Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

sport · 10 min czytania

Sówka, Henryk i Puchacz

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Parking był zielonym pastwiskiem upstrzonym gdzieniegdzie krowimi plackami. Między samochodami czmychali zawodnicy, kryjąc się przed ulewnym deszczem. Biegali do biura zawodów odebrać pakiety startowe, sprawdzić sprzęt i z powrotem do samochodów. Co po niektórzy wymykali się czujnym spojrzeniom pozostałych, szukając ustronia w pobliskich krzakach. Facetom było łatwiej, zawsze jest, ja się nie odważyłam wystawiać tyłka na zimny, siąpiący wciąż deszcz oraz na ciekawskie spojrzenia sportowców i organizatorów.

Dobrze, że przyjechałam już przebrana. Pozostało mi tylko założenie odpowiednich butów i przypięcie numeru startowego do koszulki. Uznałam, że rozgrzewka w taki ziąb nie jest konieczna. „Rozgrzeję się na trasie rozogniona sportowymi emocjami” – tak sobie pomyślałam. Spiker przywoływał na start, więc podbiegłam, aby choć trochę mniej zmarznąć. Przypięłam nartorolki i trzymając długie kije w rękach ustawiłam się z tyłu. Najlepsi stali z przodu, zawodnicy i bardziej doświadczeni niż ja. To miał być mój pierwszy „uphill” – bieg pod górę, tylko pod górę, na nartorolkach.

Pierwszy wystartował Henryk. Spytałam mężczyznę stojącego obok czemu, czy dlatego, że jest najlepszy? Usłyszałam odpowiedź, że startuje w kategorii paraolimpijskiej. Ładnie powiedziane, ale informacja lekko mnie zszokowała. Po kilku minutach wystartowaliśmy. Od razu uplasowałam się na końcowej lokacie stylu klasycznego, jadąc swoim niewysilonym tempem „prawa, lewa, prawa, lewa – naprzemienny ruch ramion i nóg”.

Deszczu nie było już czuć i nie dlatego, że przestał padać. Po prostu nie przeszkadzał w udręce, którą przechodziłam. Był przyjemnym schłodzeniem rozgrzanego ciała. Zawodnicy klasyka znikli mi z oczu, zaczęli mnie wyprzedzać ci jadący stylem łyżwowym i na pompowanych kołach. Powoli pokonując cztero i półkilometorwą trasę, o różnicy wzniesień rzędu trzystu metrów, zaczęłam doganiać niektóre osoby, które uciekły mi z początku. Najpierw zbliżyłam się do Henryka. Już z daleka widziałam jego niebieski strój i spodnie do kolan. Jedną łydkę normalnej grubości, drugą cienką, patykowatą, wykonaną ze specjalnego tworzywa. Niesamowite jak równo, rytmicznie poruszał się na nartorolkach, który to sport nawet dla w pełni zdrowej osoby może być niezwykle trudny i wymagający. Spokojnie jechał pod górę, odpychając się kijkami. Czasem zmieniał styl. Wyprzedziłam go pełna cichego podziwu.

Trasa wylana równiusieńkim asfaltem pięła się stromo w górę. Minęłam jeszcze kilku innych zawodników. Kibiców oklaskujących nas - zmokłe kury i wytrawnych twardzieli zarazem. Wyczerpana, marzyłam tylko o tym, aby dotrzeć do mety. Aby ta upiorna wspinaczka wreszcie się skończyła. Na kilometr przed metą, jak zwykle, dostałam skrzydeł i przyspieszyłam. Jeszcze tylko pięćset metrów, ostry podbieg. Dwieście metrów, lasek i upragniona meta. Tam powitał mnie spiker wyczytując moje nazwisko. Czekały napoje izotoniczne i słodko-słone przekąski.

Jakiś czas po mnie dotarł Henryk. Wszyscy go znali i głośno wiwatowali. Bili brawo dla jego niezwykłego wyczynu i siły woli. Linię mety przekroczył uśmiechnięty, choć na pewno był bardziej zmęczony niż ja. Kiedyś już widziałam te oczy. Skądś je znałam. Nie mogłam sobie tylko w tym momencie uzmysłowić skąd. W moich oczach dokonał czegoś niezwykłego. Pokazał siłę woli i charakter naprawdę godny podziwu. Byłam pod wrażeniem.

Wraz z innymi zawodnikami, w prowizorycznej szatni przebraliśmy się w suche rzeczy. Potem czekała nas ciepła strawa w przyjemnym górskim schronisku. Większość raczyła się pyszną zupą, niektórzy piwem, jeszcze inni, w tym ja, czeską Kofolą – odświeżającym zamiennikiem Coca-Coli. Henryk zniknął w tłumie. Przy moim stoliku siedziała zawodniczka polskiej kadry. Przyjęłam jej towarzystwo jak chleb powszedni, który się zjada i szybko zapomina, że w ogóle był. Młoda, szczupła dziewczyna, którą adorowali zebrani wokół mężczyźni. Wszyscy byli rozmowni i weseli. Głośni. Dzielili się wrażeniami z przebytej trasy oraz z wielu innych poprzednich biegów. Pewnie spotkali się nie pierwszy raz. Czas powoli płynął, deszcz stopniowo zacichał.

Henryk zniknął. Nigdzie go nie widziałam. Pojawił się dopiero na dekoracji wywołany na podium jako jedyny niepełnosprawny, dla mnie niezwyciężony. Ubrany w długie spodnie swobodnie wszedł na najwyższy stopień. Gdybym nie wiedziała, że startuje jako paraolimpijczyk, nigdy po jego ruchach nie poznałabym, że coś mu dolega. Że czegoś mu brakuje. Stał, uśmiechając się do burmistrza wieszającego mu medal na szyi. Z radością przyjął skromną nagrodę. Z tym samym uśmiechem ostrożnie zszedł

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%