Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 10 min czytania

Sowia melodia

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Po odgłosach dobywających się spod kół można było poznać, że samochód wjechał na nieutwardzoną drogę. Bez problemu dało się też odczuć zdecydowany spadek prędkości, co odważnie podpowiadało intuicji, że boczna dróżka, po której poruszał się pojazd, jest bądź to nierówna, bądź to wąska i kręta. To wszystko nie pozwalało jednak na jednoznaczne określenie miejsca, w którym znajdowała się Pia, zamknięta w ciasnym i ciemnym bagażniku, gdzie uwięziono ją już przeszło godzinę temu. Ciemność pomieszczenia nie stanowiła wielkiego problemu, bowiem oczy przewiązane miała kawałkiem postrzępionego materiału, jednak odrętwiałe nogi i bark nie dawały jej spokoju, powodując dodatkowy niepokój. Jakby porwanie nie dostarczyło go w dostatecznej ilości…

Co ciekawe, stres i strach towarzyszyły jej jedynie z początku. Po pierwotnym szoku nie bez trudu udało jej się odnaleźć stan spokoju, obserwacji i w końcu akceptacji bieżących zdarzeń. Łzy — zdążyły wyschnąć, drżenie — przeminąć; niepokój został, ale niepokój, którego była w pełni świadoma, i w związku z tym postanowiła stawić mu czoła.

Wiedziała, że odgłos otwieranych, a chwilę później zatrzaskiwanych drzwi nie wróży najlepiej — właśnie się zatrzymali, a jej los może zostać rozstrzygnięty w ciągu kilku następnych chwil. Nie widziała sposobu, w jaki to rozstrzygnięcie mogło być pozytywne. Z kolei czarne scenariusze przychodziły do głowy niezmiernie łatwo. Nie dało się ich powstrzymać żadną siłą spokoju, zaakceptować żadną mocą umysłu. Czasem się nie da.

Kiedy usłyszała dźwięk otwieranego bagażnika, ciężko przełknęła ślinę. Przez złożoną wprawdzie kilkakrotnie, lecz wciąż nie do końca szczelną tkaninę dotarły do jej oczu ospałe promienie słońca. A może to jej się tylko wydawało, że dotarły, a w istocie działo się to w jej defensywnie nastawionej wyobraźni.

— Wyłaź — zabrzmiało polecenie w chwili, kiedy poczuła raptowne szarpnięcie za ramię. Powoli wygramoliła się z bagażnika i stanęła o własnych siłach na ziemi, jednak trzymana ciągle za rękę przez mężczyznę o niskim, złowrogim głosie. — Robal! — krzyknął do swojego wspólnika, najwyraźniej oddalonego co najmniej o kilka metrów.

— Oszalałeś? Nie używaj imion…

— Uspokój się, jesteś bezpieczny. — Pia pomyślała o najgorszym. Wyczuła energiczny ruch szalonego z oprawców, po czym usłyszała dźwięk przerzucanych z rąk do rąk kluczy. — Zaparkuj wóz gdzieś z boku. Niech nie stoi tak na środku.

— Jak sobie życzysz… Franz — odparł z niezadowoleniem w głosie Robal. Chwilę później wsiadł do samochodu i uruchomił silnik.

Franz w tym czasie podprowadził Pię pod werandę. — Uważaj na stopnie — ostrzegł szorstko swoją zakładniczkę. Ta powolutku i ostrożnie, stopami wyczuwając stopnie, dotarła do drzwi. Chwilę później została wepchnięta do środka. Kiedy usłyszała zatrzaskiwane drzwi frontowe, zauważyła też, że dźwięk silnika zamarł gdzieś na tyłach budynku; potem kilka stuknięć i głos Franza:

— Siadaj — rozkazał i popchnął ją do tyłu, tak że upadła na drewniane krzesło. Jej związane za plecami nadgarstki przywiązał dodatkowo sznurkiem do oparcia. — Siedź tu spokojnie, to nic ci się nie stanie. Na razie.

W momencie kiedy zakończył swoją implikowaną groźbę, oboje usłyszeli bliskie, złowrogie pohukiwanie sowy. Obydwoje zamarli w chwili głębokiego, nieznanego lęku i niepokoju.

*****

Pod przydrożnym sklepem w małej mazowieckiej miejscowości stał rodzimy pijaczyna, trzymając w dłoni świeżo otworzoną puszkę najtańszego piwa. W drugiej zaciskał kilka drobnych monet. Kiedy zaczął liczyć pozostałe środki, zastanawiając się, ile zabraknie mu do kolejnej puszki, pod sklep wolno podjechał samochód. Rozklekotane volvo zatrzymało się bezpośrednio przed mężczyzną.

— Przepraszam — zagadnął kierowca przez opuszczoną szybę od strony wolnego miejsca pasażera.

— Siedemdziesiąt… cztery — odliczał pod nosem pijak.

— Hej! — krzyknął zniecierpliwiony przybysz, wyjąwszy z kieszeni otwierane etui. Wyciągnął je w stronę okna, prezentując policyjną legitymację na nazwisko Szulc, Tadeusz, komisarz. Tubylec podniósł gniewnie głowę i spojrzał zmieszanym wzrokiem na dokument. Policjant ze zwątpieniem wypuścił powietrze z płuc. Przekręcił etui na drugą stronę, odsłaniając tym razem metalową odznakę.

Pijaczek zakrztusił się wziętym właśnie łykiem piwa, po czym — jak sądził, dyskretnie — schował puszkę za plecami. — Zgubił się pan, panie władzo? — zapytał ze sztucznie rysowanym uśmiechem.

— Zamknij się i słuchaj — odparł tamten, ale nie złośliwie. — Szukam kogoś, kto z dużym prawdopodobieństwem tędy przejeżdżał. Może zaobserwowałeś jakiś podejrzany wóz,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Sowia melodia — czytnik · opowiadania