Podróże · 8 min czytania
sóweczka
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Sóweczka
Mały czerwony budzik powiadomił mnie, że jest już 4.30 i czas wyruszać do Puszczy. Noc była wyjątkowo ciepła jak na połowę października. Rogalik księżyca rzucał wątłe światło na szeleszczącą zwiędłymi liśćmi leśną trybę. Od uroczyska Kosy Most leżącego w północnej części Puszczy Białowieskiej dzieliło mnie półtorej godziny marszu. Na miejscu postanowiłem być przed świtem w nadziei spotkania żubrów, których świeże ślady widziałem nad Narewką poprzedniego dnia. Wędrując w niemal kompletnych ciemnościach zastanawiałem się, z której strony podejść stado pozostając niezauważonym, gdy w oddali zamajaczyły tory starej kolejki leśnej, z czasów I wojny światowej. Od skrzyżowania duktu z wąskotorówką, do mostku jest tylko kilkanaście minut marszu. Zwolniłem, starając się stąpać możliwie najciszej gdy z lewej strony dobiegł mnie głośny trzask łamanych gałęzi. Przystanąłem starając się odgadnąć czyje racice odciskają się właśnie w miękkiej leśnej glebie. Po chwili trzaski powtórzyły sie nieco bliżej drogi, 10 może 15 metrów od miejsca, w którym się zatrzymałem. Cisza. Przyglądamy się sobie, tyle, że ja nic nie widzę, a zwierz ma mnie na żwirowej drodze jak na patelni. Postanawiam iść dalej straciwszy nadzieję, że właściciel kopyt zechce wyjść z gęstwiny i mi się przedstawić. Zbliżając się do celu rozważałem: żubr to czy jeleń oglądał mnie z głębi ciemności, a może to jakiś wyjątkowo duży odyniec narobił tyle hałasu? Zachowanie zwierzęcia i miejsce spotkania wskazywało raczej na żubra, który to w liczbie ponad trzystu byków, krów i żubrząt niepodzielnie włada białowieską knieją. Gdy dotarłem wreszcie do Kosego Mostu niebo na wschodzie zaczęło lekko blednąć rozjaśniając bagienne łąki, na których przycupnięte jak wiedźmy krzaczaste wierzby siedzą. Cisza, że w uszach dzwoni, ani ptak, ani inny zwierz, ani nawet wiatr nie mają odwagi zmącić tej magicznej chwili, gdy noc ustępuje przed dniem. Stoję zamarły w oczekiwaniu na świt zastanawiając się jaki dźwięk otworzy poranny koncert na łąkach, gdy z lewej strony dobiega mnie głośne chrupanie. Znam dobrze ten odgłos. Bóbr ogryza z kory gałązkę. Te wielkie, dorastające trzydziestu kilo gryzonie mają tu swój matecznik. Po obu stronach rzeczki charakterystycznie podcięte pnie olch i dębów, wygniecione ciężkimi ogonami ścieżki i sterty pociętych gałęzi przypominają, że bobry objęły ten skrawek puszczy w posiadanie. Gdy wytężałem wzrok starając się dostrzec ucztującego bobra, z pobliskiej dąbrowy dały się słyszeć liczne odgłosy łamanych gałązek. W tym samym momencie z trzeszczącego kruszonym posuszem dębniaka, na wąska ścieżkę świńskim truchtem wytoczył się dzik. Czarny zwierz, na oko ze sto dwadzieścia kilo, zakręcił młynka, fuknął i tyle go było widać. Wieść o intruzie musiała natychmiast dotrzeć do stada, które pochrząkując, niespiesznie oddaliło się w głąb starego lasu. Dzień coraz bardziej obejmował w posiadanie świat. Cienie skracały się rozpływając stopniowo w bladej poświacie. Ruszyłem w kierunku rozległej dzikiej łąki, która wczoraj gościła co najmniej kilka żubrów. Przystanąłem na skraju wierzbowych zarośli. W okularach starego NRD-owskiego zeissa o wyjątkowo jasnych szkłach zaczęły przewijać się dobrze znane obrazy. Parująca poranną mgłą wstęga Narewki, płat trzcin, kępy turzyc i wysoka poszarpana ściana mieszanego lasu. Pusto, żubrów ani śladu. Z kępy wierzb ostrzegawczo zaskrzeczała sójka, spłoszone stado raniuszków poderwało się z wiekowego grabu. Te niewielkie wdzięczne ptaszki wyglądają jak kłębki waty, do których matka natura przytwierdziła cienkie i długie ogonki oraz miniaturowe dzióbki. W koronie starego świerka nawołują się mysikróliki. Te najmniejsze europejskie ptaki ważą znacznie mniej niż pudełko zapałek. Dla porównania orzeł bielik dorasta nawet do 6 kilogramów, a rozstaw jego skrzydeł wynosi ponad dwa i pół metra. Nagle zza pleców słyszę dwusylabowy niskotonowy gwizd. W pierwszej chwili pamięć zawodzi, nie mam pojęcia co za…