Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 14 min czytania

Spowiedź

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

~*~

Powietrze przeciął wibrujący okrzyk mewy kołującej nad fiordem w poszukiwaniu pożywienia. Budzącą się do życia zatokę wciąż skrywał mrok wymieszany z poranną mgłą, powoli ustępujący przed podnoszącym się zza horyzontu słońcem, przypominającym teraz wielką, krwiście czerwoną kulę roztopionego żelaza. Chłodna bryza od wody unosiła się, to opadała szepcząc wciąż niezrozumiałe słowa zaklęć z dawnych czasów i uderzając zimnymi podmuchami w twarz stojącej na brzegu skarpy kobiety. Wiatr szarpał jej przyodziewkiem, wystrzępionym, szkarłatnym płaszczem, próbował wyswobodzić z ciasnego splotu warkocza czarne pasma długich włosów. Dumnie wyprostowana, nieruchoma sylwetka i łopocząca materia płaszcza wyraźnie odcinała się na tle nieba intensywnej barwy indygo. Spojrzenie szarych oczu poszybowało za mewą, uważnie śledząc tor jej lotu, gdy pikując ostro w dół na chwilę zniknęła w ciemnej, turkusowej wodzie zatoki. A potem tryumfalnie wynurzyła się na powierzchnię z rybą w dziobie. Świszczące westchnienie wydarło się spomiędzy bladych, pogryzionych do krwi warg. Niepokój.

Być, jak mewa. Odlecieć daleko. Jak najdalej.

- Mewo, już czas. - Chrapliwy głos mężczyzny chylącego głowę w krótkim geście pozdrowienia. Obróciła się powoli, uderzając zaciśniętą w pięść dłonią w lewą stronę napierśnika. Odpowiedział tym samym.

- Już czas. - Powtórzyła głucho.

*

- Adlauz Rashangrane, mój ojciec. Nie przypominam sobie, by choć raz na mnie spojrzał, czy odezwał się do mnie. Byłam jego przekleństwem, plamą na honorze, w najlepszym przypadku zepsutym powietrzem, którego należało się jak najszybciej pozbyć. Wszak nie byłam tak bardzo upragnionym chłopcem... - Blade usta wykrzywił ironiczny grymas, mający być zapewne uśmiechem. - Trzeba mu jednak oddać sprawiedliwość. To on nauczył mnie wszystkiego, co sprawiło, że jestem, kim jestem.

*

Proporce łopotały na wietrze, a wyhaftowany na nich biały orzeł darł pazurami błękitne płótno, młócąc powietrze wielkimi skrzydłami. Jeszcze chwila, a poderwie się do lotu zostawiając ich samym sobie. A wtedy nie będzie już ratunku. Konnica stała na skraju wzgórza w równym szyku, obserwując z góry pole bitwy. Konie drobiły w miejscach, ryły kopytami ziemię i rżały rozdrażnione. Wciąż czekali na rozkaz. A ten nie nadchodził. Mimo, że w dole szalało piekło, oni musieli patrzeć, jak ich ojcowie, bracia i kamraci przelewali krew za ich wspólną ziemię. Lecz rozkaz to rozkaz. Szala zwycięstwa przechylała się to w jedną, to w drugą stronę pozostawiając za sobą szeroki pas bezwładnych ciał, połamanej, czy porzuconej broni i rzekę krwi, która zdawała się nie mieć ani końca, ani początku. Od dawna czuła na języku metaliczny posmak juchy, a w jej nozdrza wwiercał się fetor palonych ciał wymieszany ze smrodem ekskrementów i zawartości żołądkowych poległych. Harmider wywołany szczękiem broni, okrzykami walczących i kwikiem ranionych zwierząt wciąż narastał, drażniąc uszy, a wiatr niósł go ze sobą wraz z gryzącym dymem w dal. Wreszcie posłyszeli sygnał wygrywany na rogu, ledwo przebijający się przez ogólną wrzawę. Podoficer zerknął w jej stronę, a ona jedynie skinęła głową, ściskając boki konia kolanami.

Stal uniesionych mieczy zalśniła w pełnym słońcu, ziemia zadudniła pod kopytami dwóch setek koni, a powietrze zadrżało głosami dwóch setek żołnierzy.

Scylijskie Białe Orły ruszyły do ataku.

*

- Scylia nigdy nie była krainą mlekiem i miodem płynącą, prędzej krwią i ropą. Nękana ustawicznymi wojnami domowymi, nie potrafiąca się zjednoczyć przeciwko wspólnym wrogom zza granicy. Musiała zniknąć z powierzchni ziemi. Innego wyjścia nie było. - Usta kobiety znów wykrzywił grymas, a spojrzenie powędrowało gdzieś w bok. W jej głosie nie było dumy, prędzej gorycz. - Scylijczycy to ludzie honoru, butni i dumni. Nienawykli do zginania karków. A przy tym porywczy i nierzadko głupi. Tak po prostu. Oni nie bali się pójść na wojnę, nie bali się stanąć w obronie własnego sąsiada, lecz starczyło tylko, by jeden drugiemu wszedł na odcisk, to i mułami nie dało się przekonać do tego, by współpracowali... Tak, więc Scylia musiała zniknąć z powierzchni ziemi.

*

Nagle czas spowolnił swój bieg, na pozór zatrzymał się. Wszystko znieruchomiało, a właściwie poruszało się z dziwną, nienaturalną ospałością. I ta drażniąca uszy, brzęcząca, wręcz obezwładniająca cisza. A przecież wokół panował chaos. Przestała myśleć.

Konnica rozdarła w strzępy lewe skrzydło wroga, tnąc, siekąc i tratując przeciwników. Nic nie mogło jej zatrzymać. Okrzyki tryumfu zabrzmiały ponad szczękiem stali na widok cofających się nieprzyjaciół. Siła wypełniła zmęczone ciała, wiara i nadzieja obudziły się gdzieś w głębinach umysłu... Jeszcze może się udać...

Wystarczy zepchnąć wroga za tamto wzgórze... Tylko to jedno wzgórze...

I będzie po wszystkim.

Parła wciąż na przód wśród skotłowanego tłumu. Cięła, siekła, rąbała. Ileż określeń można było znaleźć na zwykłe wymachiwanie mieczem. Nie miała czasu, by pomyśleć. Nawet nie chciała. Zawróciła wierzchowca, przetarła twarz pozostawiając na policzkach i nosie smugę sadzy oraz krwi. Wzrok skierowała na zbliżającego się jeźdźca i ruszyła ku niemu z okrzykiem bojowym na ustach. Impet uderzenia zmiótł ją z siodła, w napierśniku pozostało głębokie wgniecenie. Z trudem łapała oddech, kilka żeber było złamanych. Odkaszlnęła, jakiś żołnierz postawił ją na nogi. W garści trzymała wciąż swoje ostrze. Nie zastanawiała się. Nie było nad czym. Bij, zabij. Ruszyła przed siebie.

Co więcej, cisza już nie dzwoniła jej w uszach.

*

- Rochelle Rashangrane z domu Vervio, mateczka. Subtelne i delikatne stworzenie, niezwykle kruche. Mimoza z wieczną migreną, lękliwa i nadmiernie troskliwa... O swój wygląd, oczywiście. - Krótkie prychnięcie, przywodzące na myśl poirytowaną kotkę. - Ależ tak, kochałam ją. Nie da się zaprzeczyć, szczęściem jednak nie odziedziczyłam ani jednej jej cechy. Nawet z wyglądu bardziej przypominam swego ojca.

*

Przestworza zasnuły się ciężkimi, smolistymi chmurami. Zupełnie, jakby sama natura chciała zmyć z ziemi ślady niedawnej rzezi. Ciężkie, okute stalą buty zapadały się prawie po kostki w błocie wymieszanym z krwią, gdy szła przez pobojowisko ze wzrokiem utkwionym gdzieś w dal. Przeklinała pod nosem, nie zwracając uwagi na podwładnych, którzy starali się ją zatrzymać. Wreszcie dali sobie spokój, dochodząc do wniosku, że tej przeklętej baby nic nie zatrzyma. A ona musiała się stąd wydostać, odetchnąć. Wszechobecny smród spalonych zwłok, mdlący zapach juchy i gryzący dym spętały jej ciało, a ona nie mogła się uwolnić. Musiała zaczerpnąć świeżego powietrza. Nawet nie zauważyła, że miast oddalić się od pola niedawnej bitwy zagłębiała się w nie coraz bardziej... Była, jak w amoku.

Spojrzeniem sięgnąć poza horyzont.

Po placu kręcili się żołnierze, poszukując swych…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Spowiedź — czytnik · opowiadania