Przyjaźń · 23 min czytania
Spotkanie po latach I
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
Była wtedy złota jesień. Jeszcze dość ostre słońce kąsało wszystkich, którzy się napatoczyli pod jego promienie. W to ciepłe i przyjemne popołudnie wrocławski rynek przemierzało wielu ludzi. Począwszy od samych wrocławian, skończywszy na obcokrajowcach. Wrocław był pięknym miastem, a co najważniejsze – posiadał swoisty, przyjacielski klimat, który zachęcał innych do odwiedzin.
Ulicą Świdnicką mknęła niewysoka kobieta, w czarnym płaszczu. Miała jasne, kręcone włosy, które sięgały jej do łopatek (chociaż jakby je rozprostować delikatnie muskałyby ją po pasku od płaszcza, były tak długie). Spoglądała swoimi niebieskimi oczyma na Wrocław, jej rodzinne miasto. Zawsze je podziwiała, kochała błąkać się po tych pięknych, kolorowych uliczkach. Uwielbiała niewielkie kawiarenki, gdzie serwowali najlepszą na świecie kawę lub herbatę. W głowie Wiktorii tkwiło wiele wspomnień związanych z Wrocławiem. A najsmutniejsze z nich to chyba samo opuszczenie tego miasta, na długi okres czasu.
Wiktoria część swojego życia spędziła z dala od Wrocławia. Przez sześć lat mieszkała i studiowała w Gdańsku. Sama nie wiedziała dlaczego się wyprowadziła. Może było to spowodowane natłokiem przykrych wspomnień? Przez równe sześć lat nie odwiedzała Wrocławia. Chciała zapomnieć o wszystkim co ją tam spotkało. Stwierdziła, że "kuracja zapomnieniowa" będzie najrozsądniejszym rozwiązaniem. Udało jej się. Dostała się na Uniwersytet Gdański, na polonistykę.
Kiedy skończyła studia postanowiła pójść do pracy. Chociaż na krótki okres czasu. Zatrudniono ją w jednym z lepszych liceów ogólnokształcących, gdzie musiała uczyć hałastrę rozpieszczonych nastolatków języka polskiego. Nie to, żeby wyżej wspomniana hałastra nie przejawiała chęci do nauki. Było wręcz przeciwnie. Każdy z nich, na kolejną lekcję, uczył się niesamowicie długo i systematycznie. Po jakimś czasie Wiktoria zorientowała się, że to wszystko powoli ją wykańcza. Że w gruncie rzeczy to ma dość Gdańska, dość uczniów. Doszła do wniosku, że pora wrócić do domu i tam rozpocząć swoje nowe życie, z czystą kartoteką. "Kuracja zapomnieniowa" dobiegła końca. Pełen sukces, niemalże stuprocentowy.
Pierwszego września Wiktoria stanęła na gdańskim dworcu. W samo południe przyjechał pociąg, który zabrał ją wprost do Wrocławia. W Gdańsku zostawiła wszystko. Byłego mężczyznę, pracę i wspomnienia.
- Chyba sobie żartujesz... Po tych wszystkich latach chcesz mnie po prostu zostawić i wyjechać z powrotem do Wrocławia? – Krzyczał dość dobrze zbudowany mężczyzna o dużych, niebieskich oczach i ciemnych włosach. Był naprawdę przystojny i inteligentny, ale dla Wiktorii to było za mało.
- Wybacz... Już mam dość tego życia. Muszę wrócić do domu i rozpocząć wszystko od nowa... – Powiedziała Wiktoria spoglądając na mężczyznę obojętnym wzrokiem.
- Wiki... Ale tam nie znajdziesz sobie pracy! To co czynisz jest nierozsądne. Nie wyjeżdżaj! – Powiedział mężczyzna a do jego oczu napłynęły łzy.
- Marku, daj spokój, ja już podjęłam decyzję. Sama najlepiej wiem co dla mnie najlepsze. – Tutaj wzięła głęboki oddech a na jej twarzy wymalowała się radość i ukojenie. – I uważam, że jest tym Wrocław i nowe życie.
Mężczyzna podszedł do Wiktorii, objął ją najczulej jak potrafił.
- Jesteś dorosła, wiesz co robisz… Pamiętaj, że jestem z tobą. Liczę, że kiedyś się odezwiesz. Kocham cię... – Wyszeptał jej do ucha. Jasnowłosa ścisnęła go jeszcze bardziej.
Część 22 / 6
- Dowidzenia – odparła tylko i uwolniła się od barczystego uścisku. Chwyciła swoje walizki i wsiadła do pociągu.
Wracając do przechadzki ulicą Świdnicką... Wiktoria postanowiła, w tak piękny, październikowy i słoneczny dzień przejść się wzdłuż uliczek, prosto do Galerii Dominikańskiej. Dawno tam nie była i doszła do wniosku, że po sześciu latach zapewne coś się zmieniło. Szła tak, delikatnie stukając obcasami.
Gdy wreszcie dotarła do, wyżej wspomnianej, Galerii ujrzała dokładnie ten sam budynek co sześć lat temu. Spojrzała na niego. Jej duszę zaczęły nachodzić wspomnienia. Wiedziała ile się działo w tych okolicach. Nie miała jednak zamiaru wracać pamięcią do tamtych dni. Bądź co bądź zaczynała nowe życie.
Zamaszystym ruchem otworzyła drzwi Galerii i szybkim krokiem weszła do środka. Tutaj ujrzała nieznaczne zmiany. Niektóre sklepy zmieniły swoje lokum tudzież nazwę. Do tego wystrój, który i tak każdego dnia był inny. Dzisiaj nie chciała robić zakupów. Nie miała na to siły, ochoty i rzecz jasna – funduszy. Kiedy omiotła spojrzeniem każdy sklep postanowiła opuścić Galerię Dominikańską i odwiedzić Wyspę Słodową. Weszła na ruchome schody i zjechała nimi powoli na dół. Nie patrząc pod nogi, stawiając szybkie kroki szła w stronę wyjścia. Otworzyła wahadłowe drzwi... Nie zauważyła nawet, że idzie ktoś przed nią. Owy ktoś też chyba jej nie dostrzegł gdyż obydwoje, z impetem zderzyli się. Wiktoria spojrzała na człowieka, który okazał się młodym, wysokim, szczupłym mężczyzną o ciemnych włosach i brązowo-zielonych oczach.
- Przepraszam... – Bąknęła jasnowłosa i nie zwracając na nic uwagi pomknęła dalej.
Mężczyzna zatrzymał się na moment i swój wzrok utkwił przez chwilę na sylwetce oddalającej się Wiktorii. Nie, to niemożliwe, pomyślał i podbiegł do jasnowłosej.
- Przepraszam! – Krzyknął za nią.
Dziewczyna odwróciła się na moment. Czego może chcieć ode mnie ten facet? – Pomyślała.
- Nasz malutki wypadek zostawił pewne brzemię... Zgubiła pani ten... – Nie dokończył bo gdy ujrzał twarz Wiktorii oniemiał. Jasnowłosa nie do końca wiedziała o co mu chodzi.
- Ten... Wiktoria?!?! – Spytał nagle otwierając szerzej oczy.
- Tak... – Odparła jasnowłosa i nagle zorientowała się kim jest człowiek, który stoi tuż przed nią, dzierżąc w dłoni zagubiony przedmiot, który okazał się malutkim etui na klucze.
Część 33 / 6
- Maks... – Powiedziała patrząc z niedowierzaniem na mężczyznę. Ileż to on zmienił w jej ówczesnym życiu. To o nim musiała właśnie zapomnieć. I udało jej się.
- Wróciłaś już na dobre? – Spytał Maksymilian.
- Tak... – Odparła. – Miałam dość tego całego Gdańska. – Dodała nie patrząc mu w oczy.
- Tak dawno się nie widzieliśmy... Tęskniłaś? – Spytał podając Wiktorii etui na klucze. Tamta, wciąż nie patrząc mu w twarz, chowała zgubę do torebki.
- A jak sądzisz?
- No nie wiem... Dlatego pytam.
- Tęskniłam. Tęskniłam za wszystkim co tutaj zostawiłam.
Maksymilian opuścił wzrok na ziemię. Wiedział, że Wiktoria wyjechała do Gdańska między innymi z jego powodu. Nie, nie byli w sobie zakochani – wbrew pozorom. Nie była to sprawa nieszczęśliwej miłości – nic z tych rzeczy.
- Miałabyś coś przeciwko jakbym zaprosił cię na kawę? – Powiedział Maksymilian uśmiechając się szczerze. Wiktoria pierwszy raz spojrzała mu w oczy.
- Nie miałabym. – Odpowiedziała obdarowując mężczyznę błogim i spokojnym uśmiechem.
- Wobec tego chodźmy. Co polecasz? – Spytał mężczyzna dotykając niewinnie pleców Wiktorii.
Część 44 / 6
- Wiesz, nie było mnie w tym mieście przez sześć lat... Można powiedzieć, że nie pamiętam nawet, gdzie mogłaby znajdować się jakaś przyzwoita kawiarenka, gdzie serwowaliby wyśmienitą i tanią kawę. – Tutaj wzięła nieznaczny oddech. – Wobec tego ty zapraszasz, ty decydujesz. W tym momencie jestem tutaj tylko turystką. – Skończyła Wiktoria i uśmiechnęła się do swojego towarzysza obdarowując go przy tym intrygującym spojrzeniem.
- Ach... Turystka. No dobrze, wobec tego wybierzemy się do nowo otwartej kawiarni, obok "Verniciusa"... – Maks spojrzał wprost w niebieskie oczy Wiktorii. – Pamiętasz ten pub? – Zapytał uśmiechając się tajemniczo.
Tak, oczywiście, że pamiętała to miejsce. W latach licealnych, w "Verniciusie" przebywała bardzo często. Można powiedzieć, że nawet za często, oczywiście wraz z Maksymilianem.
- Jasne, że pamiętam – odparła spoglądając przed siebie. Zamyśliła się.
Do jej głowy powracało milion wspomnień z tych pamiętnych lat, których próbowała pozbyć się w trakcie ostatnich chwil. Jej serce, krajało się na myśl o tych dniach, o tych momentach (jednych z najszczęśliwszych w jej dotychczasowum życiu), po policzku spływała niezliczona ilość łez. Teraz zaś, przypływ jej emocji był nieco inny. Jego siła nie stanowiła ogromnego problemu jak niegdyś.
Obydwoje szli w milczeniu. I on, i ona zapewne zastanawiali się nad tymi wspomnieniami, o których nie sposób zapomnieć. Mknęli wzdłuż chodników. Co chwilę mijały ich pędzące samochody. To było centrum miasta... Miasta tętniącego życiem w każdej sekundzie jego egzystencji. Maksymilian namiętnie wsłuchiwał się w stukot obcasów swojej towarzyszki. Zmieniła się, myślał, i to bardzo.
- Jesteśmy – powiedział nagle Maks.
Dziewczyna spojrzała na szyld kawiarenki.
- "Kawiarnia pod srebrzystym krukiem" – Przeczytała na głos. – Ładną nawę wymyślili. – Dodała.
Maksymilian przytaknął głową i uśmiechnął się, jakby od niechcenia. Mężczyzna zamaszystym ruchem otworzył drzwi. Do ich uszu dobiegł brzdęk dzwonka, który wydaje z siebie dźwięk za każdym razem, gdy ktoś postanowi wejść do środka. Całe pomieszczenie było udekorowane w odcieniach zieleni i brązu. Kawiarenka posiadała dwa piętra. Na pierwszym było kilka drewnianych stolików oraz niewielki barek, przy którym można było składać zamówienia. Na każdym ze stolików leżało niewielkie menu, popielniczka i dzbanek z wysuszoną różą. Na ścianach wisiały różnego rodzaju zdjęcia. Począwszy od fotografii, które przedstawiały martwą naturę, skończywszy na bardzo oryginalnych i wymyślnych dziełach sztuki.
Wiktoria z podziwem spoglądała na każde z nich.
Część 55 / 6
- Chodźmy na górę. – Rzekł Maksymilian i delikatnie pchnął Wiktorię w kierunku drewnianych, kręconych schodów. Po kilku sekundach byli już na piętrze. Wystrój był w dokładnie tej samej konwencji co na dole, tyle, że pomieszczenie było znacznie mniejsze i zawierało mniej stolików.
- Gdzie siadamy? – Spytała Wiktoria delikatnie uśmiechając się do swojego kompana.
- Mi to obojętne... – Odparł Maks wzruszając ramionami.
- Skoro tak, to tutaj. – Powiedziała Wiktoria i skierowała się do stolika tuż przy oknie z fikuśną, czerwoną firaneczką i drewnianymi żaluzjami.
Maks i Wiktoria usadowili się wygodnie na krzesłach obitych zielonkawym jedwabiem.
- Bardzo ładnie tutaj – powiedziała Wiktoria trąc swoje dłonie. Jedna o drugą. Maksymilian chwycił menu, które w całej okazałości zachęcało do obejrzenia.
- Polecam Maxwell House, z dwiema łyżeczkami cukru i pianką. – Po tych słowach na twarzy Maksa wymalował się uśmiech.
- Wybacz, wolę Tchibo z jedną łyżeczką cukru i odrobiną mleka...
- Ach, zapomniałem, że ty wolisz gorzką!
- Oczywiście, że tak. Kawa kawą jest, kiedy zawiera jak najmniej dodatków.
Część 66 / 6
- Czyżby?
- Oczywiście, że tak.
- Bo widzisz. Ty pijesz kawę tylko po to, żeby pić. Nie potrafisz się nią delektować!
- Potrafię... Po prostu wolę gorzką.
- Na pewno?
Oboje wybuchli gromkim śmiechem. Wiktoria bardzo często podkreślała, że kawa tym lepsza im bardziej gorzka. Maksymilian miał całkowicie antagonistyczne zdanie na ten temat.
- Amator! – Żachnął Maks i machnął ręką w kierunku Wiktorii.
Obydwoje siedzieli w ciszy popijając gorącą kawę. Patrzyli sobie w oczy i zastanawiali się nad przeszłością. Nad bardzo intrygującymi wydarzeniami, które miały miejsce wiele lat temu.
- Zmieniłaś się – powiedział wreszcie.
- Doprawdy? – Odparła Wiktoria