Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 14 min czytania

Spacer

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Albert spacerował z właścicielem. Była ładna pogoda, świeciło wiosenne słońce. Na deptaku panował duży ruch. Wielu ludzi spacerowało. Parami, trójkami, liczniejszymi grupami. Dochodziły od nich dźwięki zadowolenia, radości, śmiechu. Słychać też było odgłosy płaczu, zwątpienia, rozpaczy. Albert starał się nie spuszczać oka ze swego właściciela, bał się mu zginąć. Jednak tego dnia ruch na deptaku był wyjątkowo duży, jak żadnego innego dnia. I Albert nie opacznie oddalił się, zapatrzył się w bogato przystrojone okno wystawowe. Handlarz zachęcał, zapraszał, objaśniał, gestykulował, uśmiechał się. Albert wszedł do środka. Rozglądał się ciekawie po zapełnionych półkach, z zainteresowaniem słuchał objaśnień sprzedawcy. Był wesoły i beztroski. Dopiero po czasie stwierdził, że kogoś brakuje, że kogoś obok niego nie ma. Z trudem oderwał wzrok od kolorowej reklamy, od kuszących świecidełek i przyjaznych pomrukiwań sprzedawcy. Wyszedł natychmiast ze sklepu. Obrócił się, właściciela już nie dojrzał. Zniknął w tłumie spacerujących, śpieszących się, biegnących. Wokół nieznane, obce twarze. Albert stanął na palcach, rozglądał się niespokojnie na wszystkie strony, ponad głowami wypatrywał znajomego kształtu filcowego kapelusza. Ani śladu. Nigdzie. Tylko ludzie, których nie znał. Nikt z nich nie zwracał uwagi na podenerwowanego Alberta. On się przeląkł, przestraszył. Roztrącając energicznie idące osoby przebiegł kilka metrów do przodu, obracał głową w różnych kierunkach. Nie ma. Nie ma. Zatrzymał się, zawrócił. Dotarł do tego samego okna wystawowego. Kupiec uśmiechał się nadal, ponownie zapraszał do wnętrza. Albert wypatrywał. Przed tym sklepem się rozstali, tu się widzieli po raz ostatni. Powinien się tu zjawić, powinien czekać. Właściciela nie było. Albert spocił się, ciało zadrżało, niepokój ścisnął serce. Został sam. "Co będzie dalej, gdy go nie odnajdę?", pojawiła się myśl. Odrzucił ją gwałtownie. "Niemożliwe. On musi gdzieś tu być, nie mógł tak niezauważenie przepaść. Na pewno też mnie szuka". Trochę spokojniej przeszedł na drugą stronę deptaka, oczami lustrował napotykane twarze. Ujrzał mężczyznę w kapeluszu. Ucieszony podbiegł natychmiast do niego. Odchylił kapelusz, przyjrzał się uważnie. Nieznane spojrzenie. Nie, to nie on. To nie on. Mężczyzna zapytał. - Kogo szukasz człowieku? - Zgubiłem właściciela. - To szukaj, szukaj. Przecież musisz go znaleźć. - Tak, muszę - odpowiedział Albert. Szedł przed siebie. Zatrzymywał ludzi, zaglądał im w oczy, odkrywał zasłonięte twarze. - To pan? To może pan? - zapytywał gorączkowo. - Nie. Nie. Nie - odpowiadali zniecierpliwieni, obcy ludzie. Albert nie ustawał w poszukiwaniach. Biegł do przodu, cofał się, podążał raz w lewą, raz w prawą stronę, tracił orientację. "Gdzie on jest? Gdzie mógł się podziać?", myślał rozpaczliwie. Zatrzymał przechodzącą kobietę. - Nie spotkała pani mężczyzny w filcowym kapeluszu? - Młody? Stary? Wysoki? Niski? Powiedz dokładnie jak wyglądał - kobieta wypytywała o szczegóły. Albertowi trudno było określić wygląd właściciela. Nigdy mu się tak dokładnie nie przypatrywał, nie był ciekaw. Wystarczało, że on był w pobliżu, obok niego. Ale na pewno by go poznał. Gdyby tylko mógł go zobaczyć. Zastanawiał się. - Nie wiem. Nie przypominam sobie. - To jak ty biedaku teraz go znajdziesz? Jak będziesz żył bez niego? - kobieta współczuła. Odeszła na swoją trasę. Albert stał zakłopotany. Spuścił głowę, zbierało mu się na płacz. Przechodzący obok ludzie spoglądali obojętnie na niego. Nagle usłyszał gwizd. Krótki gwizd. Podniósł głowę, wytężył słuch. Gwizdnięcie powtórzyło się. Jeszcze raz. Jeszcze. Poznawał. Poznawał znajomy dźwięk. Pośpieszył w kierunku skąd on nadchodził. Gwizd ustał. Albert zatrzymał się. Słyszał wyraźnie oddechy spacerujących ludzi. "Nie może przestać, nie może przestać, inaczej go nie znajdę", gorączkowo myślał. Dźwięk powtórzył się znowuż kilkakrotnie. Albert odetchnął. "Zaraz go odszukam. Wszystko będzie tak jak dawniej. Teraz go znajdę", biegł w tym kierunku, wypatrywał znajomej sylwetki. Podbiegł do człowieka, który stał i gwizdał. Równocześnie z nim podbiegło kilku innych ludzi. Stanęli zawiedzeni. - To nie on! - wykrzyknął rozczarowany Albert przyglądając się uważnie starszemu mężczyźnie. Inna myśl pojawiła się. "A oni, ci obok mnie? Też samotni, zagubieni? Też szukają niecierpliwie? Aż tylu ich?". Młoda kobieta rozpychała stojących, zawiedzionych, odwracających głowy. Grymas wykrzywiał jej twarz, obłąkane oczy, spocona. Ujrzała gwiżdżącego mężczyznę. Nienaturalny, krótkotrwały okrzyk wyrwał się jej z gardła. Wyraz ulgi złagodził ostre rysy jej twarzy. Naprężone jej członki rozluźniały się, drżące ciało uspokajało się. Osunęła się na ziemię, obejmowała mężczyznę za nogi, nie pozwalała mu się wyzwolić ze swego uścisku. On próbował ją podnieść, nie udawało się. Usiadł na ziemi, przy niej. Trzymali się kurczowo nawzajem, jakby bojąc się ponownie rozdzielić, znów rozłączyć, by potem szukać się rozpaczliwie. Teraz byli szczęśliwi. Byli razem. Zajęci sobą nie zwracali uwagi na stojących obok. Ci początkowo przyglądali im się zazdrośnie, później odwracali głowy nie chcąc być świadkami spotkania. By samemu nie czuć się nieszczęśliwym. Spoglądali nieufnie na siebie, którzy przybiegli zwabieni gwizdem. Przepraszali za swą natychmiastową gotowość, za szybkość odpowiedzi, prędkość odzewu. Zawstydzeni swą samotnością spuszczali oczy, odstępowali czym prędzej, odchodzili, mieszali się z tłumem spacerujących. Nie pragnęli dłużej przebywać w swym towarzystwie. Albert odszedł od szczęśliwej pary. "Co robić? Co robić?", niepokoił się. "Jak dalej żyć bez niego?" Czas mijał. Ruch na deptaku zmniejszał się. Zapadał zmrok. Albert usiadł na parapecie okna. Obcy człowiek przysiadł się. - Od dawna go szukasz? - spytał życzliwie. - Od popołudnia. Skąd pan wie? - Albert zdziwił się. - To widać po tobie. Po twarzy, po oczach. Po twoich ruchach. - A pan? - Ja swojego nie szukam. Odszedłem, wyzwoliłem się. Jestem sam. - To tak można? Samemu? - Nawet lepiej. Bił mnie. Prześladował. A ja składałem ręce do niego. Kopał. Znieważał. A ja przed nim klękałem. Chciał ze mnie zrobić niewolnika. Zbuntowałem się, odszedłem. - Ja tak nie chcę. Brakuje mi jego. Pragnę być razem z nim. - Teraz tak mówisz, bo dopiero co go utraciłeś. Na początku jest ciężko. Ja to przetrzymałem. Teraz jestem wolny. Jest mi dobrze. Ty też spróbuj. Nie szukaj go więcej. - Boję się. Sam. Nigdy nie byłem sam. Zawsze on mi towarzyszył. Zawsze z nim. Podpowiadał, ostrzegał, wskazywał. Każdy spacer z nim. Nigdy sam. Jego myśli były moimi myślami. Jego odczucia były moimi odczuciami. Przyzwyczaiłem się. Nie wyobrażam sobie

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Spacer — czytnik · opowiadania