Rodzina · 11 min czytania
"Spichlerz"
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Spichlerz
- Ty nędzniku, utracony, ostatnie Twoje kłaki wyrwę ci z tej łysiejącej głowy. Za moje padnięte kury! Konowale jeden – awanturował się przed barem niedopity pijak. Marek łypał małymi, okrągłymi oczkami, na zebranych. Na jego jasnej, pokrytej piegami twarzy, ukazała się duża, czerwona plama. Trząsł się i wymachiwał rękami. Wyglądało to bardzo komicznie. Całe zgromadzone towarzystwo maiło niezły ubaw. Pijak wrzeszczał jeszcze przed wejściem do baru, ledwo trzymając się na nogach. Po pewnym czasie zrezygnował, pogroził pięścią i oddalił się w stronę dworca, a Marek z nadal niewyraźną miną, wycofał się na zaplecze. Od pewnego czasu prowadziliśmy wspólnie bar. Jedzenia tam nikt nie widział, ale taniego beczkowego piwa to i owszem. Na ilość klientów nie mogliśmy narzekać. O ich „jakości”, że tak powiem lepiej nie wspomnę. Wystrój baru był raczej nędzny. Zakupiliśmy go od poprzednich użytkowników – firmy państwowej. Był to jeden z warunków, jakie musieliśmy spełnić, aby odzyskać lokal, będący naszą własnością. Całość składała się z dwudziestu podziurawionych, starych krzeseł, dziesięciu kwadratowych stolików i bufetu przeżartego przez korniki. Największym problemem dla nas było zdobycie dobrego barmana. Po kilku nieudanych próbach, Marek sam stanął za barem. Wytrzymał zaledwie tydzień. Miał dość epitetów pod swoim adresem w stylu: rudy, konował, padalec w kratkę. Nie wiem, dlaczego, ale mój wspólnik, uwielbiał garnitury w kratkę, wyglądał w nich naprawdę okropnie. Konowałem nazywano go, ponieważ z wykształcenia był weterynarzem. Zwierzęta na pewno kochał, ale coś nie miał do nich szczęścia. Zamiast im pomagać, często im szkodził. Po dość długich poszukiwaniach odpowiedniego pracownika, zatrudniliśmy młodą dziewczynę. Miała zaledwie 18 lat i okazało się, że był to strzał w dziesiątkę. Nosiła białe, przezroczyste, szyfonowe bluzki i spódniczki mini. Nogi miała zgrabne, a biust obfity. Rzuciła klientów na kolana. Nie było mowy o awanturach, czy nieporządku. Sami nawzajem siebie pilnowali. Potulnie odnosili brudne kufle do bufetu. Ubikacje też osobiście sprzątali. Dodam tutaj, że moja noga nigdy w niej nie postąpiła. Przejść obok mogłam jedynie, kiedy nabrałam w usta powietrza i nie oddychałam. W owym czasie mieliśmy największe utargi. Muszę przyznać, kasa zawsze się zgadzała. Markowi dziewczyna od razu wpadła w oko. Za wszelką cenę szukał sposobu, aby się z nią umówić. Kinge jednak Marek, jako mężczyzna w ogóle nie interesował. Zależało jej jednak na pracy i dla świętego spokoju pewnego dnia umówiła się. Przyszedł ubrany, jak zawsze w garnitur w kratkę, białą koszulę, krawat i płaszcz także w kratkę. Zapach od niego szedł omdlewający. Jak to mój mąż określił, zabijał owady w promieniu kilometra. Kiedy go Kinga zobaczyła, no i poczuła nogi się pod nią ugięły. Później mi powiedziała: - Proszę Pani, ja naprawdę nie mogłam zrobić sobie takiego wstydu, aby się z nim pokazać. Wiedziałam, że po tym zajściu długo już u nas nie popracuje. Szkoda mi było dziewczyny, ale myślę, że to miejsce nie było dla niej. Po Kindze, za barem stanął Wiesiu. Miły i na pozór spokojny 25 letni młodzieniec. Jak można się domyśleć, zaczęły się awantury, a utargi nam spadły. Wiesiu miał pewną chorobę, o której nie wiedzieliśmy. Tak jak na wielu ludzi, tak i na niego, Marek działał jak płachta na byka. Któregoś dnia, późnym popołudniem Marek zjawił się w barze i nakrzyczał na biednego chłopaka, z błahego powodu. Po awanturze, jaką zrobił, jak gdyby nic, odebrał dzwoniący telefon i zaczął rozmowę. Dla Wiesia było to zbyt wiele. Jego twarz nabrała barwy purpury, a oczy zaszły mgłą, zaczął drgać na całym ciele. Na słaniających się nogach, dotarł do Marka. Z dużą siłą zacisnął mu ręce na szyi i krzyknął: - Zaraz się zacznie! Wspólnik oniemiał. Rzucił słuchawkę i próbował uwolnić się z rąk napastnika. Udało mu się to po kilku minutach. Jak się później okazało, Wiesiu chorował na padaczkę. Każda stresująca sytuacja, mogła być dla niego początkiem ataku. Od tego zdarzenia Marek obchodził się z barmanem bardzo delikatnie. Ale kiedy po pewnym czasie jadąc z Wiesiem samochodem, poczuł nagle mocne ręce barmana wyrywające mu kierownicę, oraz usłyszał: - Zaczyna się! Nie wytrzymał. Jeszcze tego samego dnia zostaliśmy bez pracownika. Kilka razy odwiedziła nas matka Marka. Mówiłam do niej „ciocia”, ale tak naprawdę, była moją kuzynką. Przechodząc przez salę, zabierała kufle, a siedzący przy stolikach, klepali ją po pośladkach. Dość komicznie to wyglądało, bo miała już przeszło 60 lat. Po dwóch latach interes się skończył. Przybyło barów, jak grzybów po deszczu. Musieliśmy szukać dodatkowych źródeł dochodu. Iza, kuzynka męża prowadziła w tym czasie sklep z odzieżą używaną, który jej dobrze prosperował. A, że mieliśmy jeszcze pomieszczenie obok baru, postanowiliśmy też tego spróbować. Ciuchy były naprawdę ładne. Może, dlatego, że bezpośrednio kupowaliśmy je z Niemiec. W sklepie królowała pani Ola, która dostała tą pracę dzięki protekcji znajomej. Później okazało się, że nie do końca była uczciwa. Klientów mieliśmy sporo. Był czas, że wyrywali sobie nawzajem upatrzone…