Fantasy · 11 min czytania
Śpiący rycerz
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Śpiący Rycerz postukał końcem parasola w kamyk. Kamyk nie odezwał się, ale go ruszyło. Urażony zacisnął kamienne usta. Rzucił rycerzowi twarde spojrzenie. Nadęty blaszak - splunął i potoczył się do wyschniętej kałuży odświeżyć rozszalałe zmysły. Śpiącemu Rycerzowi coraz bardziej ciążyła zbroja. Rozgrzana słońcem drażniła rozległe parchy na udach i brzuchu Śpiącego Rycerza. Nie drapał się. Złożył śluby. Nie uczyni tego dopóty, dopóki nie zabije we śnie wściekłego głodu. Śpiący rycerz był zagadką. Jak każdy. Miał swe obowiązki i cele, które niczemu nie służyły. Tradycja rzecz święta. Gęste minuty wlokły się spiralami ku niebu. Cisza dzwoniła w uszach. Nieznośnie hałasowała i zagłuszała ciszę. Hałas doprowadzał Śpiącego Rycerza do szału. Oczywiście taki stan emocjonalny był mu obcy, ale tak się mówi. A mówić trzeba. Najgorzej to nic nie mówić, bo to jest oczywiście najlepsze. Śpiący Rycerz nie używał wielu słów, ponieważ miał wąskie usta i szerokie spojrzenie. Zwłaszcza we śnie spało mu się dobrze. W oddali falował upałem szary, sosnowy zagajnik. Młody lasek dyszał jak płachta filcu na dusznym strychu. Małym sosenkom napuchły pnie. To już popołudnie. Słońce nabrzmiało. Zrobiło się purpurowe i tylko siłą woli wisiało nad piaszczystą drogą. Śpiący Rycerz zasnął. Postukał w następny kamyk. 1576 z kolei. Stał na wzgórzu podparty parasolem i walczył za wiarę. Był z nim wierny koń. Koń też walczył z nudą. Śpiący koń żuł żwir nieopodal dołu z wapnem i słuchał radia. Śpiące Radio na baterie zjeździło już kawał świata i widziało wiele wojen. Śpiące Baterie były zupełnie wyczerpane. Śpiący Rycerz miał radio zawsze przy sobie, bo każda wojna ma swoją melodię. Tak mawiał, gdy zdarzyło mu się coś powiedzieć. Śpiące Radio było przemyślnie skonstruowane. Kryło w swoim wnętrzu nieprzeliczoną ilość szufladek, korytarzy, okien i studni. Śpiący Rycerz dość sprawnie poruszał się w piątym wymiarze, ale był leniwy. Korzystał tylko z trzech szufladek. W jednej trzymał dewocjonalia, w drugiej puste weki, a w trzeciej kolorowe pisma pornograficzne. W radiu słuchał tylko prognozy pogody. I tylko na kanale szesnastym. Na kanale szesnastym nadawano ją w wersji dla kleryków pogrążonych w śpiączce. Nawiasem mówiąc, prowadził z pięcioma z nich ożywioną korespondencję na temat erotycznej strony odleżyn. Ale nie tylko. Śpiący Koń częściej korzystał z radioodbiornika. W przepastnym wnętrzu radia znalazł papierową studnię bez dna. Krągłym zadem przysiadał na jej krawędzi w każdy czwartek o godzinie 17: 15, by wysłuchać na dwójce słuchowiska. Leciało w odcinkach i było kiepskie. „Gwiezdne błota” stawały się coraz bardziej szmirowate. Śpiący Koń czekał, kiedy dosięgną dna. Czekał, co czwartek z miarą krawiecką w kopytach. Czas mijał. Koń budził się coraz częściej i zaczął zauważać zmarszczki pod pachami. Szmira szmaciła się powoli. Ale przyzwyczajenie to obowiązek. Śpiący Koń spoglądał do wnętrza papierowej studni. Piaszczysty pejzaż upstrzony monotonią spoglądał na Śpiącego Rycerza. Śpiące Radio spoglądało na przelatującą ciężarną muchę. Śpiący Rycerz spoglądał na dół wypełniony wapnem. — Jeszcze coś się rusza — zamruczał z niechęcią. Przyjrzał się uważnie nieregularnej, białej bryle wypełniającej prawie cały wykop. Pod wapnem coś jakby drgnęło i po chwili donośne kichnięcie wzbiło chmurę białego pyłu. — Ale ładnie — Uśmiechnął się śpiący koń i odbiegł na odległość strzały. — Dringo Bell, dringo bell… — zanuciło ponuro śpiące radio i schowało się za końskie kopyto. Pył powoli opadał. Z wielkiej bryły wapna, lekko przyprószone bielą sterczały sine usta. Parę centymetrów na prawo węszył zielonkawy nos. Narządy mowy i węchu skrępowane były białym kablem telefonicznym. Tak dla pewności. Nos nieustannie węszył. Śpiący rycerz poczuł się nieswojo. Rozkaz Wielkiego Transformatora był wyraźny - zdusić ognisko zarazy do wielkiego piątku. Zagasić heretycką pożogę raz na zawsze. Śpiący Rycerz pracował sumiennie mimo chronicznej senności. Do środy włącznie, wszystkie heretyckie rozgłośnie zostały zlikwidowane za pomocą prostej, chrześcijańskiej perswazji. Heretyków wyłapano i wywieziono ciężarówkami na pustkowie. Na miejscu spalono wszystkich na popiół, po czym dla pewności rozstrzelano. Popioły i łuski wdeptali w ziemię tancerze z Jurnego Chodaka, zespołu folklorystycznego wynajętego z pobliskiej wsi. Wielki Transformator dbał, by pobożne dzieło dobrą zabawą pieczętować. Wyrównany, ubity teren kupił baron von Klotz. Uzbroił go pod zabudowę przemysłową i zapisał w spadku córce Żanecie. Żaneta von Klotz w przeciwieństwie do ojca miała mocną głowę i ciało lepkie jak rozgrzana kostka masła. Dzień w dzień, w blasku księżyca, oblepiona młodymi baronami prała firany i piła jak szewc. Jednym słowem - szalała z nudów. Pewnego poniedziałku Szalonej Żanecie - tak zaczęto ją nazywać, pękł kręgosłup. W poniedziałki tak jak i w inne dni zresztą, robiła pranie. Gdy jak zwykle prała firany przy studni znajdującej się na zamkowym dziedzińcu, od strony miasteczka nadjechał młody cudzoziemiec. Czarujący i wysmukły. Nietutejszy. Nietuzinkowy. Szykowny jak biskupi pastorał. Roztaczał zapach nudy, spermy i papierów wartościowych. Prawdziwy arystokrata. W dłoniach szczupłych i białych jak alabastrowe nagrobki trzymał…