Fantastyka · 31 min czytania
SPODENKI GIMNASTYCZNE
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
Dziadek Pierdziadek
SPODENKI GIMNASTYCZNE
CZYLI
SHORT'Y PO POLSKU
Piotrowi G., bez którego by to nie powstało.
COPYRIGHT: Eric Lime ® Powielanie i wykorzystywanie we fragmentach lub części tylko za zgodą autora
N A U C Z Y C I E L
Część 22 / 3
Nienawidziliśmy go wszyscy. Kiedy przechodził korytarzem szkolnym, kiedy nas mijał, kiedy kłanialiśmy się, a on bez słowa kładł rękę na klamce i wchodził do pokoju nauczycielskiego, wszyscy, ale to wszyscy z nas czuliśmy na języku posmak ołowiu. No, oczywiście to nie znaczy, że wsuwamy ołów codziennie, na śniadanie, obiad, kolację... Ale wiedzieliśmy: tak smakuje ołów i już. Facet był niezbyt wysoki, ale w jego postawie wyczuwało się jakąś dziwną siłę. Gocha mówiła, że coś z niego emanuje (też nie wiem co to znaczy, ale muszę sprawdzić kiedyś w słowniku). Każdy nauczyciel miał jakieś przezwisko: bioli uczyła nas Planulla, gegry Aparat, a majzy Cosinus Alfa Centauri. Naszego "drogiego" pana od astronomii jakoś nikt nie przezywał, wystarczyło złowróżbne ON. Nawet Jolka, która miała cholernego farta i wszyscy nauczyciele jedli jej z rączki, kiedy rozmowa zeszła na astronomię - bladła, głos jej drżał, ręce pociły i w ogóle. Mówię:kiedy rozmowa zeszła na astronomię... Gówno prawda. Nigdy o NIM nie rozmawialiśmy. Był to temat tabu. Koniec, szlus, nie ma sprawy. Tyle, że cały weekend z głowy, bo w poniedziałek ON. Ubrany był nienagannie, według kryteriów zgredów: garniturek, krawacik, złoty rollex na przegubie, szał pał... No i te okulary. Chyba to było najbardziej... wkurzające? straszne? przerażające? upiorne? dzikie? (Potrzebne dodać.) Okulary z metalizowanymi szkłami, przez które nie było widać oczu. To było najgorsze! Nigdy nie wiedziałeś, kiedy na ciebie patrzy, a patrzył chyba cały czas, a wszystkich, widział wszystko, znał każdy nasz oddech, drgnienie palca, skurcz serca. Nie, żeby był złym nauczycielem... Kiedy opowiadał o dalekich galaktykach, ekliptykach i innych takich, czuliśmy, że podróżujemy przez nieskończone parseki kosmosu, że jesteśmy cząstką wszechświata. Opowiadać to on umiał. A jednak czuliśmy, że to co mówi jest w jakiś sposób pełne pogardy dla nas, że my, małe człowieczki z planety Ziemia nie dorastamy MU, naszemu WIELKIEMU MISTRZOWI do pięt, że gdyby chciał... I jeszcze te okulary. Każdy nauczyciel, nawet ten najgorszy posiada emocje, które można dostrzec w jego oczach: nienawiść do uczniów, strach, pogardę, dobroć, wesołość... Nie ON. Metalizowane szkła - to wszystko.. W JEGO okularach byłeś jedynie ty, twój strach i twoja nienawiść. Rodzice opowiadali mi, jakim wielkim przeżyciem było dla nich zaćmienie słońca. Cała celebra, kopcenie nad świeczką szybek szklanych, wypatrywanie, czy to już... szczerbek słońca czarnieje... połowa... robi się coraz ciemniej... chłodniej... gwiazdy... I tego właśnie dnia miałem przeżyć swoje własne zaćmienie. W szkole. Nauczyciele byli tym strasznie podnieceni, jakby było czym. Kiedy wyszliśmy na dziedziniec, nikt z nas nie myślał, że zobaczy coś wyjątkowego. To znaczy, jeszcze nie tak... JEGO obecność sprowadzała nas na twardy, asfaltowy grunt szkolnego boiska. Patrzyliśmy w niebo, lecz czuliśmy że ON patrzy na nas zza tych cholernych lusterek, że chłonie te nasze uczucia jak wampir. Posłusznie gapiliśmy się w niebo, starając się nie patrzeć w jego stronę. Tarcza słoneczna zakryta przez cień księżyca. I wtedy przypadkiem spojrzałem na NIEGO. Stał oparty o pień kasztana, blady, usta nerwowo przygryzione, okulary w ręku... Tak, okulary w ręku!!! I te oczy! Metalizowane gałki oczne, za którymi nie było nic...
Z E M S T A
Jak ja nienawidziłem tego faceta. I jego parszywego kundla. Co rano szczał mi na trawnik przed domem - to znaczy kundel, nie ten facet. A mówiłem mu wielokrotnie - to znaczy temu facetowi - ze kiedyś tego pożałuje. Był piękny dzień, w sam raz na grzyby. Las pachniał wilgocią, ciepłem, słońcem. Miałem już dobre pół kosza grzybów, gdy wprost przed sobą ujrzałem małą polankę. Tu muszą być prawdziwki! Rozchyliłem delikatnie gałęzie krzewu leszczyny, rosnącego pośrodku polanki i wtedy ujrzałem ją... Leżała na grzbiecie, bezradnie machając nogami. Policzyłem się i wtedy zrozumiałem z całą jaskrawością: tak, to będzie to... Uniosłem ją ostrożnie, małą, przerażoną, delikatną. W zatłoczonym autobusie była bezpieczna, bo przezornie wszystkie grzyby wywaliłem do rowu, a w koszu wymościłem jej z liści przytulne gniazdko. Wniosłem ją do domu i z czułością wyjąłem z kosza na stół. Jakże małą się wydawała... Do jak wielkich celów stworzoną... Rosła i dojrzewała wolno. Gdy uznałem, że jest dostatecznie silna, opowiedziałem jej wszystko. A potem wyjaśniłem, czego od niej oczekuję. Poczułem, że drży. Mój wróg stał się i jej wrogiem. Wstałem o czwartej rano i wyniosłem na trawnik przed domkiem. Ruszyła mała, niewidoczna, krwiożercza, zabójcza. Teraz wystarczyło poczekać. Siedziałem tyłem do okna by nie patrzeć na to, co nieuchronne. Wiecie - w zasadzie kocham wszelkie żyjątka, i gdyby nie ten facet... Nie mogłem patrzeć na to, co się stanie. Gdy usłyszałem skowyt psa, zatkałem uszy i zacisnąłem z całych sił powieki. Przed oczyma pływały mi płatki krwawego śniegu. Krzyków tego faceta nie słyszałem.
Policjant, który mnie przesłuchiwał wyglądał na wstrząśniętego. Nie był to jego pierwszy nieboszczyk w życiu, ale czegoś takiego nigdy nie oglądał. Nie chciałem słyszeć szczegółów. I tak mi je podał. -Nie, proszę pana, - odpowiedziałem na jego pytanie. - spałem mocno, bo wziąłem tabletki nasenne, a do uszu wsadziłem "stopery". Nikogo ani niczego nie widziałem, ani nie słyszałem. I nie mam pojęcia, kto mógłby coś takiego... Karetka zabrała potwornie zmasakrowane zwłoki psa i jego właściciela. Gdy wszystko ucichło, policja odjechała, żądni taniej sensacji gapie rozeszli się do domów, wyszedłem przed dom, na trawnik, lecz choć wołałem, prosiłem, obejrzałem niemalże każde źdźbło trawy, nie dane mi było ujrzeć nigdy więcej mojego sojusznika. No i co jeszcze? Tydzień temu wprowadziła się do tego pustego domu jakaś wstrętna baba z pekińczykiem. Trudno. Znów muszę pójść do lasu i przynieść następną mrówkę.
B E R E K
Jak to zwykle bywa, przez zwykły przypadek znalazłem się w małym miasteczku S. gdzieś na południu Polski. Mógłbym wam opowiedzieć, skąd się tam znalazłem, ale to nie ma najmniejszego znaczenia. Załatwiłem sprawę w urzędzie, zamieniłem parę słów z urzędnikiem *** i wyszedłem z budynku. Było skwarnie, uliczki miasteczka prawie opustoszały. Ściany parterowych i piętrowych domków, na biało malowane, odbijały promienie słoneczne, a kostka brukowa parzyła w stopy nawet przez podeszwy butów. Przysiadłem w małym ogródku piwiarni i zamówiłem u kelnerki jedno duuuże jasne. Siedziałem, małymi łykami sącząc chłodny napój w kolorze starego złota zwieńczony koroną piany, delektując się jego chłodem i goryczką, gdy nagle na stolik padł cień. Uniosłem leniwie wzrok i ujrzałem młodego, drobnego rudzielca, który przyglądał mi się uważnie. - 'Przepraszam, że przeszkadzam,' - rzekł nieśmiało, - ' ale pan jest chyba Arnold Shwarzenegger, ten aktor znaczy się.' Spojrzałem na niego, zsuwając na nos okulary, jak na skończonego idiotę. Młodzieniec popatrzył na mnie jeszcze przez chwilę, a następnie oddalił się ode mnie - jakby z radością? ulgą? No cóż, małe miasteczka muszą mieć swoich wariatów, nie? Kelnerka, w sumie nieciekawe młode dziewczę, przyniosła mi kolejne piwo, tym razem przypatrując mi się z wyraźnym zainteresowaniem. - 'Przepraszam,' - powiedziała, - 'ale pan jest chyba ten..., no... Terminator.' - 'Ależ naturalnie, moje dziecko!' - roześmiałem się. Typowy kulturysta z obwisłym brzuchem i łysiną, kurczę pieczone. - 'Wiedziałam, wiedziałam!' - ucieszyła się wyraźnie panienka. - 'To na koszt firmy.' - rzuciła szybko, widząc, że sięgam po pieniądze. Dopiłem i wstałem od stolika. Wyszedłem na rozpaloną w słońcu ulicę, na której bawiło się dwóch małych chłopaków. Na mój widok znieruchomieli, rozdziawili buzie i jęknęli z zachwytu. Spojrzałem na swoje odbicie w szybie wystawowej: ten sam stary, poczciwy ja. Wydatny bebech, przygarbione plecy, nos jak łopata, gruba szyja, trzy podbródki. Typowy Arnie, nie ma co. I wtedy z bramy wyszła ta dziewczyna: Boże, co za sztuka - i tak wam jej nie opiszę, bo nie uwierzylibyście. Po prostu takich ideałów nie ma na ziemi, a z raju zostaliśmy wygnani dość dawno temu. Na mój widok stanęła jak wryta, jej błękitne oczy powiększyły się do rozmiaru olbrzymich spodków, a z jej rozchylonych, zmysłowych ust wydobył się szept, o którym nawet w tej chwili nie potrafię myśleć bez tego specyficznego dreszczu: - 'O rany. To niemożliwe. Przecież pan jest... Arnold... O rany!' - sięgnęła do torebki i wyjęła mały notesik. - 'Czy mogę prosić o autograf?' A ja zrobiłem najidiotyczniejszą rzecz, jaką mogłem popełnić: odwróciłem się i pobiegłem w żar ulicy. Chciałem zgłuszyć jej zmysłowy głos, który wołał: 'Proszę pana... Niech pan poczeka... Ja tylko autograf...' Zziajany wpadłem na rynek. W kawiarence, przy jednym ze stolików siedział niski, chudy, szczerbaty brunet mieszając z udręką kawę, podaną naturalnie w szklance. Spojrzałem na niego nie bez satysfakcji. Poczym podszedłem do niego, tak że mój cień przysłonił go na chwilę. A gdy spojrzał w górę, spytałem: - 'Przepraszam, że przeszkadzam, ale pan jest chyba Arnold Shwarzenegger? Ten aktor...' Spojrzał na mnie, opuszczając niżej słoneczne okulary, jak na idiotę. Popatrzyłem na niego jeszcze przez chwilę, a następnie oddaliłem się lekko i radośnie. Teraz to już jego zmartwienie...
Część 33 / 3
S S A N I E
Obudziła się w ostatnich promieniach zachodzącego słońca. Las wokół zamczyska odbijał się ciemną plamą na tle jeszcze jasnego nieba. Głód. Na myśl o łyku świeżej ludzkiej krwi poczuła, jak jej ciało przeszywa spazm rozkoszy. I bólu. Głód! Słyszała opowieści o swych siostrzycach, które próbowały pokosztować ludzkiej krwi o świcie i zginęły w pierwszych promieniach słońca. Inne rozpościerały swe skrzydła w dzień w locie śmierci. I nie wróciły nigdy. Na myśl o zapachu czosnku przebiegł ją dreszcz obrzydzenia - no cóż, nie był to jej ulubiony przysmak, ale była to jej osobista animozja. Inne z grona nie mogły się nachwalić, jak wspaniale smakuje krew wzbogacona o tę przyprawę. Cóż, są gusta i guściki... Głód!! W desperacji próbowała wielokrotnie krwi psa, kozy, owcy - starczała, by zapchać kałdun, lecz było to za mało, by znaleźć tę unikatową energię, tę siłę życia. Czyżby jednak chodziło o duszę? Przypomniała sobie zasłyszane kiedyś słowa "Jesteście stworzeni na obraz i podobieństwo Boże." I właśnie tej krwi, z całym tym Bożym pierwiastkiem, łaknęła. Ta krew właśnie była jej potrzebna by przetrwać, by móc się dalej pomnażać. Głód!!! Znad jeziora wznosił się opar mgły niosąc z sobą znajomy zpach ogniska... znak człowieka... znak uczty. Czuła już teraz wyraźnie zapach ludzkiego potu. Jest! A więc wreszcie się nasyci, świeże tętniące życiem krwinki wypełnią jej zwiewne, i w chwili obecnej jakże dziwnie przejrzyste ciało. GŁÓD!!! Runęła w gęstniejący mrok, szybując prędzej i prędzej w stronę swojej ofiary. Bliżej, bliżej, bliżej! GŁÓD !!! Wpiła się w życiodajną strugę ciepła, nie widząc nadchodzącej ku niej z prędkością burzy ciemności. Ostatnim słowem, jakie usłyszała w chwili śmierci, było: "Boże, ile w tym roku komarów!"
P R Z E M O C
Przebywałem tu od nie wiem jak dawna. Ciemna wilgotność otaczjąca mnie zewsząd dawała poczucie bezpieczeństwa. Na zewnątrz czaiło się wszystko, czego pragnąłbym uniknąć za wszelką cenę, lecz zdawałem sobie sprawę z tego, że schronienie, w którym przebywam, jest tymczasowe i w końcu będę musiał stawić czoła całemu nieprzyjaznemu mi światu. Czułem się osaczony, okręcony pępowiną przeznaczenia, z którym nie potrafiłem dalej walczyć. Wyjście na zewnątrz oznaczało podjęcie walki o przetrwanie, o jedzenie, o byt. W ciasnych ścianach mojego azylu nie musiałem przynajmniej o te rzeczy zabiegać - były mi w jakiś dziwny sposób dane na wieczne użytkowanie, dawały poczucie bezpieczeństwa, chroniły od wstrząsów. Takie było moje życie. Całe. Od momentu, w którym nastąpił błysk, i zalazłem się tutaj. Nie wiedziałem, co czeka mnie tam, po za ścianami mojego schronu i bałem się tego panicznie. Ale nie miałem wyboru. Od pewnego czasu robiło się tu jakby ciaśniej, zaczynało mi brakować świeżego powietrza, a i jedzenia było jakby mniej. I wtedy podjąłem decyzję. Muszę wydostać się tam, na zewnątrz i niech się dzieje, co chce. Czułem, jak ściany wokół mnie kurczą się, osaczją, jak ciemność staje się nie do zniesienia. Świat, w jakim dane mi było wzrastać, kończył się dla mnie nieodwołalnie. Zewnętrzny był mi nieznany, odmienny od mojego kosmosu, ale musiałem się z tąd wydostać. Za cenę ocalenia mojej ludzkiej godności. Za cenę przeżycia. Zacząłem przeć do przodu, powoli, z bólem torując sobie drogę.. Czekali na mnie. Najpierw oślepiła mnie jasność, tak jasna jak ta, która rzuciła mnie w to miejsce , lecz nieporównanie ostrzejsza. Owionął mnie powiew zimnego powietrza, zamknąłem oczy, znieruchomiałem. Nie mogłem spojrzeć w twarz tych, którzy stali u wylotu, z twarzami zakrytymi maskami, z oczami pełnymi determinacji. Wstrzymałem oddech. Udawać martwego, jak długo się da. Może zostawią mnie w spokoju. Może dadzą się nabrać. I wtedy ten wysoki wymierzył mi cios, a ja mimowolnie zacząłem krzyczeć. A wtedy on unióśł mie w górę, jakbym był piórkiem, potrząsnął i wykrzyknął: -Pani Kowalska! Ma pani syna! Chyba coś około pięciu kilo! Pani Kowalska, czy pani mnie rozumie?
O Ś L I M A C Z K U
SS-nail pełznął wolno wśród szumiącej wiejskiej trawy. SS-nail była to oczywiście ziemska transkrypcja języka z planety, której nie potrafiły dostrzec nawet najsilniejsze ziemskie teleskopy, więc i SS-nail nie mógł się dowiedzieć, jak po ziemsku brzmi jej nazwa. Gdyby, oczywiście, miał kogo spytać. SS-nail był przedstawicielem jedynej wysokorozwiniętej (oraz rozumnej) rasy wśród istot zamieszkujących planetę i za pomocą sprzętu, którego nie sposób w naszych terminach opisać, odebrał sygnały z planety trzeciej w kolejności z dziewięciu krążących wokół gwiazdki małego zresztą kalibru, wysłał coś, co można by określić mianem sondy i wkrótce - po jakiś trzydziestu latach (według czasu ziemskiego) - wyruszył na swą wielką pielgrzymkę. Statek kosmiczny SS-nail'a był powieleniem kształtu jego własnej muszli, ale był - naturalnie - znacznie większy. Ot tak z dziesięć razy: mierzył około 35 ziemskich centymetrów. Jak już się domyślacie, SS-nail był ślimakiem. Inteligentnym - ale ślimakiem. Miał delikatne, różowo-żółte ciałko, zieloną muszlę w seledynowo-pomarańczowe kropeczki i był po prostu śliczny (nie zapominajmy o inteligencji!). Statek wyhamował w ziemskiej atmosferze - mniejsza o szczegóły techniczne, nasza cywilizacja jeszcze do takich rzeczy nie dojrzała - i wylądował miękko na małej, leśnej polanie. SS-nail wolno, wolniutko wyślimaczył się ze swojego statku i teraz pełznął wolno wśród szumiących traw. Oczywiście, popełnił błąd typowy dla większości istot rozumnych: poszukiwał inteligencji wśród podobnych fizycznie do siebie. Człowiek zawsze sądził, że istoty rozumne muszą być człekokształtne, aczkolwiek - być może - o innej pigmentacji ciała (