Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Kryminał · 10 min czytania

Spójrz mi w oczy, Danusiu

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Bezimienny wyjrzał przez dużą bramę prowadzącą na obszerne podwórko. Rozglądnął się powoli na lewo, na prawo, gdyż ból w szyi nie pozwalał na szybsze ruchy. Na szczęście nie dostrzegł nikogo, więc z powodzeniem ruszył w kierunku kontenerów na śmieci. Nie miał dobrych wspomnień z tego podwórza. Zawsze ktoś go przeganiał, drwił, dzieciaki z pobliskiej szkoły na Worcella śmiały się i wyzywały od żebraków, kiedyś nawet ktoś rzucił w niego pustą butelką po piwie. Wiedział, że taka jego dola, a niestety starość coraz bardziej dawała się we znaki. Dotarł jednak do kilku śmietników błyszczących się od padającego deszczu i w poszukiwaniu „czegoś” zagłębił w jeden z nich. Było po czwartej rano, przyszedł tak wcześnie gdyż nie chciał, żeby widzieli go ludzie wyjeżdżający do pracy. Deszcz siąpił niemiłosiernie już od kilku tygodni, ale bezimienny nic sobie z tego nie robił. W trakcie grzebania zdezelowanym kijem od mopa w jednym ze śmietników nagle trafił na jakiś kształt nieprzypominający zwykłych odpadków. Gwóźdź zamocowany na końcu zużytej już lagi owiniętej przy uchwycie zżółkniałym plastrem trafił na mięsisty worek i z lekkością zagłębił się w jego masie. Bezimienny zapalił latarkę – „czółko”, które z reguły nosił na głowie i pełen obaw zajrzał do środka. Poczuł mrowienie na plecach z racji tego, że już kiedyś natknął się na trupa. Taka myśl jako jedyna przyszła mu na myśl, gdy wyciągał umorusany w czerwonej mazi trzonek swojej laski niedoli. Uchylił bardziej wieko kontenera i z ulgą stwierdził, że to jednak nie człowiek. Poruszał jeszcze kijem skłębiony kształt, a następnie spojrzał na niego dokładniej. Coś jednak nie pasowało. Zorientował się w końcu, że to zwłoki psa, ale coś w nich było nienaturalnego, wręcz zadziwiającego. Widział już niejedne psie zwłoki, te wydały mu się jednak inne. Jakoś dziwnie patrzyły na niego wybałuszone oczy martwego zwierzęcia...

– Gdzie to jest do cholery? – komisarz Matelski niecierpliwił się w swoim służbowym samochodzie. Już od dziesięciu minut krążył po jednokierunkowych ulicach w poszukiwaniu wjazdu na jedno z podwórek przy skrzyżowaniu Komuny Paryskiej i Krasińskiego. Musiał zrobić trzy kółka, zanim zajechał od dobrej strony, gdyż posterunkowy Mackiewicz nie mógł dojść do ładu z przyporządkowaniem podwórka odpowiedniej ulicy. W końcu się udało i zaparkował auto pod garażami na całkiem sporym podwórzu. Od razu podbiegł do niego jeden z dwóch funkcjonariuszy wskazując jednocześnie kontener i stojącego przy nich kloszarda. –Cześć – Matelski rzucił służbowo wysiadając z samochodu. – Jak to znaleźliście? Wiedział czego się spodziewać. Przeklął tylko w duchu i pomyślał, że to się nigdy nie skończy. Posterunkowy Mackiewicz raportował: – Lump zaalarmował dostawcę pieczywa. Ten zadzwonił na centralę i odjechał, a nas skierowali w to miejsce. Tego – wskazał na zmokniętego bezimiennego – zgarnęliśmy w okolicy Hercena i tyle. Matelski podrapał solidnie zapuszczony brzuch i zajrzał do wskazanego śmietnika. Podobnie jak bezimienny widział już wiele psich zwłok, ale te nie były zupełnie normalne, cokolwiek to określenie miałoby oznaczać. – Zabezpieczcie teren i dzwońcie po techników, tylko nie róbcie zamieszania, żeby nie ściągać niczyjej uwagi, przecież nie mamy tu, hmm, ludzkiego trupa – wydał szybkie polecenie do zmokniętych funkcjonariuszy i udał się na rozmowę z bezimiennym. Wyciągnął z niej niewiele wniosków poza faktem, że ten znalazł martwego psa w śmietniku i coś nie dawało mu spokoju. Matelski doskonale wiedział co. To był już czwarty przypadek w tym miesiącu i dlatego właśnie jego skierowano w to miejsce. Deszcz nie odpuszczał od kilkunastu dni. Potężne strumienie wody leciały wprost na trzech policjantów i przemoczonego kloszarda wpatrujących się w jeden z kontenerów na podwórzu przy ulicy Krasińskiego. Dla Matelskiego w tym momencie Wrocław przestawał być miastem spotkań.

Czuję silny ból wewnątrz. Czuję nienawiść do siebie. Wiara nakazuje mi trwać w postanowieniu, ale nie mogę się powstrzymać. Nie mogę się wyłamać. Ile ich było Danusiu? Nie wiem. Nie pamiętam. Ogarnęłaś moje wnętrze, Danusiu, zabrałaś mi człowieczeństwo. Sprawiłaś, że przestałem być człowiekiem albo przynajmniej zapomniałem, jak to jest nim być. Sprowadziłaś mnie do psiego poziomu. Skomlałem pod twoimi drzwiami jak pies, którego coś boli w chorej głowie i wyje godzinami, ale nie rozumie, o co chodzi, Danusiu. A pamiętasz jak cię zgarnąłem spod drzwi tego…, tego…, ach!!! Spałaś tak smacznie na wycieraczce przed drzwiami tego bezbożnika, nawet nie wpuścił cię do środka. Złota ty moja. Poczekaj, poczekaj, pogłaszczę cię tylko po tych złocistych włoskach. Wiem, że w twej krwi płynęła żołądkowa gorzka, wiem, ale…, nie wyrywaj się, spokojnie…

Komisarz Matelski nie liczył już wypalonych papierosów. Siedział od godziny przy biurku w swoim niewielki gabinecie i zachodził w głowę, o co w tym wszystkim chodzi. Miał wiele dziwnych spraw w

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Spójrz mi w oczy, Danusiu — czytnik · opowiadania