Komedia · 38 min czytania
Spotkania
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{i}{b}Spotkania{/b}{/i}
Ludzie mają w zwyczaju się zmieniać, to fakt niezaprzeczalny. Dowodów na jego prawdziwość już w ciągu pierwszych kilku minut dostrzegłem na parkiecie co najmniej kilka. Taka Eliza na przykład. Poznałem ją po oczach, bo resztą ciała w ogóle nie przypominała siebie sprzed zaledwie dziesięciu lat. Kiedyś uchodziła za najładniejszą i najbardziej lubianą dziewczynę w liceum. Posiadała wszystko to, czego brakowało innym koleżankom, pozazdrościć mogła im co najwyżej cnoty. Tymczasem teraz przypominała wiekową mogiłę. Twarz miała bladą i zniszczoną niczym kilkudniowy nieboszczyk, a przy tym pomarszczoną jak podkoszulka. Nadużywane przez nią swego czasu solarium zrobiło swoje. Poza tym przytyła. Ba, rozlała się! Jej niegdyś zgrabne, długie nogi przypominały teraz parówki ugotowane w folii (lato, trzydzieści stopni na dworze, a ona ubrała rajstopy!). Straciła też talię osy, czym wyraźnie się nie przejmowała, wciskając na siebie tego pięknego, lipcowego dnia obcisłą, lateksową, zieloną sukienkę w szare dorsze... Kto to zaprojektował?! Szczęśliwie nie śmierdziała rybą. Wiem, bo się z nią przywitałem. Owszem, Eliza przypominała tego wieczoru polędwicę obwiązaną sznurkiem albo taśmą, ale chyba nieco zmądrzała. Nie zgrywała już niedostępnej gwiazdy, lecz ściskała się serdecznie z każdym, kto do niej podszedł. Z kolei Roberta, dawnego frajera, poznałem jedynie po rudych włosach, chociaż i te zdawały się wyglądać nieco lepiej niż w czasach szkolnych. Nie wystawał już spomiędzy nich połamany grzebień. Co więcej, Robert sprawił sobie całkiem modną tego lata fryzurę. Dawny pajac z wiecznie nieprzystrzyżonym (szczęśliwie nie rudym choć ewidentnie prawiczym) wąsikiem przeobraził się w księcia z bajki. Miał na sobie szykowny i chyba szyty na miarę, zapewne drogi, bo połyskujący w świetle lamp garnitur. Jego stopy zdobiły błyszczące jak psie jaja trzewiczki. Na pierwszy rzut oka widać było, że zapłacił za nie więcej, niż ja razem za wszystkie chodaki jakie przyszło mi i przyjdzie nosić w ciągu całego życia. Robert nie przypominał już niechlujnego wyrzutka. Popijał właśnie wino z kieliszka choć jeszcze dziesięć lat temu haftował na sam widok piwa! Byłem w głębokim szoku. Otaczało go grono zafascynowanych nim dziewczyn, które spijały z jego ust każde słowo. Zapewne opowiadał im jakieś żarty i mimo że doskonale pamiętałem, jak żenującym poczuciem humoru dysponował, dziewczęta śmiały się co chwilę jak na występie najlepszego kabaretu. Szczerze mu w tym momencie zazdrościłem – ja na bal przyszedłem sam. Przynajmniej miałem czas się rozglądać. Już po chwili w oczy rzucił mi się Olaf, dawny piłkarz, szkolne „ciacho”, zaliczające wszystko, co się ruszało. Obiło mi się o uszy, że nie został piłkarzem. Przytył, co zresztą było widać. Można by wręcz powiedzieć, że się podwoił. Zerwał ze sportem, a właściwie to sport zerwał z nim. Nic dziwnego, na mieście sporo mówiło się o jego pijackich wybrykach. Nawet teraz, mimo że impreza dopiero się zaczynała, wyglądał na zdrowo nawalonego. Skończył się jeszcze zanim wzniesiono pierwszy toast. Najpewniej wypił połówkę albo dwie już na parkingu. Cholera wie, w każdym razie wyglądał nieszczęśliwie. Nie było wokół niego dziewczyn, nie było nikogo. Nie chciałem się wyłamywać, więc udałem, że go nie widzę, gdy zawołał: — Siema Ernest! Nie jestem żadnym Ernestem!
Ot uroki balu absolwentów. Osoby niby te same ale jakby zupełnie inne. Masz wrażenie, że wszystkich znasz, a jednak poznajesz dawnych przyjaciół i wrogów od nowa, czasami zamieniając ich miejscami. Ciekawe, czy Albi też tak się zmienił. Albi, a właściwie Albert Albertyn (rodzice tak dobierający imię do nazwiska albo wyjątkowo nienawidzą swoich dzieci, albo robią sobie z nich jaja) był moim kumplem w liceum. Trzymaliśmy się razem i pewnie trzymalibyśmy nadal, gdyby nie wyjechał do Serbii. Nie wiem, dlaczego akurat do Serbii. Ludzie wyjeżdżają do Stanów, Wielkiej Brytanii, Niemiec, Francji, Holandii, a niektórzy nawet do Australii, ale żeby wyjechać do Serbii? Po co, na co i dlaczego? Nigdy tego nie rozumiałem, w każdym razie przez ten wyjazd nasz kontakt się urwał. Szczęśliwie, jak na ludzi dwudziestego pierwszego wieku przystało, odnaleźliśmy się niedawno na Facebooku i dzięki temu wiedziałem, że specjalnie na ten bal Albi z Serbii wrócił. Owszem, ponownie zapytałem sam siebie: po co, na co i dlaczego? Czy spotkanie absolwentów, nie wiedzieć dlaczego organizowane zaledwie dziesięć lat po maturze, naprawdę jest takie ważne? Widocznie tak. W chwili, gdy zamierzałem zacząć się rozglądać za moim najbliższym a może i jedynym kolegą z czasów liceum, usłyszałem znajomy głos. — Nie wierzę… No po prostu nie wierzę! Alberta rozpoznałbym wszędzie. Chociaż mógłby mnie zmylić nowy akcent, serbski. Nie pozostało mi nic innego jak odwrócić się i zobaczyć, czy Albi zmienił się przez te dziesięć lat. Podejrzewałem, że wydoroślał, zmężniał i się wzbogacił. Gdy wreszcie spojrzałem na niego, nie wiedziałem, co mam myśleć. Cholera, ale się zmienił — pomyślałem, po czym zawołałem: — Wcale się nie zmieniłeś, stary! Kłamałem, jasna sprawa. Albert wyglądał „inaczej”. Z jego obwisłego brzucha niewiele zostało a twarz, dawniej przypominająca rozgotowany kalafior, teraz wyglądała całkiem schludnie. Albi ogolił się i przystrzygł, umył, a może nawet wyperfumował. Wyglądał jak przysłowiowe pięć złotych, przez co ja sam poczułem się jak czeska korona. Przez chwilę główkowałem, czy tak nosił się na co dzień. Nie miałem jednak odwagi zapytać. Jeszcze by się obraził. Odruchowo zacząłem się jednak rozglądać za jego towarzyszką. Zakładałem, że znalazł sobie w Belgradzie jakąś drugą połówkę. Nikogo nie zobaczyłem. Staliśmy tak przez kilka sekund, przyglądając się sobie w sposób wskazujący na nieudawaną radość i udawane zaskoczenie. Mogłoby się wydawać, że po tak długiej rozłące nie będziemy mogli przestać ze sobą rozmawiać, tymczasem my nie umieliśmy nawet zacząć rozmowy. W końcu jednak Albert przerwał krępującą ciszę. — Co u ciebie, men? — zapytał, albo kalecząc serbski, albo próbując pokazać, że nauczył się angielskiego. — W porządku — odparłem w banalny lecz zgodny z etykietą sposób. W rzeczywistości przez chwilę miałem ochotę wyśpiewać mu wszystkie moje bolączki, troski, problemy i zmartwienia. Jak typowy Polak. — To dobrze… — Jego odpowiedź również wynikała najpewniej z etykiety, w przeciwieństwie do poczochrania mnie po głowie, na które zdobył się chwilę później. GODZINĘ UKŁADAŁEM WŁOSY DROGĄ PASTĄ ZNANEJ MARKI! Nie dałem jednak po sobie poznać, że się zdenerwowałem. Staliśmy tak jeszcze przez chwilę w coraz bardziej żenującym milczeniu, aż w końcu zaproponowałem, żebyśmy poszli usiąść do stolika i może poszukali jeszcze jakichś znajomych. Istotnie bowiem na sali zjawili się już chyba wszyscy zaproszeni goście i powoli zaczynało brakować miejsc przy stołach. Albert zgodził się i ruszył za mną. Szczęśliwie chwilę później wypatrzyłem pod oknem jeden stolik z wolnymi miejscami. Przy każdym stoliku ustawiono po osiem krzeseł i nie wiedzieć dlaczego tylko ten jeden nie był jeszcze obsadzony. Przez chwilę próbowałem przeanalizować, czy może ktoś się na ten stolik wypróżnił, jednak nie dostrzegłszy śladów fekaliów na idealnie białym obrusie stwierdziłem, że innym gościom najwyraźniej nie odpowiadała bliskość okna. Słońce wdzierało się przez nie do wystarczająco już dusznej sali i chyba tylko nielicznym spośród zgromadzonych nie przeszkadzało siedzenie przy rozgrzanych szybach. — No to co u ciebie? — zapytał Albert, gdy usiedliśmy. Już zamierzałem przypomnieć mu, że zadał mi to pytanie przed kilkoma minutami, gdy obok naszego stolika wyrósł jak spod ziemi niewysoki, roześmiany od ucha do ucha chłopak. Patrzyłem na niego dobrych kilkanaście sekund, milcząc, aż w końcu nieśmiało zapytałem: — Hubert? Hubert skinął głową. Ten niepozorny chłopak szczególnie zapadł mi w pamięci. W latach szkolnych był bodaj najgłupszą istotą, jaką znałem. Nie umiał absolutnie nic, a z roku na rok jego wiedza zdawała się kurczyć. Nie chciałem nawet myśleć, ile wypadło mu z głowy przez całą dekadę. Hubert każdy sprawdzian kończył ze szmatą, podobnie zresztą jak każdą poprawkę. Był głupszy od taboretu, choć uchodził za całkiem sympatycznego. Raczej nie miał wrogów bo potrafił się zachować i być może właśnie dlatego nauczyciele przepuszczali go z klasy do klasy, dając mu ostatecznie punkty za samo podpisanie się na kartce. Byłem ciekaw, jak potoczyły się jego losy. Nie ukrywam, że miałem ochotę nieco się dowartościować. — Drinka, panowie? — przerwała nam w pewnej chwili kelnerka, podsuwając pod twarze wielką tackę z kilkunastoma szklankami. Właściwie powiedzieć, że nam przerwała byłoby nadużyciem, zważywszy, że wszyscy milczeliśmy. — Wezmę jednego — powiedział w końcu Albert, ale ostatecznie, chwilę się zastanowiwszy, wziął dwie szklanki i spojrzawszy na kobietę wzrokiem psa, który właśnie zamierzał obsrać ulubione buty właściciela, dodał — Trochę tutaj gorąco, jeden może nie wystarczyć. — Mnie wystarczy — wypaliłem z uśmiechem i łapczywie odciążyłem tackę z kolejnej szklanki. Planowałem powstrzymać się od picia alkoholu. Swego czasu każdą imprezę kończyłem w krzakach lub wannie, w radiowozie lub w jeszcze gorszym burdelu niż ten, z którego startowałem. Dzisiaj nie mogłem sobie na to pozwolić. Nie ja jeden zresztą. Hubert podziękował kelnerce, nie wziąwszy ani jednej szklanki. Być może chciał tak jak ja doczekać końca balu w całkowitej trzeźwości, by móc ostatecznie słuchać szczerego bełkotu tych wszystkich ludzi, którzy na tę chwilę starali się jeszcze stwarzać pozory bycia Paniami i Panami Wszechświata. Szczerze powiedziawszy trudno mi było odgadnąć, czy oni wszyscy naprawdę osiągnęli w ciągu tych dziesięciu lat ogromne, życiowe sukcesy, czy może udawali, jak ja na przykład. Na parkiecie widziałem już dzisiaj najgłupszych z głupich, najbrzydszych z brzydkich, najdziwniejszych z dziwnych i każdy tutaj wyglądał jak człowiek sukcesu. Miałem cichą nadzieję, że i ja sprawiałem podobne wrażenie. — Co u was? — zapytał po chwili Hubert, gdy usiedliśmy przy stole. Ach, ten savoir-vivre. — W porządku. A u ciebie? — odparliśmy niemal jednocześnie ja i Albert. — W porządku. A u wa… — Hubert urwał, wyraźnie speszony. Co za dużo, to niezdrowo. — Jesteś sam? — wypaliłem szybciej niż pomyślałem. Pozostawało mieć nadzieję, że nie zabrzmiało to idiotycznie, choć dałbym sobie rękę uciąć, że w moim głosie wyraźnie wybrzmiała nadzieja. — Nie no co ty, kto normalny przyszedłby na bal absolwentów sam? Jestem z dwiema koleżankami. Powinny gdzieś tutaj… — To mówiąc podniósł się nieco na krześle i zaczął przeczesywać wzrokiem gęstniejący tłum gości. Najwyraźniej zauważył gdzieś swoje partnerki, bo pomachał do kogoś z nieskrywanym zadowoleniem na twarzy. — Już idą. Instynktownie poprawiłem krawat, bo nagle zrobiło mi się jakby cieplej. Czyli jestem nienormalny — pomyślałem. — Dlaczego dwie? — zapytał Albi. Ja również byłem ciekaw. — Nie wiem — usłyszeliśmy. — Obie są ładne, nie mogłem się zdecydować. Chwilę później do naszego stolika podeszły dwie piękne, ciemnoskóre dziewczyny. Wyglądały jak modelki z pierwszych stron gazet. Nie mogłem zrozumieć, co Hubert musiał im zrobić, by przyszły tutaj jako jego osoby towarzyszące. On wziął dwie dziewczyny, a ja nie miałem żadnej. Eh, życie. — To jest Naomi. — Hubert wskazał na wyższą z dziewczyn, która spojrzała na nas z lekką pogardą i skinęła głową, nie uraczywszy nas nawet uśmiechem. — A obok Naomi stoi Helga. Druga dziewczyna uśmiechnęła się szeroko i pomachała w naszą stronę ręką, topiąc nieco lód wytworzony przez koleżankę. — Siadajcie — zawołałem, wskazując wolne krzesła. — Przecież nie zamierzałyśmy stać! — warknęła Naomi i pociągnąwszy Helgę za rękę niczym kukłę poprowadziła ją do krzeseł. — Helga jest z Niemiec? — zapytałem, patrząc na Huberta. Nie chciałem dać po sobie poznać, że się zawstydziłem, choć istotnie ta cholera mnie właśnie zbrukała, wytarła mną dupę i wcisnęła między panele parkietu. Dlaczego? Co jej zrobiłem? — Nie, Helga jest z Polski, poznaliśmy się we Wrocławiu, na konferencji naukowej. Zakrztusiłem się drinkiem, którego właśnie podniosłem do ust. Chciałem z gracją posmakować, a wylałem na siebie pół szklanki. Boże, to dopiero początek balu! Chyba nie tylko mnie ta informacja nieco zbiła z tropu. — Na czym? — zapytał Albert, nawet nie siląc się na kurtuazję. — Co ty tam robiłeś? Spodziewając się odpowiedzi w stylu: „sprzątałem”, zerknąłem karcąco na Albiego, jakby usiłując dyskretnie pokazać mu, że zachował się niegrzecznie. — Prezentowaliśmy z kolegami z Politechniki nowego robota, a Helga tłumaczyła to co mówiliśmy dla jurorów z Niemiec. — Prezentowaliście CO z kolegami Z CZEGO?! — wypaliłem. Teraz to ja zachowałem się niegrzecznie. Już wiedziałem, że tego wieczoru nie skończę z jednym drinkiem. — Czyli Helga jednak ma coś z Niemki — powiedział Albert, jakby nie dotarł do niego sens wcześniejszej odpowiedzi. A może po prostu szybciej niż ja przeszedł do porządku dziennego nad informacją, że najgłupszy człowiek w galaktyce studiował na politechnice? Cóż, pozostawało brnąć dalej w ten absurd. — Właściwie fajnie słyszeć, że ci się powiodło. Zawsze wiedziałem, że dostaniesz się na dobre studia — skłamałem. Następnie jednym duszkiem dosiorbałem drinka do dna. — Dzięki. A wy gdzie studiujecie? Jak wam się żyje? Jesteście tutaj sami? — Hubert albo robił sobie jaja, albo naprawdę nie zauważył, że kłamałem. Może to i lepiej, po co psuć atmosferę. — Ja mieszkam teraz w Serbii, w… — Gdzie kurwa?! — Hubert nigdy nie znał wszystkich krajów starego kontynentu. Tym razem jednak odniosłem wrażenie, że miał na myśli co innego. Nie myliłem się. Patrzył na Alberta, jakby temu na czole wyrosło trzecie oko. — Ludzie wyjeżdżają do Stanów, Wielkiej Brytanii, Niemiec, Francji, Holandii a niektórzy nawet do Australii — zaczął, nie odrywając od Alberta wzroku. — Ale żeby wyjechać do Serbii? Po co, na co i dlaczego?! — Sam nie wiem. — Albi spojrzał na mnie, jakby oczekiwał, że mu pomogę. — Może to przez ten klimat. Rozumiecie, tam jest ciepło i w ogóle. — Ciepły klimat masz w Chorwacji, Hiszpanii, Portugalii czy nawet w obrośniętych makaronem Włoszech! Dlaczego wybrałeś Serbię?! Może jeszcze sprzeciwiasz się niepodległości Kosova? — Poproszę drinka — zagadnąłem do przechodzącej obok kelnerki. Wiedza Huberta zaczynała mnie przerażać i dołować jednocześnie. Musiałem się napić.
Rozmowa przy stole średnio nam się układała. Absurd gonił absurd, nieporozumienia następowały jedno po drugim. W sumie można się było tego spodziewać. Nie widzieliśmy się z chłopakami od tylu lat, dziewczyny były nam całkiem obce. Teoretycznie to normalne, że wszyscy chcieliśmy opowiedzieć jak najwięcej o sobie. Dodatkowo też należało się dobrze zapoznać z Naomi i Helgą. Nic więc dziwnego, że czasem ponosiły nas wodze fantazji. Każdy chciał się pochwalić, zaimponować, a może i wytłumaczyć. — Nadal nie rozumiem — powiedziała w pewnym momencie Helga, lustrując mnie bez zmrużenia okiem. — Twoja dziewczyna leży w szpitalu śmiertelnie chora, a ty siedzisz na balu i pijesz wódkę jak ten za przeproszeniem menel pod menelopowym? — Monopolowym — poprawił ją Hubert, po czym zwróciwszy się do mnie i do Alberta, dodał szeptem — Ona nadal się uczy. Rozmawialiśmy akurat o powodach, dla których ja i Albert przyszliśmy na salę sami. Wyjaśniliśmy już sobie, że nie jesteśmy gejami, dodatkowo Albi zdążył usprawiedliwić się, twierdząc, że jego serbska dziewczyna nie dostała wizy do Unii. Podobno nienawidziła Polaków. Nikt z nas nie zapytał, jak wobec tego wyglądał ich związek i czy Serbowie rzeczywiście potrzebują wiz. Chyba nie chcieliśmy znać szczegółów. Mnie w każdym razie poszło zdecydowanie gorzej. Skłamałem, to błąd. W tym momencie żałowałem, że nie zaprosiłem na ten cholerny bal jakiejś kuzynki, ciotki, babki, prababki albo innej piątej wody po kisielu. Ostatecznie też mogłem przed laty wyprowadzić się do Albanii czy jeszcze bardziej absurdalnego kraju i nałgać wszystkim w żywe oczy, że moja dziewczyna również nie zdobyła wizy. Gdzieś w głębi wierzyłem, lub chciałem wierzyć, że Albert też kłamał. Tymczasem jednak z rozmowy wynikało, że to ja wybrałem najgłupszą z wymówek. Spanikowałem. Co miałem powiedzieć? Zakłopotany pytaniem Helgi sięgnąłem po szklankę. Drink nieco mnie ośmielił, bo ryzykując utratę i tak już nadwątlonej reputacji, brnąłem dalej w to samo kłamstwo. — Właściwie nie jesteśmy parą. Tak tylko staram się jej pomóc. — Oszukujesz umierająca dziewczynę?! UDAJESZ JEJ CHŁOPAKA?! — wrzasnęła Helga, podrywając się z miejsca. Na sali zrobiło się nieco ciszej. Co najmniej kilkanaście osób obróciło się w naszym kierunku i mógłbym przysiąc, że połowa z nich poczuła do mnie odrazę. — Nie to miałem na myśli. Oczywiście kocham ją bardzo, po prostu dzisiaj poczuła się lepiej, więc… — Więc zamiast zostać przy niej przyszedłeś tutaj?! Boże, co za bagno. Kątem oka zacząłem rozglądać się za kelnerką. Drink już mi się skończył. Szczęśliwie ktoś rozsądny postanowił nie zostawiać na stole butelek z wódką. W przeciwnym razie chyba leżałbym już pod stołem. Zamiast tego serwowano jedynie drinki, kieliszków do bardziej wyskokowych napojów nawet nie postawiono. Większość gości reflektowała zresztą na wino, którego nie brakowało. Gdy już myślałem, że jakoś uda mi się milczeniem załagodzić tę kompromitację, nie wiedzieć na jaką cholerę odezwał się Albert. — Nieładnie, stary. Może lepiej idź do niej. — Gdzie ta wódka?! — wyrwało mi się. Grunt usuwał się spod moich nóg w błyskawicznym tempie. — Może chodźmy potańczyć? — Co za śmieć — skwitowała Naomi. I pomyśleć, że gdy po raz pierwszy tego wieczoru ją zobaczyłem, liczyłem na nawiązanie bliższej znajomości.
Szczęśliwie moja bezczelność i zwyrodnialstwo, kompletny brak taktu i manier oraz nieopisana nieczułość szybko zeszły na dalszy plan. Bal wszak trwał w najlepsze i wraz z kolejnymi drinkami, tudzież lampkami wina, wszyscy siedzący przy stole stawali się nagle bardziej otwarci i skorzy do wybaczania, zwierzeń i tym podobnych. Helga, mimo iż wlała w siebie ledwie dwa drinki, opowiedziała nam w sporym skrócie o wszystkich swoich poprzednich chłopakach oraz jednej dziewczynie. Jak sama stwierdziła, po pierwszych tygodniach znajomości z Hubertem zapragnęła być lesbijką, jednak ostatecznie zdecydowała się na prowadzenie tradycyjnego stylu życia. Hubert albo był głuchy, albo doskonale potrafił maskować emocje, bo po usłyszeniu tych zwierzeń nie wyglądał na chociażby zdziwionego. Ja w międzyczasie zakosiłem z tacki przechodzącej obok kelnerki kolejne trzy drinki. Sądząc po początku wieczoru, mogły się jeszcze przydać. Tym bardziej, że chwilę później Albert zaczął opowiadać o życiu w Serbii. Gdy skończył, Naomi na moim przykładzie opisała typ facetów, których nienawidzi. Tym i podobnym rozmowom nie…