Duchy · 1 godz. 10 min czytania
Spacer z aniołem
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
SPACER Z ANIOŁEM
Dla Karoliny - „Isi-Pysi” Ku pokrzepieniu i w prezencie
Mosina, 02 - 10.05.2009 r.
O tej porze roku park wygląda najpiękniej. I chociaż znam tu każdy kąt, każdy zakamarek; wiem jak tu jest - lato, jesień, zima - to jednak wiosna przebija wszystko. Oczywiście, że kocham to miejsce niezależnie od pogody. Uwielbiam tutaj spacerować w letni deszczyk, kiedy krople bębnią w parasol i kiedy słońce praży, że nie można wytrzymać, a tysiące owadów brzęczy swą pieśń… Uwielbiam spacerować, kiedy jesienne liście, takie pełne czerwieni, żółci i brązów szeleszczą pod stopami, a wiatr strąca mi je wprost na głowę… Uwielbiam spacery po kostki w śniegu, kiedy przecieram szlak dawno nieuczęszczanych alejek, a biały puch sypie się niemal bezgłośnie z nieba… Ale nieodmiennie wiosna jest tym czasem, kiedy tu jest najpiękniej, gdy przyroda budzi się do życia i wybucha swą zieloną intensywnością aż do bólu; gdy ptaki uwijają się nerwowo w poszukiwaniu gniazd i partnerów, wokół pachnie nowym życiem i nadzieją; kiedy kwiaty cieszą swą naiwną nowością - wtedy na moment zapominam o całym swym życiu; choć tak bardzo jest wokół głośno, to jednak cicho - na swój niezwykły sposób. Chłonę każdy odgłos, każdą gałązkę i każdy barwny płatek - wciąż nieodmiennie taki sam każdego roku i taki sam innym zarazem. Po prostu jest tutaj cudownie. W naszym mieście było to bodaj jedyne miejsce, gdzie można było spacerować i jedyne, dokąd nikt nie przychodził. Park był częścią kompleksu pałacowego, tylko, że dawno o tym ktokolwiek zapomniał. Pałac uległ ruinie na przestrzeni lat i nie było nikogo, kto by chciał tutaj inwestować ku przywróceniu dawnej świetności temu miejscu. Więc budynki niszczały, poddając się powoli nieubłaganie czasowi, a park zarastał i dziczał - ale to akurat nawet miało swój urok. Tylko, że nikt tu nie zachodził. Park stał się terenem miejscowych pijaczków, co skutecznie odstraszało spacerowiczów - lecz nie mnie. Ja tu wyrosłam. Od najmniejszych lat przychodziłam tutaj wypłakać swój żal, schować się przed złym światem lub po prostu szukać spełnienia swych marzeń, tych wyczytanych i tych wymyślonych. Dzieliłam ten teren wraz z wszystkimi wyrzutkami społeczeństwa i traktowałam to jako swój azyl, niemal dom, a ludzi tutaj przebywających jak swych cichych, milczących przyjaciół. Nigdy mnie tu nie spotkało nic złego, w odróżnieniu od tak zwanego normalnego świata - mogłam zupełnie bezpiecznie myszkować w najciemniejszym zakamarkach. Nie naruszałam tylko tej części, gdzie outsiderzy mieli swe królestwo. Szanowaliśmy swą odrębność i nasza wzajemna egzystencja przybrała formę niemej przyjaźni - czasem z dala się pozdrawialiśmy i tyle. Ja nie wtykałam nosa w ich sprawy, a oni nie pozwalali mnie krzywdzić innym - raz, jeden jedyny, kiedy grupa wyrostków tu zabłądziła w poszukiwaniu przygody i skoku adrenaliny, kiedy otoczyli mnie ścisłym kołem w bliżej nieokreślonym celu, moi niezwykli sąsiedzi przyszli mi z pomocą. Był to początek naszej bliższej znajomości, nie tak aby ze sobą przebywać, ale żebyśmy mogli czasem wymienić słowo, życzliwe, ludzkie, każdemu potrzebne. Przynosiłam im czasem jakieś smakołyki z domu, a oni w niewidzialny sposób chronili mnie. Nikt nigdy więcej mnie tutaj nie zaczepił - nawet więcej nikogo tutaj nie widziałam. W mieście to miejsce miało złą sławę, ale właśnie dzięki temu mogłam w spokoju tu spędzać te nieliczne chwile własnej radości. Dla mnie to było ucieczka, miejsce, do którego nikt oprócz mnie nie miał przystępu. Jeśli nie liczyć koneserów procentowych napoi, lecz dla mnie to było takie samo sąsiedztwo jak ptaki lub zwierzęta parkowe. Życie mnie nie rozpieszczało. Moja rodzina nie była typową rodziną, a może była, tylko ja tego nie dostrzegałam? Samotna. Wszędzie. A w domu najbardziej. Przez nikogo nie rozumiana, skłócona z wszystkimi, pełna oczekiwań i źródło wiecznej pretensji matki. Dziwnie się układały nasze stosunki. Z jednej strony matka z pewnością mnie kochała na swój sposób, a z drugiej wciąż mnie traktowała jak zło konieczne. Być może dlatego, że byłam żywym dowodem jej młodzieńczych szaleństw? Zaszła w ciążę bardzo młodo, ale mój biologiczny tatuś jakoś nie zechciał podjąć wyzwania trudów rodzicielstwa. Choć może to nie tak. Krążyły plotki, że matka wraz z babcią mu zatruwały życie wiecznymi pretensjami. Ok., ale dlaczego nigdy nie zechciał się widzieć ze mną? Nigdy. Nie spotkałam się z ani jedną próbą kontaktu. A kiedy założył własną rodzinę - moje oczekiwania zmarły śmiercią gwałtowną i ostateczną. Matka także sobie ułożyła życie. Dorobiłam się z czasem ojczyma i trójki przyrodnich braci, nie dorobiłam się tylko zrozumienia od matki. Czasem odnosiłam wrażenie, że jej zawadzam; ojczym co prawda nigdy nie dał po sobie znać, że mnie nie akceptuje, jednakże żadnego cieplejszego gestu od niego także nie doznałam - dbał o mnie na tyle, na ile mu nakazywał obowiązek. Synowie byli dla niego najważniejsi. A ja potrzebowałam ojca! To nieprawda, że córki są dla matek. A powiedzenie: „córeczka tatusia”? To nie jest tylko slogan. Uwierzcie mi! Samotność to coś całkiem realnego i niebezpiecznego. Zwłaszcza dla takich niespokojnych małolat, pragnących odnaleźć za wszelką cenę swoje miejsce na ziemi i zrozumienie dla swych marzeń. Bez ojca, który o mnie zapomniał. Bez matki, bo choć żyła obok mnie, to jednak nigdy nie dała mi po sobie poznać, że jestem dla niej czymś więcej niż tylko członkiem rodziny i do tego zupełnie bez znaczenia. Jeśli nie liczyć strat… Byłam samotna. Nikomu nie było się jak wyżalić. Skoro rodzona matka traktowała mnie jak obcą, to czegóż innego się spodziewać od innych? Wyśmiania tylko. Uciekałam więc do swej samotni, gdzie mogłam marzyć o lepszym losie. Czasem wydawało mi się, że bajka o Kopciuszku była jakby napisana specjalnie o mnie. Tylko gdzie ten bal? I te czarodziejskie pantofelki? Przez całą szkołę i później już w pracy szukałam bratniej duszy- lecz jej nie znalazłam… Miałam jedną, zasadniczą wadę: swoją słabość do starszych mężczyzn. Pewnie to był skutek braku ojca, w każdym facecie po czterdziestce widziałam swego ojca, ojca, którego mentalnie nigdy nie miałam, a którego potrzebowałam tak bardzo. A może było we mnie coś z Lolity? Wszystkie te znajomości, takie pobieżne i przelotne, miały w sobie coś z napięcia seksualnego. To takie brudne i obrzydliwe w sumie, ale jakże prawdziwe, pragnęłam podświadomie nie tylko ojca, lecz także kochanka. To była moja największa tajemnica, którą bałam się odkryć nawet sama przed sobą. Przerażały mnie te myśli, fantazje jakie snułam nie tylko we śnie, ale także na jawie. Było to niebezpieczne, ta fala mogła kiedyś się wymknąć spod kontroli. Na szczęście znalazłam sobie chłopaka. Konrad był wspaniałym, rozumnym facetem i był niemal moim rówieśnikiem. Co było dla mnie tak samo ważne, jak to, że mnie rozumie. Ale ja nigdy nie potrafiłam należycie oceniać ludzi. Konrad i Kornelia. Zestawiałam te nasze imiona razem pewna, że wszystkie moje modlitwy zostały nareszcie wysłuchane. A powinnam wiedzieć, że w życiu nic nie jest pewne i na stałe. Ale tak bardzo pragnęłam tego uczucia! Był moim pierwszym kochankiem. Oddałam mu siebie całą. No prawie… Nie zdradziłam mu tylko mojej samotni, jakby w przeczuciu, że będę jej jeszcze potrzebować. Sielanka trwała siedem miesięcy. Przez ten czas żyłam jak we śnie, budząc się tylko po to, aby kłócić się z matką - o wszystko i zawsze. Czułam się tak lekko absurdalnie szczęśliwa. Czekałam na moment kiedy wreszcie opuszczę ten dom i założę własne gniazdo, gdzie królować będzie miłość i zrozumienie. Czekałam do chwili kiedy nakryłam ich w sypialni rodziców Konrada. Nic nie mogło oddać mojego zdumienia, gdy ujrzałam mego Adonisa i kuzynkę razem w pościeli, w pozie raczej nie pozostawiającej wątpliwości. Poczułam się nie tylko zdradzona. Poczułam się potwornie oszukana. Jak każda kobieta na moim miejscu zapewne, ale u mnie te uczucia spotęgowane były desperacją oczekiwania na wspólne życie i świadomością, że może mi nie starczyć odwagi i sił, by szukać dalej i ponownie wystawiać się na ryzyko porażki. Nie ułatwiało tego również i to, że jak się dowiedziałam to mój luby fruwał z kwiatka na kwiatek przez całą naszą znajomość. Erotoman pieprzony. O tak, z całą pewnością pieprzony i to nie przez jedną lafiryndę! Ale cóż z tego? Nie było mi wcale lżej przejść przez to wszystko. Ponownie uciekłam od świata. Ale tym razem zwiałam także w świat wirtualny. Tam szukałam, sama nawet nie wiedząc, czego lub kogo. Chciałam tylko, aby mnie ktoś wreszcie wysłuchał. Szukałam długo, głupia nie chcąc wiedzieć, że to zupełnie bez sensu - bo czyż można znaleźć bliską osobą w czymś takim jak net? Prawdziwego słuchacza, który nie tylko zrozumie mój ból, ale także utuli mnie w żalu i może jeszcze wskaże jak dalej postępować? Słowem, chciałam tutaj poszukać przyjaciela, płci obojętnej. Beznadziejna sprawa. A jednak właziłam wciąż na czat i szukałam, szukałam, szukałam. I gorzkniałam coraz bardziej, z każdym dniem świadoma swej całkowitej bezwartościowości. Przynajmniej tak sobie to wmawiałam, tak było mi wygodniej zrozumieć dlaczego to wszystko mnie spotyka w moim życiu. Miałam tam kilkoro znajomych, nikogo jednak takiego, co dałoby się o nim powiedzieć - bliska dusza. Aż pewnego dnia trafił mi się nick, inny niż dotychczas. Zaczęło się całkiem niewinnie, w pewne niedzielne przedpołudnie, kiedy tkwiłam na czacie i nudziłam się okropnie. Wlazł i narobiwszy wokół siebie zamieszania, zwrócił moją uwagę niekonwencjonalnym humorem i sposobem postrzegania świata. Nie żeby był taki jak mój, nawet wręcz odwrotnie, ale jednak przyciągał uwagę. Można było nie akceptować jego filozofii, ale przejść obok obojętnie także nie. Pogadaliśmy sobie dość długo. A potem już czekałam tylko na niego, co dzień właziłam na czat w nadziei, że już tam jest lub za chwilę przyjdzie. Czasem tak było, czasem nie. Ale zawsze znajdował dla mnie czas. Wreszcie znalazłam kogoś, kto nie tylko mnie wysłuchał, ale także usiłował cokolwiek poradzić, jak postępować, jak żyć, co robić dalej ze swym losem… To właśnie on sprawił, że odnalazłam swoją zapomnianą rodzinę, czyli krewnych ze strony ojca. Odnalazłam i poznałam. To on przekonał mnie abym wyprowadziła się z domu, zaczęła samodzielne życie, opuszczając toksyczny dom i stając na swych jakże chwiejnych nogach. Rozumiał mnie jak nikt dotychczas. Był mi takim ojcem jakiego nigdy nie miałam; ojcem, ponieważ z racji swych lat mógłby nim być. Miał syna niemal w moim wieku. Ponownie dała o sobie znać moja słabość do facetów w wieku tatusiowym. Przez moment nawet śniłam o nim, co samo w sobie było znamienne, ale także symptomatyczne. Na szczęście nie wylazło to poza wymiar czystej fantazji nadto rozbudzonej małolaty. Zwierzałam mu się ze wszystkich swych tajemnic, nawet tych najbardziej intymnych. Odległość czatu sprawiała, że mogłam mu wyznać każdy swój grzech i każdą wyuzdaną zachciankę, bez obaw, że spojrzę mu prosto w oczy - rodzonemu ojcu, choćby nie wiem jak fajnemu, nie byłabym w stanie tak opowiadać o swym życiu. Miałam przyjaciela. Jakkolwiek to brzmi śmiesznie w realiach Internetu, tak było w istocie. Mogłam na niego liczyć bezgranicznie ufając jego słowom. Wiem, że mógł to być zakamuflowany zbereźnik, podtatusiały zboczeniec szukający kontaktu, ale mu podświadomie ufałam. A poza tym on nigdy nie chciał się spotkać, ani w żaden inny sposób się ze mną skontaktować. Dopiero po dłuższym czasie wymieniliśmy się adresami mailowymi, a jeszcze później numerami telefonów. I tyle. Nadal nic się nie zmieniało w naszej znajomości. Kiedy miewałam dni strachu i zwątpienia, on dzielnie mnie wspierał i podnosił na duchu, nawet wtedy, gdy miałam już tego dość, tych jego wszystkich dobrych rad i wskazówek na każdą okazję. To dzięki niemu znów zaczęłam żyć życiem młodej kobiety. Zapomniałam o Konradzie i o tym co mi zrobił. A może nie zapomniałam, tylko pomna jego przypadku, znacznie ostrożniej dobierałam sobie znajomych. Przeżyłam kilka nieistotnych przygód, które takimi były w istocie i dlatego nie przyniosły mi ani rozczarowań, ani zgryzot. Tak je traktowałam od początku. I pozostawiły w mej pamięci tylko miłe wspomnienia. Żadnych gorzkich. Aż pewnego dnia w autobusie przyczepił się do mnie taki jeden amancik. To znaczy z wyglądu nie był amantem, nie miał w sobie niczego interesującego, przynajmniej dla mnie. Był jednak uparty, co może samo w sobie miało jakiś urok. Nie dał się zbyć byle opryskliwą gadką, a jednocześnie nie był nachalny, co stawiało go raczej w pozycji dziwaka i uciążliwego niczym mucha bzycząca nad uchem, ale nic poza tym. Znosiłam te jego umizgi z obojętnością. Potem spotykaliśmy się regularnie, na tyle by zacząć rozmawiać ze sobą. Nadal go jednak trzymałam na dystans - nie był kompletnie w moim typie, choć przyznaję, że ta jego adoracja, skazana na niepowodzenie co prawda, ale jednak mi sprawiała radość. Jak każdej kobiecie. Próżność. Niewinna wada, a sprawiała, że mogłam przez chwilę się poczuć odrobinę lepiej. Niemniej te wysiłki przyniosły mu sukces - tak trochę na odczepnego zgodziłam się pójść z nim do kina. Spędzaliśmy później ze sobą dużo czasu, ale bez żadnych zobowiązań, przynajmniej ja traktowałam go bardziej w kategoriach kumpla niż faceta do łóżka. A on cierpliwie czekał. Nie popędzał. Nie marudził. Był. Mój znajomy z czata, De Profundis, popychał mnie ku tej znajomości, bardziej niż bym sobie tego życzyła. Nie chciał pojąć, że absolutnie niczego nie czułam do Patryka, może za wyjątkiem odrobiny przyjaźni, ale jednak trochę innej niż czułam do De Profundisa, a już na pewno mniejszą niż w stosunku do mego znajomka z sieci... Po raz pierwszy tak wyraźnie różniły się moje oczekiwania i jego nastawienie do wydarzeń z mego życia. Powinnam mieć więcej rozumu - za nim przemawiały lata doświadczeń i dotychczas raczej nigdy się nie mylił w swych osądach. Dlaczego teraz myślałam, że jest inaczej? Nie wiem. Może było dla mnie zbyt oczywiste, że zawsze dawał mi dobre rady, a nikt nie jest aż tak nieomylny bez końca. Więc być może tym razem to ja mam rację? Albo tak bardzo chciałam mieć… Znacznie później Patryk, coraz bardziej zachęcony moją postawą, zaproponował wspólny wypad nad jezioro. Pod namiot. Nie było w tym już nic niezobowiązującego, teraz nadszedł czas określić się zdecydowanie. Przynajmniej tak to wyglądało z mojej strony, ze strony Patryka pewnie także, bo kiedy mnie prosił, to miał taki wyraz twarzy, jakby spodziewał się po tym jakichś ustaleń. Skierowaniu naszej znajomości na zupełnie inne ścieżki. Cokolwiek miał na myśli, ten wyjazd miał wyjaśnić, jak to z nami jest! Chyba, że od razu utrącę te projekty w zalążku. Miałam mieszane uczucia, nie bardzo chciałam zmieniać czegokolwiek w naszej znajomości, a jednocześnie zdawałam sobie sprawę, że chyba sytuacja dojrzała do zmian. De Profundis oczywiście był jak najbardziej na tak. Nauczyłam mu się wierzyć, więc zgodziłam się na ten wyjazd, czym wprawiłam najpierw w zdumienie Patryka, a później sprawiłam, że stał się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Kiedy dotarło do niego, że istotnie spędzimy ten czas razem, niemal oszalał. Jak niewiele czasem potrzeba, by uszczęśliwić drugiego człowieka… Ale czy ja mogłam tak samo się czuć? Miałam doprawdy mieszane uczucia. Pojechaliśmy. Było nieźle. Patryk wszystko urządził, cały nasz pobyt nad jeziorem miałam rozplanowany, niemal co do minuty. Zadbał, abym się ani przez chwilę nie nudziła. Imponowało mi to, że nie próbował mnie przekonać do swojego hobby jakim było wędkarstwo, tylko wszystko robił tak, byle tylko mogłam robić to, co sama chcę. Najpierw przez grzeczność mu towarzyszyłam przy wędce, później autentycznie mnie to wciągnęło. Nie na tyle, by stało się to moją pasją, ale nie nudziłam się niczym mops jak każda inna kobieta. Wieczorem było ognisko, pieczone świeżo złowione rybki, winko. Wprawiło mnie to w świetny humor. Tym bardziej, że zjadłam schwytaną osobiście rybę. Nigdy nie zapomnę tego momentu, gdy poczułam to szarpnięcie za żyłkę! A potem kiedy Patryk pomógł mi wyciągnąć ją na brzeg, poczułam dumę. W oczach swego towarzysza zobaczyłam tyle czułości, że omal nie rzuciłam mu się w ramiona. Tak bardzo tęskniłam do tych gestów, ale nie u niego. Biedak tak się starał… Jeśli oczekiwał czegoś, to dzielnie nie pokazywał po sobie tego. I właśnie wieczór przyniósł rozwiązanie. Nie wiem co mnie skłoniło do tego, aby pocałować Patryka. Nastrój chwili? Wino? Romantyczna atmosfera? Może to wszystko naraz lub każde z osobna. Był tak wzruszająco nieporadny kiedy poczuł moje usta na swoich, nie dlatego, aby był niedoświadczony, tylko, że trudno mu było uwierzyć w to, co się dzieje. Pozwoliłam złamać barierę i już nic nie mogło odwrócić nieuchronności wydarzeń. Co tu dużo gadać - wylądowaliśmy na jednym materacu i muszę przyznać, że już dawno nie miałam tak delikatnego, a zarazem pięknego seksu. Może na początku mojego związku z Konradem, a później to różnie bywało: czasem gwałtownie doznawałam spełnienia, czasem wcale, dziś jednak weszłam na sam szczyt - powoli, dostojnie i całkiem świadoma tego, co czuję. Piękne to było… Ale czy wystarczy na wspólną przyszłość? Jeśli zmienię swoje nastawienie do niego, pewnie tak, ale jak tego dokonać? Miałam o czym myśleć po powrocie. Wszystko to opowiedziałam De Profundisowi, czym wprawiłam go w zachwyt. Zabawny facet, zależało mu na tym chyba bardziej niż mnie samej. A może tylko on wiedział o czymś, co było jasne od początku, a czego ja za wszelką cenę nie chciałam dopuścić do siebie? Prawdopodobnie. W końcu zrobił coś niezwyczajnego. Obiecał mi wysłać anioła. Cokolwiek to znaczyło… Ja zrozumiałam to tak, że jest ze mną i stara się mi dodać otuchy, czyli jak zawsze. W sumie nie zwróciłam na te jego słowa większej uwagi. Bardziej mnie absorbowało to, co powinnam zrobić teraz z Patrykiem. Należało podjąć jakieś kroki, powziąć decyzje. Wyjechałam do rodzinnego miasteczka odwiedzić babcię. A potem poszłam tam, gdzie zawsze chodziłam - pomyśleć, być sama, znaleźć sens w tym, co się dzieje wokół mnie - czyli do parku. Brakło mi tego miejsca w Warszawie. Choć w zasadzie, nie musiałam aż tak często korzystać z tej odskoczni od teraźniejszości. Znacznie rzadziej niż to miało miejsce w Tarczynie. Niemniej powrót na stare śmieci wywołał tyle wspomnień… Szłam niespiesznie po znajomych alejkach, pragnąc by jednak ktoś szedł obok. Tak dla towarzystwa, nie żeby rozmawiać, tylko milczeć. Mieć świadomość obecności kogokolwiek. Marzenie, które się nie spełni. Które nie może się spełnić. Tutaj nikt nigdy nie spacerował. Oprócz mnie. Więc szłam przed siebie zatopiona w swych myślach. A miałam o czym rozmyślać… Musiałam w końcu coś zrobić z Patrykiem. Choć tak naprawdę, to wybór był zasadniczo prosty jak konstrukcja gwoździa: albo zacząć wspólne życie z nim, albo nie. Tylko, że właśnie ten wybór, pomimo swej prostoty, był tak trudny. Ze względu na mnie samą. Na moje niezdecydowanie. A może to był strach? Obawa przed zaczęciem czegoś nowego bez możliwości sprawdzenia czy to ma sens? Nie od razu uświadomiłam sobie, że nie jestem już sama. Tak długo marzyłam o tej chwili, tak wiele razy wyobrażałam sobie ten moment, a kiedy nastąpił - to całkiem nie wiedziałam jak się zachować. Zignorować? Czekać na to co zrobi? Dziwne. Pojawił się jakby znikąd. Nagle był obok mnie po drugiej stronie ścieżki, tak jak tego sobie jeszcze nie tak dawno w myślach życzyłam. Nie byłam już sama. Ale fakt ten obudził we mnie mieszane uczucia - co innego pragnąć czegoś, a co innego urzeczywistnienie takich marzeń. Czyżby podczas mojej nieobecności ktoś inny sobie zaskarbił ten mój zakątek? Wielce możliwe. Nie miałam przecież wyłączności do tego miejsca, chociaż przez te wszystkie lata przyzwyczaiłam się tak sądzić. Ukradkiem spoglądam na nieznajomego. Facet w średnim wieku, z okularami na nosie, w długim płaszczu pomimo ciepłego dnia i w kapeluszu na głowie. Widziałam w zasadzie sam profil, ale skądś jakbym znała tę twarz. Coś ulotnie znajomego było w tej postaci. Ale co? Kiedy poczuł, że mu się przyglądam, spojrzał na mnie także. Teraz widziałam wyraźnie całą sylwetkę, ale to tylko spotęgowało moje odczucia, że naprawdę gdzieś już go widziałam! Jego oczy, tak bardzo spokojne w swej głębi, przypominały dwie sadzawki pełne tajemnic, a zarazem sprawiały wrażenie ostoi - budziły we mnie chęć zwierzeń… Niewiarygodne! Przecież był dla mnie obcy. A jednak nie mogłam się opędzić od uczucia bezwolnego poddania się, gdyby zapytał o cokolwiek, byłam gotowa mu opowiedzieć wszystko, co tylko by zechciał. Przeraziło mnie to! - Witaj, Kornelio! Aż wstrzymałam oddech. Moje imię! Wymówił moje imię! Skąd je znał?! Zachcianki, by z kimś tutaj być to jedno, ale byliśmy całkiem sami, gdyby chciał zrobić mi krzywdę, byłam zdana sama na siebie - nie wiedziałam nawet czy moi dawni znajomi pijaczkowie jeszcze tu przebywali… Pozostał mi tylko krzyk i nogi. Ale na razie nic się nie działo. - Nie bój się. Łatwo mu powiedzieć! - Przybywam, by ci pomóc. - Zabrzmiało to jak kwestia z tanich filmów o kosmitach. - Jestem aniołem. No i wszystko jasne! Anioł. Cholera, człowiek łazi po dziczy, roi sobie w głowie myśli o nieznajomych, a jak już doczeka się spełnienia, to trafia na wariata. Oby tylko nieszkodliwego. Uważnie obserwuję swego towarzysza, czujna na każdy najmniejszy ruch z jego strony. Ale on nadal powoli idzie obok mnie i uśmiecha się delikatnie, jakby z odrobiną politowania. - Nie wierzysz mi? - Ależ wierzę… - Pewnie, że mu nie wierzyłam, ale co miałam powiedzieć? - Nie wierzysz… - Stwierdził. - Żadna nie wierzy. Na początku. - Żadna? - Pytam ukradkiem się rozglądając. Czyżbyśmy nie byli tu sami jednak? - Nieważne, Kornelio. - Zmienił zdanie, a może wcale nie, tylko ja nie bardzo potrafiłam uchwycić wątek do jakiego zmierzał. Jak na mój gust zbyt szybko zmieniał kierunek rozmowy. Celowo czy zupełnie przypadkiem? Nie wiem, lecz wyraźnie nie nadążałam za nim. - Co mam zrobić, abyś mi uwierzyła? - Słyszę kolejne pytanie. - W co? - Rewanżuję się także pytaniem. Całkiem poprawnym w tej sytuacji, jak najbardziej. - W to, kim jestem. - Przepraszam, ale chciałabym zostać sama. - Mam delikatną nadzieję, że pojmie aluzję i pójdzie swoją drogą. Tym razem ja zmieniłam tor wymiany zdań. Nie na wiele to się mi jednak zdało. - Wcale nie chcesz być sama. - Sprzeciwia mi się i nie wiem, czy czyta mi w myślach, czy tylko tak wyszło. Bo nie chciałam być sama, marzyłam o kimś kto byłby obok. Jeszcze nie tak dawno temu. - Ptysiu… - Coś ty powiedział?! - Dopiero teraz naprawdę mną wstrząsnął. „Ptyś” to był mój nick z czatu i doprawdy, on nie mógł o tym wiedzieć. Choć z drugiej strony - może mógł? Internet był ogólnodostępny, każdy mógł wejść na forum. I być tam kim tylko zechce. Nie do poznania w życiu realnym. - Nie bój się, Kornelio. Nie zrobię ci nic złego, wręcz przeciwnie. Przysyła mnie De Profundis. Bezgłośny okrzyk wyrwał mi się z ust. - Jestem aniołem, którego obiecał tobie przysłać. - Dodał tytułem wyjaśnienia, które nie wyjaśniało nic lub wcale. Czułam jak histeria obejmuje mnie za ramiona i przyciska mocno do siebie. - Zostaw mnie w spokoju! - Wrzasnęłam. - Ty świrze! Pokiwał głową i wymruczał coś pod nosem, coś czego nie dosłyszałam. Ale nie uczynił niczego, co zagrażałoby mi bezpośrednio. Pośrednio zresztą także nie. Wszystko to było takie nierealne. Nierzeczywiste. Piękny, letni dzień. Ptaki śpiewały, liście szumiały potrącane delikatnym wietrzykiem. Sielanka. Idylla. I ten niesamowity gość po drugiej stronie alejki. Moich uszu dobiegł tętent. Zupełnie jakby galop konia. Koń? Tutaj? Zza gęstwy krzaków wybiegł ku nam istotnie rumak. Patrzyłam na ten widok zafascynowana, zupełnie zapomniałam kto stoi obok, pochłonięta całkowicie patrzeniem na niezwykłe przedstawienie. Konie to była moja głęboko skrywana pasja. Nie tak aby być z nimi. Po prostu lubiłam na nie patrzeć, nieodmiennie mogłam stać i oglądać konie godzinami. Kolejne z moich dziwactw. Zwierzę okrążyło polanę parokrotnie zataczając coraz ciaśniejsze kręgi aż prawie przebiegało tuż obok nas. I dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że to nie był koń zwyczajny. Z czoła zwierzęcia wyrastał, ślicznie zakręcony wokół własnej osi, róg! Oczy zogromniały mi niczym spodki. Patrzyłam na mitycznego jednorożca! - Ależ to jest… - Tylko tyle zdołałam wykrztusić z siebie. - Jednorożec.- Przytaknął beznamiętnie. - Tak, wiem… - Ale jak?! - Czasem dobrze być aniołem - zabrzmiało to cokolwiek dziwnie. Tymczasem niesamowity stwór podbiegł do nas. Wyglądał zupełnie jak koń, tylko ten róg! Pochylił łeb w naszą stronę, jakby dopominając się pieszczot. Pogładziłam jego chrapy i zatopiłam ręce w grzywie. A później już zupełnie ośmielona, przytuliłam policzek do szyi. Z bliska jego maść, która zdawała się być, a jakże! biała, emanowała kolorami. Głównie biel, szarość - ale i tak całość sprawiała wrażenie błękitu. Nawet jego oczy były niebieskie. W końcu odważyłam się dotknąć szpicy wystającej wprost z czoła. Jakbym dotykała rogów kozicy. To znaczy, tak sobie to wyobrażałam - nigdy przecież nie obmacywałam żadnej kozy! Czułam się w tej chwili jak w baśni. Czytało się o takich stworzeniach, marzyło by spotkać, móc dotknąć - ale nigdy nie myślałam, że kiedykolwiek spełni się ten sen… Trwałam tak przytulona do miękkich chrapów i chłonęłam każdy zapach, każdy bodziec jaki docierał do mnie. Było mi rozkosznie i nie chciałam, by to się skończyło. Wiedziałam, że ta chwila jest ulotna, ale pragnęłam zatrzymać ją jak najdłużej przy sobie. Zapomniałam o dziwnej istocie stojącej obok, zapomniałam o Patryku, zapomniałam o wszystkich i o wszystkim. Świat, ten realny, przestał istnieć - był tylko czas, w jakim się znalazłam. I nie obchodziło mnie zupełnie kto to sprawił, ani jak. I dlatego nie od razu zdałam sobie sprawę, że coś się wokół mnie zmieniło. Już nie byłam w parku. Drzewa i krzaki znikły, a dookoła znajdowało się kilkanaście śnieżnobiałych drzwi, prowadzących diabli wiedzą dokąd. Pomieszczenie, oświetlone delikatnym, lekko przymglonym światłem, sprawiało wrażenie przytulnego i mającego w sobie jakąś bliżej nieokreśloną groźbę. Taki paradoks. Lecz wyczuwałam to doskonale, kiedy zdumiona rozglądałam się dookoła siebie. Chciałam poczuć bliskość jednorożca, ale on także znikł, puściłam go tylko na moment, ale to wystarczyło, by rozpłynął się powietrzu, zupełnie jakby go wcale nie było. Zawiedziona skierowałam swój wzrok ku aniołowi, czy kim on tam był. - Gdzie jesteśmy? - W twym umyśle, Kornelio - odparł lekko rozbawiony, tylko nie bardzo wiem czym. - Kpisz sobie?! - Niemal wrzasnęłam, bo znajome uczucie histerii powróciło, niczym upiorny znajomy z koszmarów. - Nie - równie rzeczowo i już bez cienia drwiny mi odrzekł. - To prawda, Kornelio. Ptysiu… - Dodał na koniec, tylko nie wiem po co. Zabrzmiały w jego głosie jakieś cieplejsze nutki, możliwe, że po to, aby mnie uspokoić. Nie bardzo mu się udało… - Ale jak to możliwe?! - Moja chroniczna ciekawość nie dawała mi spokoju. A może była to próba zracjonalizowania tego, czego doświadczałam? Taki beznadziejny zamiar uchwycenia się rzeczywistości za wszelką cenę? - Tak samo jak mógł się pojawić jednorożec… Czyli nie wyjaśnił mi niczego. Albo nie chciał, albo nie mógł. Albo nie byłabym w stanie tego pojąć. W sumie wszystko wychodziło na jedno. Może faktycznie założyć, że to szaleństwo ma jakąś metodę i zamiast się szarpać o nieistotne w końcu detale, iść dalej i przekonać się, po co ta cała komedia? - A te drzwi? - Wskazałam na białe prostokąty. - To są twoje niewyjaśnione sprawy. - Anioł wyrzekł to z miną pokerzysty proszącego o kolejną kartę. - Sprawy, które wciąż tkwią w twej podświadomości i nie pozwalają żyć spokojnie dalej. Powinnam wiedzieć, że nie będzie to proste. Każde wyjaśnienia niczego nie wyjaśniały, były jak groteskowe zdania, które się słyszy, ale nie rozumie. - Musisz podjąć ważną decyzję, a ja mam ci w tym pomóc. - Ciągnął mój towarzysz w szaleństwie. - Ale żeby do tego doszło, powinnaś rozliczyć się ze swoją przeszłością… - Że jak? - Mało inteligentne to było, ale któż by w takiej chwili zachował minimum zdrowego rozsądku? - Wejdź do pierwszych drzwi, a przekonasz się, że mówię prawdę. - Zabrzmiało to niczym sentencja Sądu Najwyższego. I może to porównanie nie było takie wcale absurdalne… - I co wtedy? - Nie wiem - szczerze odparł. - Nie wiesz?! - To twój świat, Kornelio… - Rozłożył ręce w geście przeprosin, tylko niby za co? Paskudne przeczucie ogarnęło mną nagle i bezapelacyjnie. - Wiesz! Doskonale wiesz, tylko bawisz się mną. Ale dlaczego?! Co ja ci takiego uczyniłam, że mnie tak traktujesz?! - Potok oświadczeń i pytań zalał go niczym sztormowa fala brzeg. A przynajmniej miał taką siłę… Zamiast udzielić mi kolejnej pokręconej odpowiedzi, podszedł do mnie i przytulił bez słowa. Zaskoczył mnie tym gestem i dlatego pozwoliłam sobie na chwilę błogiego spokoju. Kimkolwiek był sprawiał to, że czułam się w tej chwili wolna od wszelkich trosk i wierzyłam, że mogę wszystkiego dokonać, co tylko mi się zachce. Lub zrobić wszystko to co, będę musiała. Znajdowałam w sobie siły jakich jeszcze przed momentem nie miałam. Nie wiedziałam nawet, że to możliwe abym je miała. A jednocześnie pragnęłam tak stać w nieskończoność. Jeszcze nigdy nie czułam czegoś takiego, czegoś tak nieziemsko pięknego. Takiego uczucia relaksu nie doznałam jak dotąd w żadnej sytuacji. Fajnie by było mieć go na co dzień do dyspozycji… - Kornelio! Nie walcz ze mną - gdzieś z oddali dobiegł mnie jego głos, pełen delikatnych tonów, kojących i otrzeźwiających zarazem. - Po prostu zrób, co mówię… Nie odezwałam się, tylko kiwnęłam potwierdzająco głową, jak dziewczynka wtulona w ramiona ojca, której wytłumaczono, że tym razem nie może dostać lizaka… Ach, ojciec! Tak bardzo mi brakło go przez te wszystkie lata! Mój największy, nigdy niespełniony sen. W końcu delikatnie mnie odsunął od siebie na odległość ramion i głęboko wejrzał w oczy: - Gotowa? Potaknęłam głową, ale to było kłamstwo. Nigdy nie będę gotowa. Nikt nie mógłby być na moim miejscu. Więc skłamałam, bo chciałam zobaczyć, co będzie dalej. I zdaje się o tym wiedział doskonale. Jak to on zresztą… Rozejrzałam się, by dokonać wyboru. Trudne zadanie - drzwi były idealnie bliźniacze, a do tego staliśmy pośrodku i miałam do każdych z nich tak samo daleko. Zadbał o wszystko. Wybór miał być absolutnie, niezależnie mój. Kontemplowałam w milczeniu wrota, czekając na jakiś bodziec, znak, który mój umysł mi prześle w wiadomym celu. Niczym biegacz czekający na sygnał startera. - Kiedy będziesz chciała stamtąd wrócić, po prostu zawołaj mnie - doszedł moich uszu jego głos, zupełnie jakby szedł przez czas i przestrzeń, z innego wymiaru. - Wołają na mnie Bezimienny… Machnęłam ze zniecierpliwieniem ręką. Cóż mnie mogły obchodzić jakieś anioły, kiedy czułam wyraźny zew mojego wewnętrznego głosu? Pchał mnie ku memu przeznaczeniu, a może ku przeszłości? Czułam przemożną potrzebę udania się za głosem - tak działała podświadomość? Nie zwracając żadnej uwagi na otaczającą mnie rzeczywistość, ruszyłam ku pierwszym drzwiom. Szłam jak lunatyk, zafascynowana uczuciem, które we mnie buzowało niczym ogień w kominku. Nacisnęłam klamkę i weszłam do środka. Znalazłam się w pokoju pełnego kartek, porzuconych gdzie bądź. Były wszędzie, kartki zmięte w kulki, pokreślone i zamazane, podarte w strzępy, ale także kartki zapisane równym pismem. Pośrodku tego bałaganu tkwił stół a przy nim siedział mężczyzna. Siedział z głową w dłoniach i ciężko oddychał. Chwilę przypatrywałam mu się, ale chyba nie usłyszał, że weszłam, bo nadal tak trwał w zamyśleniu, a jego twarz skryta w rozwartych dłoniach, stanowiła dla mnie zagadkę. Aczkolwiek przy całym założeniu absurdalności tego wszystkiego, czego byłam świadkiem od pewnego czasu, powinnam się spodziewać właśnie niego. Mego prawdziwego ojca! Bo tylko on mógł być w tym pokoju. Tylko on był dla mnie raną bolesną i nigdy nie zagojoną. Tylko z nim miałam tak wiele do wyjaśnienia. - Tato? - Rzucam cicho w kierunku postaci siedzącej przy stole. Unosi powoli głowę i patrzy na mnie jak na upiora. - Tato, to ty? - Upewniam się, pełna obaw czy nie popełniam błędu w ocenie. - Kornelia… - Szept, zbolały a jednocześnie pełen nadziei. I łzy w oczach. Zawsze, nieodmiennie mnie wprawiały w zakłopotanie męskie łzy. Nie wiedziałam jak się zachować, czy pocieszać, czy udawać, że niczego nie dostrzegam. Faceci to takie dumne stworzenia, starają się nie okazywać uczuć, by nie odsłonić ani jednej szpary w zbrojach, jakimi się otoczyli, a wszystko po to, byle tylko nie wystawić się na cios. - Tato… - I mnie głos się załamał, i mnie potoczyły się strumienie łez z oczu. Kiedy wyciągnął ku mnie swoje ramiona, wpadłam niczym w studnię bez dna. Tak długo marzyłam o tej chwili, tyle razy śniłam o tym geście, tak wiele dni czekałam na znak; znak, który nigdy nie nastąpił. A teraz byłam w jego uścisku. Szkoda, że nie naprawdę… - Tato, dlaczego?! Po policzkach łzy ciekły mu strugą wartką niczym górski potok. - Dlaczego mnie zostawiłeś? Nie chciałeś mnie znać?! - To nieprawda, córeczko! - Zaprzeczył. - Próbowałem… I wskazał na zapisane karteluszki pod naszymi nogami. - Widzisz? To listy. Listy, które pisałem do ciebie… - Nigdy ich nie dostałam - odparłam z wyrzutem. - Wiem. - Przytaknął. - Wszystkie twoja matka odesłała nie otwarte. Nagły gniew mnie ogarnął. - Jak śmiała?! - Chroniła cię… - Zupełnie nie wiem, po co starał się ją usprawiedliwiać. - Przed czym? - Nie mieściło mi się to w głowie. Tyle razy, gdy byłam mała, beczałam jej w mankiet, a ona tuliła mój żal do ojca i zapewniała, że robi wszystko, by zechciał się ze mną widywać! A sama odsyłała jego listy z powrotem. Nie wybaczę jej tego nigdy! Dotąd nie łączyły nas jakieś bliskie więzy, dziwne to, jak na córkę i matkę, ale tak było w istocie. Ale się tolerowałyśmy jakoś, w końcu to była matka, lecz teraz tamy puściły. To co zrobiła było potworne, ohydne - samolubne i złe. Jak mogła pozbawić dziecko kontaktu z ojcem? Ze strachu? Z zazdrości? Chyba nigdy się nie dowiem. - Nie oceniaj matki tak surowo, Kornelio… - Ojciec mówi cicho i spokojnie, tak jak sobie to tyle razy wyobrażałam. - Chciała ciebie tylko dla siebie. Miłość matki chadza dziwnymi drogami… - I to ma być całe wytłumaczenie?! - Moje oczy ogromnieją w autentycznym oburzeniu i zdziwieniu na to, co usłyszałam z jego ust. - A ty? Ty się nie liczysz? - Dla niej na pewno nie. - Przyznał z powalającą szczerością. - Chciała mnie ukarać, a krzywdziła wyłącznie ciebie… Choć tak naprawdę, to cierpieliśmy wszyscy: ty, matka i ja. - Ale dlaczego nie zostałeś przy matce? - Zrozum córeczko, byłem zbyt młody. Głupi i samolubny, a do tego zbyt dumny, by znosić fochy twojej babci. A matka… - Zawiesił na chwilę głos, jakby obawiał się tego, co chce powiedzieć, zupełnie jakby miał mi zdradzić jakąś…