Inne · 18 min czytania
SPEEDY G., MIECZYSŁAW A. i POCZUCIE WŁ.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
1. Świt rozłożył swoje ramiona nad zmarzniętą, wilgotną Gdynią. Na horyzoncie, tuż nad linią morza, zaczęły gromadzić się chmury, niczym wojsko oczekujące na sygnał do ataku. Odgłosy miasta traciły stopniowo swoją nocną nieśmiałość, choć wciąż jeszcze nie były w stanie przekrzyczeć drących się mew. W coraz to kolejnych domach budzili się ludzie, obejmowali myślą nadchodzący nieuchronnie dzień i ruszali stawiać czoła swoim codziennościom. Jedną z takich osób był trzydziestoletni (tak z urody, psychiki, jak i właściwego trzydziestolatkom stanu posiadania) Mieczysław Andrut, pracujący jako przedstawiciel handlowy firmy odzieżowej średniej wielkości.
Mieczysław zwlókł się z łóżka, wszedł do łazienki i stanął pod prysznicem. Zimna woda zmroziła jego ciało, więc obudził się ze szczętem i gwałtownym ruchem odnalazł kurek z ciepłą wodą. Uregulował temperaturę i już mógł w pełni zaangażować się w swój codzienny rytuał rozmyślania nad swoim życiem, podczas gdy woda zaznaczała granicę między Mieczysławem a resztą świata. Umył włosy i całą swoją resztę, po czym zakręcił kurek. Wyszedł spod prysznica, wytarł swoje mokre ciało i ubrał przygotowaną uprzednio bieliznę. Rzucił okiem na zegarek. Okazało się, że poranne rozmyślania nieco się przeciągnęły, uniemożliwiając mu tym samym zjedzenie śniadania. Mieczysław zaklął pod nosem, wszedł do swojego pokoju i założył swój ulubiony, pomięty nieco grafitowy garnitur. Wyszedł z mieszkania i zamknął po cichu drzwi.
Na przystanku autobusowym stało już kilkanaście osób. Mieczysław szybko obrzucił wzrokiem grupę już-prawie-pasażerów, licząc na to, że nie spotka nikogo z osiedlowych znajomych, z którymi musiałby się zająć przez następne pół godziny dramatycznym poszukiwaniem wspólnego tematu do rozmowy. Niestety. Pośród anonimowych twarzy dostrzegł Maćka, swojego kolegę z podstawówki. Chcąc nie chcąc, uśmiechnął się do niego, obdarzając jednocześnie jego osobę stekiem niewypowiedzianych wyzwisk.
- Cześć. - Cześć – zarówno mowa ciała, jak i intonacja obu mężczyzn pokazywała, jak bardzo każdy z nich żałuje, że nie wyszedł z domu kilka minut wcześniej czy później. - Co tam? – Mieczysław podjął heroiczny wysiłek nawiązania konwersacji. - Wporzo. A u ciebie? - Ok – pierwsze podejście zakończyło się niepowodzeniem. Zapadła cisza. Obaj panowie zaczęli gorliwie badać nierówności i pęknięcia płytek chodnikowych. - Do pracy? – tym razem to Maciek podjął się obowiązku ratowania gasnących więzi międzyludzkich. - Taa. Co robić... Ty też? - Też – nie wychodziło, nie szło im zupełnie. Kolejna pauza. - Ty dalej pracujesz w tej firmie na Wzgórzu, tak? – rzucił odważnym pytaniem Mieczysław. - No. - Ej, a ostatnio na Wzgórzu widziałem tego... jak on miał... Roberta. Pamiętasz Roberta? - Pamiętam. - Przytył, włosy pogubił, śmiesznie wygląda. - Wiem, mówiłeś mi jak się poprzednim razem widzieliśmy.
Cisza zapadła nieodwołalnie. Po dwóch minutach nadjechał autobus. Jak to z reguły z gdyńskimi autobusami bywa, przyjechał punktualnie, był biało-niebieski i jeszcze pachnący świeżością. Tak naprawdę był to jedyny do tej pory pozytywny aspekt dnia dla Mieczysława. Lecz mimo to perspektywa przejazdu do centrum miasta w towarzystwie Maćka sprawiła, że Mieczysław powiedział: - O fuck, zapomniałem faktury z domu, muszę się wrócić. - Nie zazdroszczę. Ja jadę. - Jasne. To do zobaczenia. - No, na razie – autobus wchłonął Maćka i resztę pasażerów, po czym ruszył ku dalszym niewyspanym oczekującym. Mieczysław zrobił kilka kroków w stronę domu, a następnie stanął w miejscu i czekał na kolejny autobus. Ten nadjechał po dziesięciu minutach i zabrał ludzi do centrum Gdyni, mijając po drodze port i tzw. dzielnicę przemysłową, z mnóstwem brzydkich budynków o tajemniczym przeznaczeniu. Gdzieś na horyzoncie majaczyło już słońce, jednak bez zdecydowania - jakby ze świadomością, że chmury prędzej czy później i tak je zakryją. Jesień to właśnie taka pora roku, kiedy wszyscy nabierają przekonania, że nic nikomu nie uda się zrobić. Słońce zdawało się być zarażone tym marazmem.
Mieczysław wysiadł na przystanku koło Batorego i ruszył do siedziby swojej firmy, znajdującej się na ulicy Świętojańskiej. Miał w sobie dzisiaj jakąś gorycz, straszliwą złość do świata. Chciał krzyczeć, a na myśl o 10 godzinach pracy dostawał mdłości. Stanął na przejściu dla pieszych, rozejrzał się wokół. Było pusto, więc Mieczysław ruszył przed siebie przez ulicę Władysława IV, nie bacząc na czerwone światło.
- Sierżant Darucki, poproszę o dowód osobisty – rozległo się za nim. Mieczysławowi stanęło serce. Obejrzał się i zobaczył nieco otyłego policjanta zsiadającego z filigranowej niebieskiej kolarzówki. Widok był komiczny, ale Mieczysław tylko zaklął pod nosem, po raz kolejny tego dnia, i wrócił na chodnik. – No niech pan mi powie, jakie pana zdaniem świeciło się światło? – zapytał policjant. - Czerwone. - A na jakim przechodzimy? - Na zielonym. - Na zielonym... A to nie są podobne do siebie kolory, prawda? - Nie. - No właśnie – sierżant Darucki był zadowolonym z życia, świeżo upieczonym ojcem, wykorzystującym każdą chwilę na trening swoich umiejętności pedagogicznych. – Panie Mieczysławie, przecież to się zupełnie panu nie opłaca! Byłby pan te kilkanaście sekund później w pracy, i co? Wielka różnica? A tak to zamiast kilkunastu sekund będzie kilka co najmniej minut, no i dodatkowo 300 złotych in minus. Bo tyle będzie wynosił mandat – dodał z tłumaczącym, ojcowskim uśmiechem. – No i co, opłaca się czy nie?
Część 22 / 2
Mieczysław zacisnął pięści. Wyobraził sobie jak fantastycznie musiałby wyglądać sierżant rozchlapany na chodniku przez wielkiego tira. Albo, na ten przykład, przez pędzącą betoniarkę. Tylko skąd tu wziąć pędzącą betoniarkę...
- Opłaca się czy nie? – powtórzył nieco zniecierpliwiony Darucki, upominając się jednocześnie, by nigdy przy swoim dziecku nie stracić nad sobą kontroli. - Nie. - No właśnie! No ale skoro pan to zrozumiał, to jest szansa że już nie powtórzy pan swojego błędu, prawda? - Jest szansa. - A może pan obiecać? - Co? - Czy może pan obiecać, że już pan nie powtórzy swojego błędu. - Oczywiście. Nie powtórzę. - Pełnym zdaniem. - Obiecuję, że nie powtórzę swojego błędu i nie będę przechodził na czerwonym świetle. - Mieczysław Andrut. - Słucham? - Proszę powiedzieć „Mieczysław Andrut”! - Mieczysław Andrut. - Bardzo ładnie, panie Mieczysławie, to tym razem puszczę pana bez mandatu. Ale jak złamie pan obietnicę, to już nie będzie tak łatwo. Rozumiemy się? - Tak. Dziękuję panu bardzo. - Nie ma za co dziękować. W końcu to nie obywatele są dla policji, a policja dla obywateli – zakończył z dumnym uśmiechem Darucki, oddał Mieczysławowi dowód i odjechał, gratulując sobie w duchu świetnego postępowania. Jego samopoczucie prawdopodobnie by się pogorszyło, gdyby obejrzał się po chwili za siebie. Otóż Mieczysław ponownie ruszył przed siebie, w pełni ignorując czerwone światło i złożoną przed chwilą obietnicę. Nie niepokojony już przez nikogo przeszedł przez szeroką ulicę Władysława IV i skierował się w stronę Świętojańskiej. Wydawało się, że dojdzie spokojnie do pracy, ale nagle wdepnął w coś miękkiego. Obejrzał swojego buta – wynik oględzin był mało zaskakujący, acz bolesny: na gumowej podeszwie eleganckich czarnych butów widniała cuchnąca, obrzydliwa brązowa maź.
- Aaaaaaaa!!! – zakrzyknął ze wściekłością Mieczysław i w tym momencie zrozumiał nagle, kto odpowiada za ten poranek i całe jego nieciekawe życie. – Jak ja dorwę tego gnojka co pisze to opowiadanie... Co to jest za palant... Co ja mu zrobiłem... – wyrzucił z siebie kilka epitetów, po czym wyciągnął komórkę i zadzwonił. – Szefie, ja najmocniej przepraszam, ja dzisiaj się spóźnię do pracy. Kilka godzin. Muszę załatwić bardzo ważną sprawę. Potem opowiem... Odrobię w sobotę... Dobrze, w niedzielę... Nieee, nie chcę w wielkanocną... Dobrze. Dobrze, niech będzie wielkanocna.
Mieczysław schował telefon do kieszeni i ruszył szybkim krokiem w stronę przystanku.
2. Życie studenta socjologii nie należy do najcięższego rodzaju żyć. Niejednokrotnie zdarzają się w życiu takiego studenta dni, kiedy można po obudzeniu się pognić nieco w łóżku, spokojnie wstać, zjeść śniadanie, przejrzeć tabele pierwszej i czwartej ligi piłki nożnej (w tych bowiem ligach grają oba gdyńskie kluby), a potem zająć się szeroko pojętą realizacją siebie.
Realizacja siebie może przybrać różne formy, z reguły zawiera ona w sobie coś ze sztuki lub edukacji. Moim sztandarowym sposobem rozwijania własnej osobowości jest pisanie. Tak przynajmniej brzmi wersja oficjalna. Nieoficjalnie w wolnym czasie biegam po internecie i zdobywam tam tysiące niepotrzebnych informacji, puszczam muzykę ściągniętą z legalnych serwisów muzycznych (jak my wszyscy), no i cały czas się przekonuję, że dzisiaj to może już nie, ale od jutra to normalnie PISZĘ, PISZĘ ŻE HEJ, dziarsko i dzielnie, minimum 3 godziny dziennie.
Ku mojemu zdumieniu,…