Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 9 min czytania

Spadający smok

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Spadający smok

Strzeliste, poszarpane szczyty o ostrych jak sztylet zboczach jeżyły się ku górze tworząc pnie kamiennego lasu, a czerwona barwa rozlewała się po nich nadając im ponurego koloru krwi. Jak wysoko wznosił się ten kamienny las nie dało się nawet odgadnąć, bowiem wyłaniał się on z rozłożystego, białego dywanu chmur. Jedyny dźwięk jaki niósł się w tym odosobnionym miejscu to przejmujący ryk porywistego wiatru, który bez przeszkód szalał pośród pustki, mieszając tylko w mleku obłoków. Nie było tu roślin, bo żadna z nich nie mogłaby przetrwać pośród promieni palącego słońca, zaś ani jeden z ptaków nie próbował nawet odwiedzać tego miejsca wiedząc, że nie miałby najmniejszych szans na zwycięstwo z panoszącą się tu wichurą. Pośród martwego krajobrazu obecna była jedna, jedyna żywa istota, na tyle potężna, by pokonać wysokość i wznieść się ponad chmury. Umiejscowiła się ona na najbardziej wypiętrzonym i strzelistym ze szczytów, który wyraźnie górował nad pozostałymi. Na skale ponad skałami, w całym swym majestacie, siedział mityczny smok broniąc się szerokimi jak żagle okrętu skrzydłami przed natarczywym wiatrem. Ogromny gad pokryty srebrną łuską owinął swój długi na kilkanaście metrów ogon wokół szczytu, by nie dać zdmuchnąć się jakiemuś mocniejszemu porywowi. Jego olbrzymie, spiczaste pazury wbijały się głęboko w spękany kamień. Potwór stopniowo wznosił się coraz wyżej i wyżej, by znaleźć się jak najdalej od czekającego nań w dole, obcego świata, w którym nie chciano go i w którym czuł się źle. Pośród tego wszystkiego co znajdowało się poniżej chmur nie spotkał nigdy podobnych sobie, a właśnie tym czego najbardziej pragnął była bliźniacza dusza, uzupełnienie jego samego. Bestia nie potrafiła bowiem żyć pośród istot, które w znacznej większości nienawidziły jej z całego serca, a w najlepszym przypadku były zupełnie obojętne. Jedyne uczucia jakie okazywały jej inne byty to wrogość lub strach. Nikt też nie rozumiał czym tak naprawdę był smok i nikt nie próbował nawet odnaleźć się w labiryncie jego myśli, pośród splątanych ścieżek trudnego, acz szlachetnego umysłu. Legendarny gad tkwił teraz na szczycie świata otoczony bezkresną pustką. Kolejnego dnia przeżył, już chyba po raz setny, rozczarowanie i postanowił podjąć kolejną, ostatnią już próbę osiągnięcia szczęścia. Skoro tam gdzie był, nie spotkał nigdy nikogo sobie pokrewnego, zapragnął wzlecieć ku gwiazdom w poszukiwaniu swych braci i lśnić w blasku świetlistych ciał niebieskich, ogrzewać się ciepłem tysięcy słońc. Chciał znaleźć się w miejscu, które przeznaczone było smokom i gdzie mogła być druga część jego samego. Tak jak każda próba osiągnięcia marzeń i ta rodziła wiele pytań. „Jak wiele trzeba wysiłku, by oderwać się od tego świata i spełnić swoje przeznaczenie? Jak wiele sił trzeba posiadać, by pokonać olbrzymi opór przeciwności losu?”. Jedyne co było teraz wiadome istocie i burzyło jej myśli, to wielkie ryzyko jakie wiązało się z podjęciem próby. Jeżeli jej zmęczone ciało nie da rady kontynuować lotu lub sfatygowany umysł pęknie przed osiągnięciem celu to przedsięwzięcie zostanie okupione śmiercią. Smok jednak wiedział, że musi skorzystać z szansy, która mogła wyrwać go z życia w miejscu, które sączyło w jego serce tylko gorycz cierpienia. Mimo największego ryzyka zdecydowany był na podróż, która pozwalała na posmakowanie z bliska odległego teraz blasku gwiazd. Gdy porywisty wiatr zelżał choć trochę, a przeraźliwy świst ustał, smok z całą swą mocą zerwał się do lotu. Zakotwiczone głęboko pazury wyrwały się gwałtownie z kamienia, potężne skrzydła załopotały głośno, a długi ogon zaczął puszczać się skały. Zgrabnie, lecz z przy użyciu wielkiej siły, ciało pokryte srebrnymi łuskami wzbiło się w górę pozostawiając w dole kompleks czerwonych szczytów. Potwór szybował przed siebie gotów stoczyć walkę o swe własne szczęście. Początkowo potwór napotykał tylko na lekkie zawirowania wiatru przyjemnie muskające jego łuskowatą skórę, lecz im wyżej się znajdował tym opór powietrza stawał się większy. Pozostawione w tyle skały powoli zaczęły zatracać swój indywidualny kształt i przeradzały się w najeżony dywan czerwieni. Cisza jaka nastała dawała odetchnąć zmęczonym uszom bestii. Gorące słońce przyjemnie ją ogrzewało pozwalając cieszyć się…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Spadający smok — czytnik · opowiadania