał go zimny głos z głębi sali. – Jeśli ma pan jakąś sprawę, Sue umówi pana na odpowiednią godzinę. Jak pan zapewne już zauważył, odbywa się tu właśnie posiedzenie zarządu i obawiam się, iż w tej chwili... - Odpuść sobie, Stiles. – Bergman oparł ręce o podłużny stół, przy którym zasiadało dwunastu członków magistratu Firmy – Co ma to wszystko znaczyć?! Jason Stiles oparł się o przeciwległy kraniec stołu, mierząc zaokrąglonego profesora obojętnym wzrokiem. - A o cóż pan pyta, panie Bergman? - Wiesz dobrze, o co pytam, Stiles! – pomruki zdenerwowanego mężczyzny, odzianego w biały kitel, przerodziły się w krzyk, gdy wyszarpnął z kieszeni trzy pomięte kawałki papieru i cisnął nimi na sam środek blatu. – Co to ma wszystko znaczyć?! Jak to przekazujemy projekt „innym instytucjom”?! Dlaczego po moim laboratorium kręcą się jacyś umundurowani goryle?! O co tu do cholery chodzi, Stiles! Jason Stiles, przewodniczący zarządu RePrime westchnął ciężko, obrzucając wzrokiem zdziwione nieco całym zajściem twarze współzarządców. Mógł się domyśleć, że ten zatracony w ideałach kretyn, Bergman, odstawi niezłą szopkę. Obecność łysiejącego profesorka była na zebraniu niepożądana, tym bardziej, że uczestniczyli w nim także goście spoza zarządu. Ludzie od inwestora. - Harry, porozmawiamy o tym później. Obiecuję, że zarezerwuje nieco czasu po posiedzeniu, by wytłumaczyć ci zaistniałą sytuację w najdrobniejszych nawet szczegółach. Ale teraz zmuszony jestem prosić cię o opuszczenie sali. – Stiles z fałszywym uśmieszkiem wskazał na drzwi. – Napij się czegoś, uspokój się, porozmawiamy później. Harry Bergman potrząsnął głową. - Nie, Stiles. Wyjaśnisz mi co się dzieje, tu i teraz. - Harry, proszę... - Co się tu dzieje, Stiles? Przez salę przemknął szmer przyciszonych szeptów. - Przykro mi, Harry, ale nie pozostawiłeś mi żadnego wyboru. – Stiles docisnął kciukiem czerwony przycisk wmontowanego w stół interkomu. – Panno Peggert, proszę wezwać ochronę... - Dość tego! – Bergman wskoczył szybkim susem na stół, wyszarpując z kieszeni laboratoryjnego płaszcza odbezpieczony pistolet. – Odwołaj ich! Wśród obecnych na posiedzeniu rozgorzały szmery. Jeden z współzarządców wstał z krzesła i próbował podbiec w kierunku drzwi, gdy tylko jednak dojrzał skierowaną w jego stronę lufę, spokojnie wrócił na swoje miejsce. - Harry, czyś Ty... - Odwołaj! I to już! Stiles docisnął ponownie czerwony przycisk, czując jak na twarz wylewa mu się fala zimnego potu. - Panno Peggert. Ta ochrona... Nie będzie konieczna. Proszę ich odwołać. - Tak jest, panie Stiles. – zachrzęścił w głośniczku głos sekretarki. Bergman podszedł po stole bliżej przewodniczącego, po czym przyłożył mu lufę do skroni. - Bardzo dobrze, Stiles. A teraz: śpiewaj! - Harry, czy... Czy Ty się dobrze czujesz? Do jasnej cholery, mogę przeżyć to, że wtargnąłeś na zamknięte posiedzenie, ale teraz grozisz mi bronią! Czeka cię za to ładnych kilka lat spędzonych w pace, jeśli natychmiast nie odłożysz tego rewolweru! - Mów, Stiles. - N... Nie bardzo rozumiem o co Ci chodzi, Harry. Ale czułbym się o wiele pewniej, gdybyś jednak zechciał skierować tą lufę z dala ode mnie... Po prawej stronie stołu podniosła się umundurowana postać. - Pan pozwoli, że się przedstawię. – ogolony na krótko szerokobarczysty mężczyzna uśmiechnął się ironicznie, gdy Bergman wycelował w niego drżącą ręką. – Nazywam się generał Carlton i reprezentuję nowego, całościowego dodajmy, inwestora, który wykupił pański drogocenny projekt... - Co? Generał...? – Ubrany na biało profesor zadrżał, czując jak uginają się pod nim nogi. Pluł sobie w brodę, że nie zauważył wcześniej odzianego w charakterystyczny mundur mężczyzny – Ge... Generał? – powtórzył tępo. - Tak, profesorze Bergman. Generał Armii Stanów Zjednoczonych, obecnie przedstawiciel inwestora federalnego, jeśli chciałby pan uściśleń. Wszelkie dokumenty podpisaliśmy już kilka tygodni temu, dzisiaj jesteśmy tu by sfinalizować transa... - Armia Stanów Zjednoczonych? – przerwał mu niedowierzającym głosem Bergman. Przez kilka sekund stał w milczącym otępieniu, po czym spojrzał na Stilesa z wyrzutem, czując jak do oczu napływają mu łzy. – Stiles, Ty idioto... Czy Ty w ogóle zdajesz sobie sprawę z tego coś zrobił...? Przewodniczący zarządu zmrużył nieco oczy, odwracając wzrok od zmierzającej w jego kierunku lufy. - Podpisałem interes stulecia, Bergman. Profesor pociągnął za spust.

ZA KURTYNĄ. 21. 05. 2005. Baltimore

Czarny samochód, minąwszy kilometry zasieków, płotów i innych tego typu terenowych zabezpieczeń, zatrzymał się na okrągłym placu. Tuż przed jego maską rozpościerały się cztery strzeliste wieże, mieniące się w słonecznych promieniach niczym masywne bryły lodu. - Jesteśmy na miejscu, pułkowniku Henderson. – kierowca uśmiechnął się nieznacznie, obracając się w stronę siedzącego na tylnim siedzeniu wysokiego mężczyzny. – Wygląda na to, iż ktoś już na pana czeka. - Witaj, John. – basowy głos powitał Hendersona gdy tylko uchylił drzwi samochodu. – Miło znowuż cię widzieć w mundurze. - Nie mogłeś się doczekać aż wrócę, co Smokey? Czarnoskóry mężczyzna uśmiechnął się szeroko, łapiąc prawicę Hendersona w swym żelaznym uścisku. - Tęskniłem. - Podejrzewam, że nie ty jeden, zważywszy, że dostałem zaproszenie z samej góry. Coś się święci? Smokey odpowiedział skinieniem głowy. - Są kłopoty. - Lepiej, żeby były poważne, zważywszy, że przerwaliście mi pierwszy od czterech lat dłuższy od dwudniowego urlop. Ubrany w czarny garnitur Afroamerykanin ponownie skinął głową. - Hawajskie dziewczyny zaczekają, John. - No, mam nadzieję. Posłaliście po mnie gdy już zaczynało się robić ciekawie. - Uwierz mi na słowo, stary przyjacielu... – Smokey wskazał swą masywną ręką drzwi. - ...ciekawie to się dopiero zacznie robić. Weszli do środka masywnego kompleksu. - A jak tam żonka? W sumie dawno jej nie widziałem... – Henderson uśmiechnął się łagodnie, rozglądając się po długim holu. – Chyba nie zawitałem u was w domu już z pół roku. - Dziesięć miesięcy, żeby być konkretnym. – Smokey westchnął głęboko. – Bell co i rusz wypomina, że odkąd rozstałeś się z Alice żaden barbecue w sąsiedztwie nie jest już taki sam. Chyba braknie jej tych twoich pieprznych dowcipów. - To czemu sam nie zaczniesz ich opowiadać, Smokey? Znasz wszystkie na pamięć. - Jakoś nigdy nie odkryłem w sobie talentu do bycia komikiem. - Każdy z nas skrywa jakieś uzdolnienia. - Cóż więc takiego robi wybitny pułkownik John Henderson gdy nie pędzi akurat kolejnym wiozącym go na miejsce akcji śmigłowcem? - Odsypiam. – John wcisnął przycisk przywołania windy. – Albo gram w bierki.

* * *

- Witam, pułkowniku Henderson. – niewysoki, łysiejący człowieczek wyszczerzył swe pożółkłe od tytoniu zęby w krzywej parodii szczerego uśmiechu. – Miło mi pana znowuż widzieć. - Zapewne, dyrektorze Hawkins. – Henderson rozejrzał się po gabinecie szefa wydziału bacznym wzrokiem. Pracował dla Agencji od siedmiu lat, odkąd jednak stołek dyrektora przejął Abraham Hawkins, nie zdarzyło mu się jeszcze przekroczyć progu tego pomieszczenia. Hawkins był człowiekiem nie tyle ceniącym swą prywatność, co stosującym w praktyce zasadę izolacji od większości swych podwładnych. - Ładna kolekcja obrazów. Hawkins zdobył się na kolejny wymuszony uśmieszek. - Sztuka jest tym, co odróżnia nas od zwierząt, pułkowniku. - Zawsze myślałem, że odróżnia nas sumienie. – Henderson odwzajemnił nieszczery półuśmiech. Nie podobało mu się to wszystko. Ściągnięto go w trybie ekspresowym z wakacji, wezwano do gabinetu dyrektora zaraz po przybyciu do Centrali, a teraz wpatrywał się tępo w kolekcję nowoczesnej sztuki, której nie rozumiał ni w ząb, czując na sobie jednocześnie uważne spojrzenia zasiadających przy biurku Hawkinsa dwóch wysokich mężczyzn. - Ależ, gdzie moje maniery... – Hawkins wyciągniętą ręką wskazał Hendersonowi miejsce przy stole – Pułkowniku, pozwoli pan, iż przedstawię panu generała Oliviera Terranezę, z sił reagowania Agencji, i pana Webbera, przedstawiciela konsorcjum RePrime. - Witam panów. – Henderson przywitał się lekkim skinieniem głowy. – Miło mi pana poznać, generale. Sporo o panu słyszałem. - Proszę nie wierzyć we wszystko, co wygadują na mój temat. – Terraneza, dotychczas siedzący w milczeniu z kamienną twarzą, dołączył do serii sztucznych uśmieszków. – Tak naprawdę nie jestem taki straszny. - Nie mi oceniać pańską straszność, generale. Jest pan prawdziwą legendą w Agencji. - Nie ja jeden, pułkowniku. Pan również się do tego światłego panteonu zalicza. Dyrektor Agencji, ku zdziwieniu trójki zebranych, radośnie zarechotał. - Widzę, iż nawet w naszym zbrojnym ramieniu sztukę dyplomacji opanowuje się perfekcyjnie. – Hawkins po raz pierwszy od rozpoczęcia spotkania rozbłysnął prawdziwym, nieudawanym uśmiechem. – Przykro mi, iż muszę przerwać panom mundurowym wesołą konwersację, ale czas ucieka, a w chwili obecnej, pragnę przypomnieć, mamy go wyjątkowo mało. Tym bardziej, iż za pół godziny czeka mnie spotkanie z bufonami z szefostwa połączonych sztabów, chciałbym więc aktualne sprawy załatwić jak najprędzej. - Popieram. – Webber, chudy mężczyzna o szczupłej twarzy i różowawych policzkach przetarł spocone czoło. – Czas działa jak najbardziej na naszą niekorzyść. Trzeba działać jak najprędzej. Musimy przedsięwziąć zdecydowane kroki aby... Hawkins obrzucił zdenerwowanego okularnika karcącym spojrzeniem. - Tak, tak, dziękuje za słowa poparcia, panie Webber, pozwoli pan jednak, iż to ja zajmę się koordynacją, ustalaniem kierunku i intensywności kolejnych kroków? Webber, już wcześniej blady jak ściana, pobladł jeszcze bardziej. - Oczywiście. – wydukał. - Dziękuję. – Hawkins, z ironicznym uśmieszkiem, zwrócił się ponownie w kierunku Hendersona. – Pułkowniku, zapewne chciałby pan wiedzieć w jakim celu sprowadziłem tu pana w trybie bezzwłocznym? - Po to tu jestem. Hawkins przycisnął dwa przyciski

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%