Fantastyka · 16 min czytania
Spowiedź
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wstęp
Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami, do małego miasteczka o dźwięcznej nazwie Irrasai, zawitał młody mnich.
*** Szedłem ciemną, zaniedbaną, bez wątpienia dawno zapomnianą przez władze miasta uliczką. Mój ciemnobrązowy, brudny od zaschniętego błota i krwi płaszcz mnicha, wlókł się za mną po nierówno ułożonej kostce brukowej. Pomimo, iż słońce nie skryło się jeszcze za wyznaczonym przez zachodni mur miasta horyzontem i zdradzało jeszcze trochę oznak swego dziennego panowania, złowrogi mrok samotnie panoszył się w tym miejscu od ponad godziny. Mrok ten bezlitośnie zabijał każdy promień światła niosący złudną nadzieję. Rozpaczliwie, niestety bez większych efektów szukałem schronienia przed deszczem, który nieuchronnie się wzmagał, zalewając jasną kostkę centymetr po centymetrze. Od kilku długich, nie skąpiących mi trudności dni, byłem w drodze. Moje niewygodne, brązowe sandały mnicha coraz bardziej cisnęły. Nogi coraz bardziej bolały, z każdym krokiem ranione przez szczątkowe, wciąż wilgotne od świeżej krwi buty. Sam do końca nie znałem odpowiedzi na powracające z każdym krokiem pytanie: „Dlaczego wciąż podążam przed siebie?”. Od kilku dni nie miałem nic w ustach. Głód, który przewyższało jedynie pragnienie, nieubłaganie rósł z każdą, bardziej uciążliwą niż stado szerszeni chwilą. Obficie zarośnięte nogi, bezwładnie się pode mną uginały. Wzrok odmawiał mi posłuszeństwa. Położyłem moje poranione i zmęczone dłonie na starej, zarośniętej grzybem ścianie niekończącego się budynku, aby utrzymać z każdą sekundą słabnącą równowagę i nie upaść na mokrą kostkę. Chyba tutaj umrę, pomyślałem. - Braciszku! – rozległ się głośny krzyk. Skąd on dochodził? Nie wiedziałem. Mimo, iż był tak wyraźny i dotarł do mych uszu wiele pustych sekund wcześniej, dopiero wówczas zrozumiałem jego znaczenie. - Braciszku! – Czułem, jak ten szorstki, ale przesiąknięty nadzieją krzyk, docierał właśnie do mnie. I tylko do mnie. Chyba traciłem, wiernie służące mi latami zmysły. Postanowiłem jednak zaryzykować. Powoli, wkładając w to całą energię jaka mi pozostała, odwróciłem głowę za siebie. Zobaczyłem wąską uliczkę, której obecność wcześniej mi umknęła. Nie byłem przekonany co do jej istnienia. Myślałem, że to kolejny żart, sprawiony przez mój osłabiony wzrok. Niestety. Wycieńczony oraz dodatkowo obciążony mokrą, wciąż bezlitośnie bombardowaną grubymi jak pięść kroplami deszczu szatą, boleśnie upadłem, bardziej niż kiedykolwiek obijając swoje zmordowane ciało. - Braciszku! – dopadło mych uszu po raz trzeci. A może trzydziesty trzeci? Jest już za późno, by cokolwiek zrobić. Pozostało mi tylko, zdać się na los. Liczyłem na to, że ciężko rozchodzące się w deszczu słowa były prawdziwe. Nie miałem siły wstać. Jakimś cudem udało mi się podnieść obolałą głowę. Obraz, który malował się zza ciemnobrązowego kaptura, nie był zbyt wyraźny. Widziałem tylko ciemne, rozmazane w szarości otoczenia plamy. Ciężkie powieki opadały coraz niżej. Z wielkim trudem udawało mi się utrzymywać przytomność, kosztowało mnie to jednak bardzo wiele. Zbyt wiele, gdyż pani snu bezlitośnie oplatała mnie swymi ramionami. Postanowiłem sobie wtedy: „Nie poddam się!”, ponieważ wiedziałem, że z tego snu mogę się już nigdy nie obudzić. Zza mgły, zaczęło wyłaniać się jasne światło. Czy to mój łaskawy i wszechobecny Bóg wzywa mnie do siebie? Pomyślałem. Światło z każdą chwilą zdawało się być coraz bliżej… i bliżej.
Telisa. W tobie wiele łaski jest dla ludzi Ta łaska nadzieję wielką w złych chwilach budzi Telisa. Twoja nauka nikogo nie nudzi Zapał grzeszników do grzeszenia często studzi...
W duchu modliłem się do Telisy, pokornie prosząc o łaskę. Po pewnym czasie jasny blask zaczął nabierać kształtów. We mgle malowała się postać ludzka. „To nie mój Bóg? NIE!”. Przynajmniej nie osobiście. Światło z małej lampy, którą tajemnicza postać trzymała w ręku, odbijało się od jego zbroi, dając w ten sposób mylne wrażenie istoty boskiej. Ze względu na wciąż słabnący wzrok, nie byłem w stanie precyzyjniej określić, kim była dana osoba. Jedynym, co trzymało mnie w przekonaniu, że nie jest to tylko moja wyobraźnia, był odgłos kroków. Uderzających o tafle wody kroków. - Braciszku, co się… – Tajemnicza postać w zbroi wolno, lecz bez zastanowienia się nade mną pochyliła. – dziełee. Jyhyndy… Istota, prawdopodobnie przysłana przez samą boginie Telise, wciąż coś do mnie mówiła. Jej głos stawał się jednak coraz mniej wyraźny. Coraz bardziej przypominał bezładny bełkot. W końcu przestałem słyszeć cokolwiek. Oczy mi się zamknęły, a ciało odmówiło posłuszeństwa. Przegrałem toczoną bezustannie walkę ze snem.
* Obudziłem się w ciepłym, drewnianym łóżku. Nagi leżałem pod śnieżnobiałą pościelą. Za średniej wielkości uchylonym oknem mieniło się wiele pięknych, niestety ostatnio coraz rzadziej spotykanych, gwiazd. Lampki, które rozstawione po czterech kątach, doskonale oświetlały pomieszczenie, uwidaczniały niewielkie nierówności na szarych ścianach. Niski drewniany sufit oraz jasny parkiet, świadczą o tym, że nie jestem w szpitalu, świątyni ani więzieniu, pomyślałem. Jak się wkrótce okazało, nie miałem racji. Poniekąd. Wszystkie zmysły na nowo powróciły, zdawało mi się nawet, w lepszej formie niż kiedykolwiek. Początkowo bałem się, że umarłem, albo że to wszystko niebawem zniknie, a ja obudzę się bezradnie leżąc. O krok od śmierci. Gdy chciałem rozprostować nogi, doszła do mnie przyjemna, miękka woń gotowanego mięsa. Przez pewien czas zapomniałem o głodzie, jednak ten zapach szybko mi o nim przypomniał. Mój wyostrzony słuch podłapał odgłos kroków. Znajomych kroków. Słysząc, iż tajemnicza postać szybko się zbliża, nerwowo zacząłem szukać mojej ciemnobrązowej szaty. Gdy tylko jasne, dębowe drzwi, ze zdobionymi klamkami, się otworzyły, wydając przy tym przenikliwy, skrzypiący dźwięk, szybko ukryłem pod pościelą moje wątłe, mało atrakcyjne ciało. Do pomieszczenia wszedł niewysoki strażnik ubrany w lekką zbroję punktową. Nie do końca dokładnie wykonane, jednak bardzo specyficznie zdobione metalowe płyty, przylegające do krwistoczerwonego materiału wskazywały na to, że był to strażnik więzienny. Ten fakt poważnie mnie zmartwił, ponieważ wśród strażników, to właśnie strażnicy więzienni „cieszyli się” najgorszą sławą. Wielu zresztą, swoim okrucieństwem wobec więźniów, w pełni zasłużyło sobie na taką opinie. Ten człowiek nie wyglądał jednak groźnie. Niepewny uśmiech, jedynie podkreślał wyjątkowo bezradne rysy twarzy tego spokojnego blondyna o wielkich, niebieskich oczach. Poszukiwania mojej szaty, wraz z wejściem strażnika, dobiegły końca. Trzymał on wyprany, wyprasowany strój na ranieniu. - Dzień dobry braciszku – powitał mnie strażnik, swoim szorstkim jak ostrze miecza sunnetów głosem. W jego ustach brzmiało to komicznie. Postanowiłem tego jednak nie okazywać. Podobnie zresztą jak wszystkiego innego. Nie byłem pewien, czy mam podziękować blondynowi za uratowanie życia, czy znieważyć za zniszczenie śmierci, która bez wątpienia byłaby lepszym losem niż to, co spotyka uwięzionych w lochach. - Widzę, że się już obudziłeś – podjął po chwili, kładąc brązowe ubranie na pościeli. – Gdy spałeś wypraliśmy twoją szatę. Strażnik powoli, nie wykonując gwałtownych ruchów, cofnął się w stronę wyjścia. Nie wiedział jak się zachowam. Widać znał mnie tak dobrze, jak ja jego. - Braciszku – dodał mężczyzna przed wyjściem. – Jak się ubierzesz, to zapraszam do nas na kolacje. Wiem, że dawno nie miałeś nic w ustach. W końcu leżysz tutaj już od kilku dni. Kiedy tylko niski strażnik opuścił pokój, wstałem i nerwowo ubrałem szatę. Głód, z każdą…