Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 16 min czytania

Spojrzeć w blask - CZĘŚĆ I

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Ta historia zaczyna się tam, gdzie większość innych kończy. W miejscu, w którym powinny zatriumfować – i triumfują, a jakże – dobro i sprawiedliwość. Czarny charakter ląduje w więzieniu lub ginie, bohater zwycięża – bo przecież tak powinno być. Zanim jednak przejdziemy dalej, drogi czytelniku, cofnijmy się nieco w czasie. O parę miesięcy. Do lutego, kiedy w niewyróżniającym się niskim bloku zamieszkał niewyróżniający się mężczyzna. Miał – na oko – jakieś trzydzieści, trzydzieści pięć lat. Włosy zaczesywał na bok w rozpaczliwej próbie zamaskowania potężnych zakoli. Wydawało się, że miał lekką nadwagę – ciężko powiedzieć, nosił dość luźne ubrania. Umiłowanie do niezdrowego jedzenia zdradzały pulchne policzki, ale przecież mogło to być kwestią jakiejś choroby. Był dobrze wychowany, fakt. Zawsze mówił dzień dobry, przytrzymywał drzwi windy, przy okazji świąt składał życzenia tym, których spotkał. Najprawdopodobniej pracował w domu, rzadko opuszczał mieszkanie, a jeśli już to wychodził późnym popołudniem i wracał w nocy. Mógł być złotą rączką. Z zapałem wziął się do remontowania piwnicy – przypadała jedna na każde mieszkanie – i wykończył ją w niecały tydzień. Sąsiadce pomógł z cieknącym kranem, zupełnie za darmo. Oczywiście, nie był idealny – ale kto jest? Bywały dni, gdy wydawało się, że zza jego drzwi dobiegają jakieś wołania, jakieś krzyki. To pewnie telewizja. Raz coś straszliwie zaczęło cuchnąć – bardzo wszystkich przepraszał, ale formalina już tak ma, a on konserwuje w niej różne okazy. Przecież nikt normalny nie będzie denerwował się na człowieka za – najczęściej zupełnie nieszkodliwe – zwykłe hobby. W ogólnym rozrachunku był miłym człowiekiem i niemal perfekcyjnym sąsiadem. Tak przynajmniej mówiono o Zbieraczu.

Interesował się medycyną, choć nie był lekarzem – raczej samoukiem, niemal genialnym. Niemal, bo w końcu dał się złapać – chociaż to oczywiście nie ma nic wspólnego z jego umiejętnościami chirurgicznymi. Te były najwyższego sortu. Skalpel rzadko drżał mu w ręce, gdy wykonywał pewne, gładkie cięcia. Palce poruszały się szybko, z prawdziwą gracją. Wysiłek i skupienie perliły się pojedynczymi kroplami potu na czole. Emocjom dawał upust dopiero, gdy okaz znalazł się już w słoju. Ustawiał je od najmniejszego do największego, podobne widowni podziwiającej mistrza. Mistrza w amoku, patroszącego zwłoki, rozrywającego skórę i mięśnie, czasem – jeśli naprawdę dał się ponieść – kosztującego mięso zębami. Resztki wsadzał do czarnych worków – zazwyczaj wystarczyły mu trzy, w skrajnych przypadkach cztery. Następnie ruszał swoim niewyróżniającym się autem poza miasto, z upiornym ładunkiem przewracającym się w skrytce zamontowanej na dnie bagażnika.

Był bardzo ostrożny, przesadnie dbał o zabezpieczenia. Tyle, że ta dbałość właśnie przyczyniła się do jego klęski. Pewien mężczyzna zaczął zastanawiać się cóż takiego może kryć się za jedynymi oknami niewyróżniającego się bloku, które blokowały antywłamaniowe rolety. Owa anomalia wzbudziła ciekawość, a ta – reakcję. Złodziej zaczął obserwować sąsiada niemal idealnego i, gdy ten po raz kolejny wyruszył na łowy – przystąpił do akcji.

Na posterunek wpadł człowiek. Samo to nie było jeszcze niczym niezwykłym. Ale w połączeniu z szaleństwem w oczach i krzykiem, żeby tylko go zamknąć, że się przyznaje, że chce iść do więzienia – jak najbardziej. Uspokajać musiało go nie mniej niż pięciu policjantów, ale w końcu zdołano zapytać o co, do ciężkiej cholery, mu chodzi. - Nie będę już kradł. Nie uczynię już nigdy nic złego. Błagam, dajcie mi wszystko naprawić. Na pytanie skąd u niego taki przypływ uczciwości, odparł: - Byłem tam. Byłem i wróciłem. To znak. Bóg daje mi szansę. Jeden z policjantów, wyraźnie poirytowany enigmatycznym wypowiedziami faceta, który ewidentnie wyglądał na ćpuna szarpnął nim i uderzył o ścianę. - Gdzie byłeś? Zacznijże gadać normalnie. Mężczyzna wpatrywał się w niego przez chwilę bez słowa i w końcu wybuchł histerycznym śmiechem. - Gdzie? W piekle, człowieku. Byłem w piekle.

W taki oto sposób wyszło na jaw, gdzie podziały się ciężarne kobiety, które znikały bez śladu. Policjanci znaleźli w mieszkaniu Zbieracza siedem doskonale zakonserwowanych płodów, w różnym stadium rozwoju. Niektóre nie mogły być starsze niż trzy, cztery miesiące – dwa największe na pewno zostały wycięte z matek na parę tygodni, może nawet dni przed porodem. Wydawały się lewitować w formalinie, niczym przybory obłąkanego alchemika. Wszystkie pozbawione kolorów, jakby nierzeczywiste. A jednak, maleńkie trupy były jak najbardziej prawdziwym świadectwem potwornej zbrodni, która miała miejsce w niewyróżniającym się bloku. Zwłok kobiet nie zdołano odnaleźć. Z czasem zaczęła krążyć legenda, że Zbieracz je pożarł – nie było to prawdą. Oczywiście, w przypływie adrenaliny zdarzało mu się wgryzać się w ciała ofiar, ale nigdy w celach czysto konsumpcyjnych.

I w ten oto sposób wróciliśmy do końca, czyli naszego początku. Można by zapytać – ale co jeszcze może się stać? Zwierzę zostało zamknięte, triumf odtrąbiony, kobiety i ich partnerzy mogą spać spokojnie. Dzieci będą miały szansę się narodzić. Hurra.

Telefon na biurku Tomasza rozdarł ciszę. - Tak? - Chłopie, lepiej tu przyjeżdżaj. Dawno nie widziałem takiej jatki.

To właśnie na Tomasza spadł cały splendor za dorwanie Zbieracza. Prowadził jego sprawę od ponad półtora roku i klucząc w labiryncie fałszywych doniesień i niepewnych śladów wciąż natrafiał na kolejne ślepe zaułki. Nie mógł uwierzyć we własne szczęście, gdy rozwiązanie dosłownie samo wpadło mu w ręce. Był człowiekiem skromnym i zawsze prostował informacje, jakoby dorwał mordercę dzięki swym ponadprzeciętnym umiejętnościom detektywistycznym. - Przypadek – powtarzał w mediach – To był po prostu przypadek. Ale ludzie wiedzieli swoje. Poza tym, raz na jakiś czas, dobrze myśleć, że gdzieś niedaleko ciebie mieszka prawdziwy superbohater. I miło jest, kiedy koleżanki żony zerkają zazdrośnie marząc o takim mężczyźnie – prawdziwym mężczyźnie. Mimo to, Tomasz niechętnie wracał do sprawy Zbieracza. Tylko on sam wiedział ile kosztowała go koszmarów, nieprzespanych nocy. Czasem nawet łez – pod prysznicem, tak żeby nikt nie mógł ich usłyszeć ani zobaczyć. A teraz, spoglądając na zwłoki Jadwigi – tej samej, której zabójca pomagał z kranem – Tomasz nabierał przekonania, że może czekać go coś gorszego. Znacznie gorszego.

Ślad z krwi i wnętrzności miał dobre parę metrów, niknął w zaułku i kojarzył się trochę ze śluzem, jaki mógłby zostawić ogromny ślimak. Sama Jadwiga leżała pośrodku chodnika, z rękami położonymi na brzuchu, jakby chciała powstrzymać wylewające się flaki. Była rozpruta – nie rozcięta, a właśnie rozpruta – parę centymetrów pod piersiami. Rana o poszarpanych brzegach ciągnęła się niemal do samego krocza. Usta miała szeroko rozwarte i wydawało się, że zaraz wydobędzie się z nich charkot lub jęk bólu. Na Tomaszu największe wrażenie zrobiły oczy – przekrwione tak mocno, że z trudem można było dostrzec białka. - Coś makabrycznego, co? – młodszy policjant zagaił Tomasza, kiepsko próbując ukryć podekscytowanie. - Straszne. Kiedy to się stało? I jak to możliwe, że nikt nic nie widział?! - Tomasz spojrzał na zegarek. Dochodziła czternasta, zwłoki były jeszcze świeże. – Jak to, kurwa, możliwe, że nikt nie zobaczył kobiety, która czołgała się przez pół chodnika usiłując przytrzymać wnętrzności na swoim miejscu?! Rozejrzał się dookoła. Od sporego tłumu gapiów – niektórych odwracających głowy, lecz zerkających jednym okiem – odgradzała ich taśma. Jadwiga zginęła zaraz przy ruchliwym skrzyżowaniu. Biorąc pod uwagę długość śladu z krwi można było przypuszczać, że minęło co najmniej parę minut zanim umarła. Młody policjant odchrząknął. - Tak właściwie to… To mamy świadka, ale… - Macie?! Czemu nic o tym nie wiem?! - Bo… Bo chyba nie jest zbyt wiarygodny. - Wiesz…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Spojrzeć w blask - CZĘŚĆ I — czytnik · opowiadania