Filozofia · 7 min czytania
spowiedź powszechna IV
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. U spowiedzi ostatni razy byłam dwa tygodnie temu. Wyplułam słowa a ksiądz odpukał w niemalowane drewno, żeby w przyszłości żyło się lepiej. Nie zostawiłam jednak w tej budce skupu zło(mu) bagażu doświadczeń żelaznego niczym zasady. Tak żelaznego zatwardziałym niczym. Skrzętnie zapakowaną zabrałam pod pachą na peron. Sama nie wiem dlaczego lubię brać. Dawanie też sprawia przyjemność. Tak zdecydowanie dawanie sprawia przyjemność. Ciężko rozstać się z przyzwyczajeniami upchniętymi w rozklekotane nerwy i walizki. Na jednych i drugich muszę siadać, żeby się uspokoić i aby się domykały. Wiem, że zamiast pakować rzeczy zbyt złożone, by móc je w walizie poskładać, powinnam mężczyznom ciężary z wyrzutem wyrzucać na barki. Niech przypakują chwiejni jak statki. Zamiast tego zanoszę do kościoła. Ofiara losu z bagażem w ofierze. Wyznaję, że pukam, ksiądz puka w drewno, w zmarszczone czoło. Odpuszcza, że puszczam (wodzy fantazji). Ale walizy nie puszczam. Zabieram ją znowu ze sobą. Jezus mówił, że każdy swój krzyż. Walizka wprawdzie nie pasja, lecz taka ciężka, że muszę na ból tabletki z krzyżykiem. A może i pasja mając na względzie mój zapał w powielaniu historii. Biorę, zabieram. Ciężką od oddechów brzydkich jak noce i pełną pcheł, które na życzenie kochanków do krwi mnie gryzły na przemian z myślami. Idę ulicą. Skrzyżowaniami. Nie przyświeca mi cel, lecz czerwone światło. To mnie nie zatrzyma. Nawet w kuchni łamałam przepisy. Najlepiej na oko, choć wzrok nie sokoli i łatwo przebrać miarę w spojrzeniach, do oka nasypać soli. Ponoć na to umierają konie. I ja na oko umrę, bo robią mnie w konia. Żaden mijany po drodze mężczyzna nie chciał mi pomóc w targaniu bagażu. Niektórzy obwiniają o nieuczynność czasy, ale już Cyrenejczyk musiał zostać zmuszony. Ledwo doniosłam walizkę na XII stację. Potrzebowałam biletu do raju, lecz jedyne drobne jakie miałam to niewysłane listy zapisane maczkiem. Postanowiłam sama rozmienić się na drobne z racji towarzyszącego mi od jakiegoś czasu niepoukładania. Chciałam uciec od wątpliwych ucieczek do uciech. Wsiąść do pociągu nie byle jakiego i gdzieś nad „możem” ziszczać marzenia, które przez lata popełniały samobójstwo rzucając się z mostu. Słomiane zapały – marzanny. Wszystko płynie. Teraz nawet mydło w płynie. To mnie bardziej oczyści niż ksiądz za kratami. Muszę poszukać innego okienka. Tak pomyślałam i znalazłam: igłę w stogu marzanny. Kto szuka ten znajdzie. Nawet bez pieniędzy, bez siana. Kolejka prowadząca ku natapirowanemu wrednemu demiurgowi po czterdziestce, wetkniętego w okienko od 6.30 do 24.00 z przerwą na papierosa gdzieś po południu i między zębami, była długa i zawiła. Ludzie skręcali się z niecierpliwości. Ustawiłam się na jej szarym końcu. Tak myślałam – że się ustawiłam, gdyż podróż względnie zaplanowana a oczekiwana relacja określona. Nic tylko czekać jak na zbawienie. Kolejka szybko zjadła swój ogon, więc z ostatniej stałam się pierwsza: dokładnie jak w biblii. - Poproszę bilet ulgowy studencki na pociąg „Miłość”. Nie musi być pierwsza klasa, ale poproszę od okna. - Brak takiej relacji. – zaskrzeczał tapir - „Przyjaźń”? - Rzadko kursuje. Pojedzie pani komunikacją zastępczą. Wygodniejszymi półśrodkami. Podstawiamy je, bo złomiarze grasują i ciężko po ich rabieżach kierować pociągi na właściwe tory. Opuściłam walizkę i zrobiło mi się wstyd, bo wiedziałam że ma mnie na myśli. Faktycznie ostatnio dużo popsułam, walizka ciężka, więc i układy już…