Fantasy · 15 min czytania
Specjalne miejsce
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Miejsce wyglądało tak samo jak zwykle. To znaczy – niezwykle. Promienie słońca przeświecały spomiędzy liści, nadając leśnej polance niezwykły, odrealniony wygląd. Była wczesna jesień, las był już czerwonawo-złoty, a daleko, pomiędzy drzewami wszystko rozmywało się w subtelnej, białej mgle. I Miecz musiał przyznać, że w tym widoku było coś magicznego, mimo iż niczego związanego z magią nie mógł uważać za dobre. Mieczysław Opiła zwany Mieczem i jego towarzysze usiedli na zwalonym pniu. Z głębokim westchnieniem wyciągnęli nogi i zaczęli wydobywać na wierzch pobrzękującą zawartość plecaka. - Za Naród - powiedzieli i zderzyli się puszkami. Rozbrzmiały uroczyste syki i gulgotanie. - Bardzo lubię to miejsce - oznajmił Miecz, gdy pierwsze łyki rozlały się przyjemnym ciepłem po wnętrznościach. Cała trójka w milczeniu napawała się napojem i jesiennym słońcem. Za ich plecami, po widocznej za drzewami szosie przemykały od czasu do czasu samochody, ale dostatecznie cicho, by nie psuć klimatu. Przed nimi, otwierał się las. Przychodzili tu bardzo często, zbaczając w drodze powrotnej z pracy i zazwyczaj zahaczając o zagubiony tuż pod lasem sklep monopolowo-spożywczy. Miejsce pokazał mu jego najlepszy przyjaciel Kudłaty (zwany tak przez przekorę), aktualnie siedzący obok. Trzecim z kompanii był pan Górkiewicz. Jego twarz – starsza, smutniejsza, z posiwiałym wąsem - wyraźnie kontrastowała z obliczami chłopaków, choć głowę miał tak samo łysawą. Pił wolniej niż reszta i z zadumą wpatrywał się w las. - Ja też - odezwał się poważnym głosem - Dobrze tu przyjść, odpocząć na chwilę na łonie tej ziemi… z dala od tego wszystkiego. - Jak jeszcze słuchałem pogańskiej muzyki, Graveland i Saltus i takich tam, często tu przychodziliśmy z kumplami - opowiadał Kudłaty - Natas mówił, że tu był święty krąg dawnych Słowian, czy coś w tym stylu. Miejsce mocy. - Fajnych miałeś kumpli - mruknął Górkiewicz - Okultyzm i satanizm... - Dawne czaaasy - stwierdził lekceważąco Miecz, po kryjomu dając Kudłatemu kuksańca. Nie lubił, gdy przyjaciel wspominał komukolwiek o czasach przed swoim powrotem do prawdziwej wiary, a już zwłaszcza Górkiewiczowi, który gotów ich wyrzucić z organizacji. - Rozumiem błędy młodości - oświadczył Górkiewicz - ale lekceważyć tego nie wolno. To w tym przecież tkwi przyczyna obecnego upadku. Jeśli młodzież masowo odwraca się od Boga, to jaka ma być przyszłość narodu? Pokiwali głowami. - Wiele jest sił, które walczą z naszym narodem. Masoni, lobby amerykańsko-izraelskie, polskojęzyczne media. Ale za nimi wszystkimi stoi tylko jedna siła. Szatan! On jest wrogiem wszystkiego, co żyje. Nie tylko nasz naród, ale cały świat czeka zagłada, jeśli nie będziemy walczyć o obronę wiary, o prawdziwe wartości. Znowu pokiwali głowami. Pan Górkiewicz mówił jeszcze chwilę, o liberalizmie i relatywizmie, o promowaniu okultyzmu w mediach, o wróżbiarstwie i tai chi i różnych innych zagrożeniach. Odmówił drugiego piwa, kiedy otwierali. Wreszcie wstał, odruchowo rozejrzał się dookoła i wręczył im wyciągniętą ze swojej torby reklamówkę z grubym plikiem plakatów i ulotek. - Rozklejcie wszystko - rozkazał - Szukajcie nowych miejsc. Trzeba dotrzeć do ludzi. A ty, Mietek, działasz w internecie? - Jak zawsze. Na blogu dziesięć odwiedzin dzisiaj miałem - pochwalił się Miecz. - To dużo, nie? Dużo. No, na mnie już czas - Górkiewicz wstał i zabrał torbę, znów się rozglądając - Z panem Bogiem, chłopcy. Zostali sami. Przez chwilę w milczeniu napawali się świeżym powietrzem. Kudłaty wydobył z kieszeni zgniecioną paczkę Fajrantów – czekał aż do tej chwili, bo starsi w organizacji nie pochwalali palenia przez młodzież. Zapalili i zaciągnęli się. Powymieniali nowe kawały o czarnych, pośmieli się chwilę i znów milczeli, wpatrując się w prześwitujące promienie. Miecz miał wrażenie, że robi się senny. - Pan Górkiewicz ma rację - rzucił Kudłaty, dopijając drugą puszkę - Jak nie będziemy walczyć z tym całym relatywizmem, to szlag trafi cały świat, nie tylko nasz kraj. - Przecież walczymy - odpowiedział Miecz, obserwując spod półprzymkniętych powiek polankę, która wydawała się jeszcze bardziej nierzeczywista niż przedtem. Wydawało się, że w mlecznej, mglistej poświacie poruszają się jakieś niewyraźne ludzkie kształty. - Musimy walczyć bardziej! Ateiści i inne cwele rządzą się jak u siebie. Musimy pokazywać, że nasz kraj był, jest i będzie katolicki! Miecz zakrztusił się, a kiedy złapał oddech, zakręciło mu się w głowie. Czy papieros miał coś w sobie? Przecież piwa nie mogło być za dużo. - Jak ta dzisiejsza Polska wygląda, lewaki, pedały, parady... - głos Kudłatego zmieniał się, to rozbrzmiewał wyraźniej, to znów gdzieś odpływał, stając się chwilami odległym i nie do końca zrozumiałym mamrotaniem, które łagodnie mieszało się z odgłosami lasu. Gdzieś daleko chyba zawył wilk. Wilk? Jak to możliwe tak blisko miasta? Wilków nie miało prawa tu być co najmniej od II wojny światowej... - Ja... tego, stary, nie słyszałem... co mówiłeś? - spytał, ledwo łapiąc oddech. Nie słyszał własnego głosu. - …ojcowie, dziadowie nasi patrzą na nas i łzy przelewają, ot co! Zdał sobie teraz sprawę, że nie widzi również ani nie czuje własnego ciała. Dziwaczne uczucie oderwania od wszelkich fizycznych doznań nie było ani przyjemne, ani przykre – po prostu dziwaczne. Mógł tylko słuchać i patrzeć – patrzył więc na las wokół siebie, całkowicie oszołomiony. Miejsce dookoła było z pewnością tym samym miejscem, ale las zmienił się – była późniejsza jesień, niewielkie ilości czerwono-brązowych liści widniały na drzewach, przez gołe gałęzie przeświecało czerwono zachodzące słońce. W tej ponurej scenerii, siedziało tu na zwalonym pniu trzech mężczyzn w długich, przybrudzonych białych szatach. Wszyscy byli starzy, mieli siwe brody i bardzo nieporządne szare włosy. Ten, którego słyszał na początku, najstarszy i najbardziej wyłysiały sprzeczał się podniesionym głosem z drugim. - Bracia żercy, dość tych jałowych gadek - oświadczył wreszcie trzeci, najwyższy, wstając i uderzając w ziemię kosturem - Daj pokój ojcom, Wojmirze. Nie zebraliśmy się tu w świętym gaju, żeby się spierać jak baby. Trzeba nam wrócić do najważniejszego. Miecz nie do końca rozumiał język, w którym przemawiali, ale w jakiś sposób miał wrażenie, że rozumie bardzo dobrze każde zdanie. - Słusznie - najstarszy zaprzestał wreszcie sprzeczki - Czcigodny Lechu, mówcie, co dalej było u knezia. - Co dalej, co dalej - odrzekł gderliwym tonem ten z najdłuższą brodą - Dyć mówię. Sami już przecie wiecie. Zgodził się po dobroci na przyjęcie chrztu, tak jak Mieszko nakazał. - Ale cóż nam Mieszko, cóż nam Polanie? Bogów trzeba nam słuchać, nie tego łotra! To że on cudzemu szaleństwu uległ, to nie znaczy, że i my musimy! - Wychodzi, Jarosławie, że musimy. Inaczej cysarz niemiecki przyśle tu takich, co nas będą chrzcili, ale już wcale nie po dobroci. - I tyś się na to zgodził? - Dyć mówię. Nie zgodziłem się najpierw. Idę i mówię mu: jakże to, kneziu, kary bożej się nie boicie? A on mi na to: Ukórz się, świątku, albo wasz chram z dymem każę puścić. Tak powiedział, na Welesa, „świątku” do mnie powiedział, jak do byle chama! - I co? - Ukorzyłem się. A chram i tak psiekrwie spalili. Odszczepieńcy, psy plugawe, nie będzie dla nich spokoju w Nawii! - I dąb ścięli - dodał płaczliwie Wojmir - I krzyż w tym miejscu postawili, mordy wszeteczne. A niemiecki misyjonarz powiedział, że ichni chram zaczną stawiać od następnego miesiąca, gdzie ofiarne miejsce Welesa było.…