Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Romans · 9 min czytania

Spichrzowy stół

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Niebyt obleczony lśniącą nicią, zachłannie pochłaniającą rozpaczliwe gesty rozpaczy. Z każdą godziną wydawał się być coraz bliżej. Nieubłagany jeździec, dla, którego cisza była wybawieniem, stawał się ostoją, którą nigdy nie powinien być. W sierpniu mijały już cztery lata, od izolacji, wyobcowania się z zatrutego społeczeństwa pochłaniającego materializm, niczym gąbka chłonąca wodę. Dzień, za dniem przynosił nowe doznania, często bolesne, ale i kojące, choć to chyba nie jest odpowiednie słowo. Często stojąc przed oknem w kuchni, lekko zasłonięty białą firaną we wzory, obserwowałem jej uśmiech. Bawiła się i cieszyła niczym duże dziecko, szczęśliwe dziecko. Koncepcja uniesienia radości, którą wtedy wyznawałem, różniła się od jej poglądu, na rzeczy, które były po prostu zwykłe. Zbierała kwiaty, układała je, przyglądała się ptakom śpiewającym na drzewie. Polana, na której znajdowała spokój, wydawała się stawać piękniejszą w jej obecności. Białe, puchowe chmury krążyły nad jej głową, którą zdobił słomiany kapelusz. Cud, istny cud, który nie mógłby zostać stworzony ludzką ręką. Wszystko było cudownie. Do czasu, gdy przychodziła jej opiekunka i zabierała ją ze sobą, trzymając ją delikatnie za rękę i prowadząc w kierunku domu. Miałem wrażenie, że wszystko znowu stawało się takie zwyczajne, usypiało czekając na powrotne przyjście boskiego anioła, którego skrzydła rozpromieniały okolicę. Tego ranka, miałem mnóstwo pracy. Całe podwórze zasypane było drzewem, które szykowałem na zimę. Trochę mi zajęło za nim wszystko dokładnie posegregowałem i poukładałem. Wiatr lekko oplatał moje ciało, łaskocząc delikatnie zaczerwienioną skórę. Szum, wspaniale współgrał z akompaniamentem ptaków, który był czasami przerywany ujadaniem mojego, psa, który plątał mi się pod nogami. Rękawiczki zdarły mi się tak niespodziewanie, że zdałem sobie z tego sprawę, gdy z prawej ręki poleciała mi stróżka krwi. Przypomniało mi się, że muszę dzisiaj odebrać z miasta badania, które wykonywała moja schorowana mama, więc przy okazji, kupię sobie nowe rękawiczki, bo z tych żadnego pożytku już nie będę miał. Połowa pracy była już za mną. Wróciłem do domu na lekki posiłek, nic niezwykłego, był to tylko krupnik, ale mi w zupełności wystarczał. Tak jak pomyślałem to i uczyniłem. Po południu byłem w mieście. Niespodziewanie dość szybko uporałem się, ze wszystkim rzeczami, które przed przyjazdem sobie założyłem. Idąc ulicą przez szybę na wystawie dostrzegłem mojego dobrego przyjaciela. Stał i coś oglądał. Wszedłem do sklepu. Na pierwszy rzut, oka chyba mnie nie poznał, co z resztą mnie zaskoczyło. -Nie poznajesz już starych znajomych? –Zapytałem. Odwrócił twarz w moją stronę. Na jego twarzy pojawił się uśmiech. -No patrz. Nie poznałem cię. Co tam u ciebie? -To, co zawsze, praca, i praca. -No tak, mogłem się domyślić. Wiesz, co możemy skoczyć tutaj do baru, jak masz czas… -Pewnie, że mam, tylko, że nie piję. Tą odpowiedzią zaskoczyłem go. Spojrzał na mnie jak na kretyna. Przez chwilę milczał. -No to napijesz się soku pomarańczowego. -Z miłą chęcią. To dość dziwne i osobliwe. Spotykając starego przyjaciela, po latach ileż ma się do powiedzenia. Rozmawialiśmy bardzo długo, o różnych rzeczach. Było ich całe multum. Sączył piwo, niczym największy swój skarb, zauważyłem, że ręce mu się trzęsą. Nie mam pojęcia, czego mogło to być skutkiem, choć w głębi duszy nie trudno się domyślić. Temat powoli schodził w tym kierunku, którego pragnąłem ominąć z całej siły. Stało się. Zadał mi to pytanie. -Widujesz ją? Milczałem, wpatrując się osłupiałym wzrokiem w słomkę zanurzoną w soku. -Tak. Czasami. -Powinieneś, dać sobie z nią spokój. Na pierwszy rzut oka widać, że z nią jest coś nie tak. Po co masz się paprać. Skończ to. -Łatwo powiedzieć. Ona jest, ona po prostu, nie umiem, tego określić. To coś więcej. -Wiesz, osoby jej pokroju, powinny, być izolowane od zdrowego otoczenia. -Przestań…, trochę przesadzasz. -Trochę. Popatrz na nią. –Złapał mnie za głowę i zwrócił w kierunku okna, które wychodziło na ulicę. Szła z opiekunką trzymającą ją za rękę. Wyglądała tak niewinnie, że serce

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Spichrzowy stół — czytnik · opowiadania