Romans · 1 godz. 38 min czytania
Sprawa Caruso
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
S P R A W A C A R U S O
Detektyw Ray Vecchio siedział niecierpliwie na krześle. Pukał nerwowo ołówkiem o blat biurka, później naciskał numery w aparacie telefonicznym. Od czasu do czasu zerkał na szklany gabinet. Poprzez odsłonięte żaluzje widział swojego szefa czytającego jego raport. Mina porucznika nie była zadawalająca. Ray chciał jak najszybciej wytłumaczyć się z tego, co się stało, ale minuty wlekły się niesamowicie. Siedzący naprzeciw jego kolega, w czerwonym kanadyjskim mundurze był oczywiście mniej przejęty tym, że pokpili sprawę. Uważał, że się wytłumaczy i to załatwi sprawę. Próbował pocieszyć swojego amerykańskiego przyjaciela, który oczekiwał od swojego szefa nawet nagany, ale nie dał mu nawet dojść do słowa. - Jeżeli chcesz - Kanadyjczyk ponowił kolejna próbę - mogę ci już więcej nie pomagać, ale uważam, że... - Zamknij się. Tym razem to moja wina. - Ale spójrzmy na to z innej... - Na nic nie będę patrzył ! - Założył nogi na biurko i zaczął się bawić małą piłką do kosza. - To ja spieprzyłem sprawę. Pozwól, że wezmę to na siebie. Ben spojrzał na niego zdziwiony. Spodziewał się zupełnie czego innego. - To znaczy, że nie chcesz, żebym odszedł ? - zapytał jak zawsze naiwnie. Ray rzucił w niego kluczykami. I właśnie w tym momencie otworzyły się oszklone drzwi. Trochę grubawy i niski porucznik od razu zwrócił się w kierunku dwóch kolegów. - Vecchio ! - rozległo się po sali. - Bierz swojego czerwonego przyjaciela i do mnie ! Spojrzeli na siebie zdziwieni. Statson rzadko wzywał ich razem do gabinetu. Czyżby wreszcie zaakceptował to, że mimo, iż Kanadyjczyk był trochę męczący i stwarzał dużo problemów to jednak nadawał się do tej pracy ?Tego można się było dowiedzieć tylko w jeden sposób. Ruszyli do gabinetu. Ray szedł pierwszy. Ben poprawił mundur i był tuż za swoim kolegom, gdy tuż przed wejściem potknął się. Spojrzał na podłogę, będąc pewnym, że zawadził o czyjąś nogę, ale niczego takiego nie zauważył. Spojrzał na siedzącą obok dziewczynę, która też patrzyła na podłogę, wreszcie wzruszyła ramionami i odwróciła się do niego plecami. Nie miał czasu na rozpatrywanie tego, gdyż Ray już na niego syczał. Gdy tylko wszedł do gabinetu i zamknął drzwi, jego kolega zaczął : - Jeżeli chodzi o sprawę Caruso, to chciałbym... - Zamknąć się. Teraz będę mówić tylko ja. Spieprzyłeś sprawę, Vecchio. - Spojrzał na winowajcę takim wzrokiem, że aż Ben przełknął głośno ślinę. - Już byśmy go mieli. Ale ty wymyśliłeś sobie jakąś pogoń, ulicami których nie znasz i ... I wiemy , co z tego wyszło. Ponieważ ja i reszta mamy teraz poważniejsze sprawy na głowie, więc daję ci spokój i wolną rękę, jeżeli chodzi o tą sprawę. Masz ją jednak doprowadzić do końca. I mam nadzieję, że nie będzie to trwało latami. Ray odetchnął. Spodziewał się prawdziwej bury. To, że miał doprowadzić tą beznadziejną sprawę sam do końca, było lepsze, niż wycofanie go z niej. - Dzięki poruczniku. Zaraz... Nie, już się tym zajmuję - odwrócił się , ale ledwo nacisnął klamkę, gdy porucznik uderzył pięścią w biurko. - Gdzie ? Jeszcze nie skończyłem ! Fraser tez już gotowy do wyjścia, cofnął się szybko i stanął na swoim miejscu . Ray wyprostował się i czekał ma dalsze rozkazy. Tymczasem Statson popatrzył na nich jakoś dziwnie, po czym zaczął przerzucać papiery na biurku. Minę miał niewyraźną. - Jest jeszcze jedna sprawa - powiedział po chwili. Następnie zaległa cisza. Ray spojrzał uważniej na komendanta, a Ben wykrzywił twarz, myśląc, że w ten sposób pomoże porucznikowi. Ten wreszcie chrząknął i przeszedł do sedna sprawy. - Mam tu moją... powiedzmy, siostrzenicę. Dziesiąta woda po kisielu, ale coś tam jest. To córka samego burmistrza, Beckera. Wiecie jacy oni są wrażliwi na punkcie swojej rodziny... Zresztą nie ważne. A więc tej panience strzeliło do głowy, żeby napisać książkę, czy kij wie co, o policji. I chciałaby się tutaj trochę pokręcić, żeby zebrać materiały. Nie chciałbym, żeby mi się szwendała po całym komisariacie, więc... Vecchio ! - przeszedł na rozkazujący ton. - Daję ci ją pod twoją opiekę. Ray przez moment był tak zaskoczony, że nie poruszył się. Otworzył szeroko oczy. - Poruczniku, ale dlaczego ja... - Ten czerwony też ci się szwenda pod nogami i nie przeszkadza ci to. Tu Ray mógłby szczerze zaprzeczyć, ale nie dano mu takiej możliwości. - Więc jedna osoba mniej, czy więcej. - Ależ... - próbował jeszcze Ray, chociaż wiedział, jakie to przyniesie efekty. - To wszystko ! - ton porucznika był ostrzejszy niż zwykle. - Możecie odejść. Vecchio wyszedł natychmiast, bojąc się, żeby nie wybuchnąć, a Fraser zamknął drzwi posyłając porucznikowi swój uśmiech. Kiedy dotarli do biurka, Ray usiadł ciężko za nim i złapał się za głowę. - Co za los ! On mnie wystawia na pośmiewisko. Wszyscy będą się ze mnie śmiać jeszcze bardziej. - Popatrzył na swojego czerwonego kolegę. - Fraser, myślałem, że ty jesteś najgorszą rzeczą, jaka mogła mi się przydarzyć, ale myliłem się. To babsko, które mam „ pilnować ” będzie jeszcze gorsze. - Może nie będzie tak źle - powiedział jak zwykle optymistyczny Kanadyjczyk. - Córka burmistrza ! Wolałbym bezdomną sierotę ! Nagle Ray zauważył zbliżającą się do nich dziewczynę. Wszyscy się za nią oglądali, gdyż była niezła i wyraźnie szła w ich kierunku, nigdzie się nie zatrzymywała. Ray próbował sobie wyobrazić siebie przy jej boku. - No, chyba, że to byłaby ona. Fraser odwrócił się, gdy dziewczyna była już tuż przy nich. Ku zazdrości Raya patrzyła tylko na jego kolegę. - Hi ! To ty jesteś ten Kanadyjski Konny ? - Zgadza się - Fraser podniósł się i wskazał krzesło. - Proszę siadać. - Nie, dziękuję. Słyszałam, że tylko od ciebie mogę otrzymać pomoc. Mam kłopoty z bagażem. Czy mógłbyś... - Oczywiście. Ray pokiwał ze zrozumieniem głowę. To nie ona. To byłoby za piękne. Został sam. I żeby zapomnieć o zbliżającym się koszmarze, wyjął papiery dotyczące sprawy Caruso i zaczął je czytać po raz kolejny. Trzeba będzie sprawdzić wszystkie telefony z jego mieszkania, dowiedzieć się czegoś o tej tajemniczej kelnerce, a przede wszystkim sprawdzić jego „ niewinnego ” brata... Zadzwonił telefon. Podniósł słuchawkę, przedstawił się. - Mówi żona burmistrza Backera - zagrzmiało po drugiej stronie, aż się wyprostował. No, zaczęło się. - Jest tak u was moja córka ? - Nie, proszę pani. Jeszcze nie ma. - Mam nadzieję, że zajmiecie się nią należycie. - Tak, proszę pani... Nagle usłyszał w słuchawce śmiech, po czym pół sali również się zaśmiało. Rozejrzał się zaskoczony. - Tu jestem, po prawej stronie. Odwrócił się i zobaczył przy biurku Johna śmiejącą się dziewczynę. Odłożyła trzymaną w ręce słuchawkę, zabrała swoje rzeczy i zmierzała w jego kierunku. Ray odłożył słuchawkę trochę za mocno, ale miał tego dość. Wszyscy już się z niego nabijali. Co będzie dalej ? A najbardziej wkurzała go rozchachana gęba Johna. - Bardzo śmieszne ! - rzucił mu zjadliwie, jednak odniosło to przeciwny do zamierzonego skutek i mężczyzna roześmiał się jeszcze bardziej. Spojrzał bardzo nieprzyjaźnie na siadającą obok dziewczynę. Niech ona sobie będzie nawet córką prezydenta. Nikt nie będzie z niego robił wała, a on ma jeszcze się do tego uśmiechać. - Jestem Veronica - powiedziała. - Ja nie będę ci się przedstawiać i wygłupiać, bo to chyba należy do ciebie, co ? - Chyba tak. Dziękuję, że mogę usiąść. Jesteście z tym swoim kolegą najpoważniejszą tutaj parą, ponurzy jak chmury gradowe i sztywni jak kije. Przyda wam się trochę luzu. - O tak, bardzo ci dziękujemy, że się tak o nas troszczysz. Wyjęła ze swojej wielkiej torby duży notes i długopis. Chciała o coś zapytać, ale właśnie zjawił się Fraser. W przeciwieństwie do swojego kolegi był jak zwykle zadowolony i w dobrym nastroju. - To właśnie ona - powiedział Ray wskazując na dziewczynę i o mały włos nie dodał „ niestety ”. Veronica podała mu rękę, przedstawili się. Popatrzył na nią uważnie, później odwrócił się i spojrzał na biurko Johna. - Czy to nie ty podstawiłaś mi tam nogę ? - zapytał. Roześmiała się, a Ray pokiwał głową. - Już mówiłam twojemu koledze, że jesteście tacy sztywni i układni, że chciałam zobaczyć, co będzie, gdy się czasami ten wasz wizerunek twardzieli. Chciałam zobaczyć, jak upadasz. Ray uśmiechnął się promiennie do Frasera. - Będzie nam tu bardzo wesoło przez najbliższe dni. Nie myśl sobie - zmienił ton i zwrócił się do dziewczyny - że skaczemy z radości z tego powodu, że będziesz się nam plątać pod nogami. - Tak, wiem. Już słyszałam waszą opinię na ten temat, gdy wychodziliście od mojego...od porucznika Stetsona. - Cieszę się, że się rozumiemy. - Jesteś pisarką ? - zapytał uprzejmie Fraser. - Nie, zamierzam nią dopiero zostać. - Udała, że nie widzi odpowiedniej miny Raya. - Jeszcze o tym nie wiecie, ale mogę wam pomóc w wielu sprawach. - Tak ? - spytał ironicznie Vecchio. - Na przykład w jaki sposób ? - Umiem robić doskonałe zdjęcia, znam dużo wpływowych osób, mam w domu komputer i świetnie się na mim znam. - Już nam pomogłaś, dziękujemy. Pokiwała głową, ale nie rezygnując wzięła znowu notes, przewróciła kartkę i przygotowała się do pisania. - Dobra. A teraz powiedzcie mi cos o sobie. Jesteście żonaci ? Kanadyjczyk już usłużnie otworzył usta, ale kolega go wyprzedził. - A kogo to interesuje ? - Mnie. Chcę napisać o was książkę. - Słyszałem, że chcesz napisać książkę o policji, a nie o osobistym życiu policjantów. - W mojej książce będzie też życie osobiste policjantów. - Nie wiem, kto ci będzie udzielał takich informacji - powiedział Ray i zabrał się do rozłożonych na biurku papierów. To również jej nie przeszkadzało, ani nie zniechęcało i pytała dalej : - A więc wróćmy do pytania. Czy jesteście żonaci ? - Nie - odpowiedział grzecznie Frazer. - A czy macie kogoś ? - Nie. - Nie interesują nas kobiety - rzucił Ray, chociaż wydawało się, że już nikogo nie słuchał. Spojrzała zza notesu dziwnie. - Jesteście pedałami ? - zapytała swobodnie. - Bzdura ! - Ray uderzył pięścią w blat biurka. Miał jej dość, ale zorientował się, że lepiej będzie z nią rozmawiać, po swojemu, niż czekać na uprzejme odpowiedzi tego czerwonego. - Nie mamy na to czasu. A może... - przerwał, czym zwrócił baczniejszą uwagę nie tylko dziewczyny, ale i Frasera - kobiety, które znamy, nie interesują nas, nie odpowiadają nam. - Teraz ty gadasz bzdury. Każdy mężczyzna potrzebuje iść do łóżka z kobietą. Nie musi mieć żony, czy narzeczonej, ale musi być zainteresowany kobietami. Tak ten świat jest urządzony . Przynajmniej raz na tydzień. Ray spojrzał wymownie na swojego kolegę, po czym pochylił się do dziewczyny. - Wierz mi, gdy patrzę na ciebie odechciewa mi się nie tylko „ raz na tydzień ”, ale na cały rok. Nie obraziła się, wzruszyła tylko ramionami. - Jeżeli tego nie odczuwasz, to coś jest z tobą nie tak. A ty, Fraser ? - zapytała Kanadyjczyka. Ten zastanowił się chwilę. - Kobiety mnie trochę peszą. Ale też nie mam na to czasu. Wydawało się, że ta odpowiedź ją zadowoliła, ale zaraz zrobiła zrezygnowaną minę. - Ale trafiłam - powiedziała. - A może ty nam powiesz z kim się ostatnio spotykasz ? - zapytał przymilnie Ray. - Ja jestem kobietą. Nie mam takich potrzeb jak wy. - A może jest jakiś inny powód ? Raz był wściekły za to „ coś jest z tobą nie tak ”. Sam kiedyś o tym myślał, ale o mało nie zgłupiał, więc dał sobie z tym tematem spokój. Chciał wreszcie poznać jakąś kobietę, jeśli nawet nie na stałe, to chociaż pójść na randkę. Ale to niestety nie było takie łatwe. Nie udało mu się w ostatnim czasie zainteresować sobą żadnej. A od kiedy był z nim Fraser, cała uwaga kobiet skupiała się tylko na czerwonym. Pocieszał się, że kolega też nie był nimi zainteresowany, ale to wymuszona pociecha. Ale na pewno on nie będzie o tym opowiadał tej mądrali. A co do łóżka, to gdyby mu nawet zapłacili, gdyby nie miał kobiety od bardzo dawna, nie przespałby się z nią. - Kiedyś ci może o tym opowiem - usłyszał zaskoczony. - Dziękuję, nie trzeba. - Podniósł się, biorąc część papierów. - Fraser, idziemy po wydruk telefonów z mieszkania, w którym ostatnio przebywał Caruso. Veronica szybko złożyła swój notes i sięgnęła po płaszcz. - Idę z wami - powiedziała. Ray poszedł pierwszy, nawet się za sobą nie oglądając. Kanadyjczyk przepuścił dziewczynę pierwszą, która po drodze nie próżnowała. - Naprawdę jesteś z Kanady ? A co robisz w Chicago ? Z własnej woli jesteś z tym palantem ?
Przez ostatni tydzień Veronica dała popalić Rayowi i Benowi. Oczywiście Kanadyjczyk nie przejmował się tym tak bardzo , jak zawsze zresztą zachowywał swój stoicki spokój. Raczej bardziej go to śmieszyło. Ary jednak nie mógł znieść obecności tej dziewczyny. Chętnie by ją udusił, albo robił wszystko, żeby tylko z nimi nigdzie nie szła. Wiedział jednak , że nie może robić takich rzeczy. To jednak córka burmistrza. Dlatego może po pewnym czasie zaczął się wreszcie do niej przyzwyczajać. Tym bardziej, że miała znajomości „na górze”, pomagał im tym swoim komputerem w domu, zwłaszcza, że Ray nie chciał się pojawiać ze swoją „świtą”, jak mówili już jego koledzy w pracy. Był już pośmiewiskiem wszystkich, nawet z innych wydziałów. W dodatku nic się nie zmieniło, śledztwo w sprawie Caruso nie posuwało się w ogóle na przód, gdyż przez Trasera i jego wszechpotężną dobroć i chęć niesienia pomocy całemu światu robili wszystko, tylko nie to, co powinni. A przy tym Veronica ze swoimi głupimi dowcipami o każdej porze dnia i nocy. Albo wydzwaniała do nich i wzywała ich do szefa, albo podrzucała czyjeś papiery, albo blokowała windę ( od tej pory chodzili wyłącznie schodami ), chowała Rayowi kluczyki od jego samochodu i to często w zbyt mało wyszukanych miejscach. Mimo, że wszyscy mieli ubaw z ich partnera, to jednak nie lubili dziewczyny. Była córką burmistrza, niezależnie od tego, jaka była, mogła być dla nich niebezpieczna. Mogła o wszystkim mu powiedzieć, mogła mu powiedzieć coś niepochlebnego o całym posterunku, lub poszczególnych osobach. Śmiali się z Raya i Bena, ale Veronica nie zyskiwała sobie tymi kawałami przyjaźni. Jedynie Diefenbaker bardzo się do niej przywiązał. Zawsze mu coś przynosiła, siadała obok niego na ziemi i rozmawiała z nim. Nikt przecież nie chciał z nią tego robić. Dzisiejszego dnia spóźniła się. Jak zwykle już z daleka rzuciła torebkę na krzesło, zdjęła płaszcz. Przy biurku siedział tylko Ray, który starał się ignorować obecność dziewczyny. Ta spojrzała na wilka, który siedział w kącie. - Cześć, Diefenbaker. Nic ci dzisiaj nie przyniosłam, nawet sama nie wzięłam kanapek. Myślę, że pozwolą mi wyskoczyć na jakieś śniadanie - spojrzała na Raya, a później mrugnęła do wilka. - Bo to jedzenie z automatów... - Dla mnie możesz wyjść i już nigdy nie wracać powiedział Vecchio i przewrócił kolejną kartkę. - Dziękuję. Chyba wezmę twój wóz... Mimo, że to było nie możliwe, żeby mu już zginęły kluczyki, ale mimo to, zaczął ich szukać. Na szczęście leżały sobie spokojnie w kieszeni. Dziewczyna roześmiała się i zaczęła grzebać w papierach leżących na biurku. - Co tu dzisiaj mamy ? Zaraz, czegoś mi tu dzisiaj brakuje... A gdzie nasz wspaniały i przystojny konny ? - Szuka wspomnień. Podobno widział kobietę, z którą kiedyś znał, ale powinna ona siedzieć w więzieniu, do którego on sam zresztą ją wpakował. - No, wreszcie jakaś kobieta - zainteresowała się Veronica. - Koniecznie muszę z nim o tym porozmawiać. Ray rzucił jej jakąś kartkę. - Masz tu wszystkich Jacków Caruso. Sprawdź pierwszą połowę, czy to nie nasz braciszek. Ja zajmę się druga połową. Po selekcji zostało im się czterech, którzy mogliby pasować do poszukiwanego. Veronica była już dostatecznie znudzona tym zajęciem, więc miała właśnie zrobić jakiś numer, gdy zjawił się Fraser. Ożywiła się od razu. - Cześć Ben - powitała go. - Słyszałam, że gonisz jakąś kobietę. - Chyba mi się tylko wydawało, że to ona. - Opowiedz mi o niej. Chciał wyjąc notes, ale Ray podniósł się zza biurka i rzucił jej kartkę. - Teraz jedziemy do tych facetów. Później zajmiemy się wywiadami. Wieczorem, kiedy Ray odwoził najpierw Bena pod dom, wysiadła z nim też Veronica. Ben wiedział, po co to robi, więc odwrócił się do niej i powiedział : - Nie chcę o tym rozmawiać. Ponieważ nie odpowiedziała, zaczął wchodzić po schodach. Szła za nim, mimo, że i Ray coś do niej krzyczał. - Ben, to przecież takie ważne. Wreszcie pojawił się ktoś w twoim życiu, taki... tajemniczy i ... - Zachowujesz się jak dziennikarka - powiedział obojętnie, ale wyczuwało się w jego głosie irytację. - Jak wścibska dziennikarka. - Och, przecież wiesz, że to nie jest tak - nie rezygnowała. - Chodzi mi tylko o książkę, a to jest takie ciekawe. I prawdziwe, a to jest najważniejsze. Książka będzie bardziej ciekawsza, zwłaszcza dzięki tobie, no i twojemu życiu. - A co z Rayem ? Wiesz przecież więcej o mnie niż o nim. - Och nie, daj mi spokój z Rayem. Ma takie nudne życie, że wystarczyłoby na jedną stronę. Stanął pod drzwiami i spojrzał poważnie na dziewczynę. Widział, że tak łatwo nie zrezygnuje. - Veronico, daj mi spokój. To moje prywatne życie. I teraz chcę być sam. Ponieważ nic nie odpowiedziała, zamknął przed jej nosem i wilkiem drzwi. Spojrzała na Diefanbakera, westchnęła i usiadła na ziemi, opierając się o drzwi. Zaczęła targać zwierzę. - Trochę sobie tutaj posiedzimy razem - powiedziała do niego, a głośno dodała : - Chcę ci tylko powiedzieć, że ja tu będę czekać , aż się zdecydujesz ze mną porozmawiać. Choćby całą noc. A jak będziesz dawał jeść wilkowi, to rzuć coś i mnie. Drzwi otworzyły się nagle, o mało nie upadła. - Nie siedź tutaj - powiedział łagodnie, ale wiedziała, że jest wkurzony. - Ta dziewczyna to moja osobista sprawa. Nie chcę o tym rozmawiać, a przynajmniej nie teraz. Nie możesz tego zrozumieć ? Podniosła się i bez słowa zaczęła schodzić w dół.
Pewnego dnia w samochodzie Raya znaleźli małe dziecko. Miało ono około ośmiu miesięcy i nie zdając sobie sprawy ze swojego położenia bawiło się grzechotką. Myśleli co z nim zrobić przez ładnych parę minut. Po wspaniałych pomysłach Raya, żeby go zostawić na ulicy, zostawić pod czyimiś drzwiami, lub postawić obok kosza na śmieci, zdecydowali się wreszcie na oddanie je do ochronki. Pojechali szybko do obskurnego budynku na krańcach miasta, ale kiedy pobyli tam parę minut i zobaczyli te wszystkie dzieci zostawione same sobie, szybko się wycofali. Nawet Rayowi zmiękło serce. - Idziemy stąd jak najdalej - powiedział oddając kojec z dzieckiem Benowi i wsiadł za kierownicę. - Niech to dziecko lepiej będzie samo niż tutaj. Wiem, nie patrz tak na mnie. Dajmy sobie trzy dni. Jeżeli nie znajdziemy jego rodziców, będziemy wtedy nad tym miejscem. - Dobrze. Tylko jak będziemy z tym małym szukać jego rodziców ? - Skąd wiesz, że to on ? - Kolor jego ubranka, oraz zachowania świadczące... - zaczął Ben, ale Ray szybko mu przerwał. - Dobra, zapomnij o tym pytaniu. Musimy coś z nim zrobić. Myśleli chwilę, wreszcie jednocześnie spojrzeli na siebie zadowoleni. - Tak ! Kiedy Veronica otworzyła im drzwi, Ray nie czekał aż ich zaprosi, lub zacznie wydziwiać. Zdecydowanie wszedł do środka. - Mamy do ciebie prośbę - powiedział Ben. Zobaczyła dziecko i roześmiała się. - Wiedziałam, że jesteście pedałami, ale jak wyjaśnić to dziecko, nie mam pojęcia... - Nie wysilaj się - rzucił Ray rozglądając się po skromnym mieszkaniu dziewczyny. - Pokażcie to maleństwo. Zachwycała się dzieckiem, a Ray przemierzał zamaszyście małe pomieszczenie, zajrzał do kuchni. W całym mieszkaniu panował też bałagan, na podłodze walały się nie rozpakowane kartony, brakowało typowych rzeczy dla dziewczyny, jak kwiatków, serwetek, maskotek... - Tak mieszka córka burmistrza ? - zapytał złośliwie Vecchio. - W takiej dzielnicy i w takiej norze ? Co , ojciec nie kocha swojej córeczki ? Czy może córeczka to darmozjad, który myśli, że może robić, co chce, ale nie ma z tego pieniędzy ? - Widać było, że rozkoszuje się ty, co mówi. - Teraz ty się nie wysilaj - odpowiedziała spokojnie Veronica, kładąc dziecko do kojca. - Mam pracę. I co , malutkie ? - zwróciła się do dziecka . - Przynieśli cię, pójdą sobie i cię zostawią ? To chłopczyk ? - Tak. - Jak ma na imię ? - Niestety, nie wiemy - odpowiedział Ben. - Masz pracę ? - zaciekawił się. - Tak. Robię zdjęcia. - Zaopiekuj się dzieckiem przez trzy dni - przerwał ostro Ray. - My mamy ważne sprawy. Idziemy, Fraser. - Zaraz - chciała ich zatrzymać. - Ale opowiecie mi o tym ? Ray poklepał kolegę po ramieniu i uśmiechnął się. - Ta. Fraser ci opowie, na niego możesz liczyć. Wzruszyła ramionami i wróciła do dziecka. Musiała je przewinąć, nakarmić... Wieczorem zjawił się u niej Kanadyjczyk, zobaczyć, jak się ma dziecko. Spojrzała na niego zaskoczona. Ten mężczyzna była naprawdę inny od tych, których znała. Nawet zgodził się wykąpać z nią maleństwo. Już sobie wyobrażała przy tym zajęciu Raya. Kiedy dziecko zasnęło spokojnie, nie zdając sobie sprawy, co się może z nim stać, kiedy nie znajdą się jego rodzice, dziewczyna usiadła przy komputerze i kazała opowiadać Benowi o sprawie Caruso, o tym, czego się dowiedzieli do tej pory i na jakim są etapie. Opowiadał chętnie, może nawet zbyt dokładnie. Robiła więc skróty, zapisywała tylko najważniejsze rzeczy. Z komentarzy konnego można było napisać kolejną książkę. Na koniec pisała coś jeszcze, więc Fraser podniósł się i podszedł do stojących na półce płyt. - Tylko muzyka poważna ? - zapytał. - Ostatnio tylko. Mam jeszcze inne płyty, ale nie rozpakowane. Miewam takie okresy, że słucham tylko jednej muzyki, aż do bólu, a później przerzucam się znowu na inną. - Wnioskuję, ze wprowadziłaś się niedawno. - Tak - uśmiechnęła się. Jakże on mógłby tego nie zauważyć ! - Ale nie chcę o tym mówić. Chcesz posłuchać czegoś ? - Nie chciałbym przeszkadzać... - Jeżeli nie masz ochoty zostawać dłużej, to po prostu powiedz. - Czekała na niego, ale milczał. Podniosła się i podeszła do niego. - Dobra, puszczę ci tylko jedno. Nie wiem, czy to znasz. Nie, nie znał tego. Utwór był naprawdę piękny. Tym bardziej, że słuchali go w milczeniu. Rzadko zdarzało mu się słuchać z kimś muzyki w takiej ciszy, bez jednego słowa, bez komentarza, czy pytania „ czy ci się podobało ”. Wyszedł od dziewczyny w jakimś dziwnym nastroju. Na sali było dzisiaj dosyć spokojnie. Tylko Ray robił trochę zamieszania namawiając swoich znajomych na grę w bilard. Jego rodzina wybrała się w odwiedziny, został sam w domu i właśnie włożył stół bilardowy do pokoju, chciał więc go wypróbować. - Ja też chcę przyjść - odezwała się milcząca jakiś dłuższy czas Veronica. - A ty po co ? To męski wieczór. - Tak ? I co będziecie robić ? Bić się, zabawiać z dziwkami ? - Nie. Będziemy grać w bilard - powiedział Ray tak dramatycznym głosem, że myślał iż to wystarczy, żeby dziewczyna się odczepiła. - No... To ja też. - Umiesz grać ? - Nie. Ray pokiwał z politowaniem głową, ale miał tego dość. Kiedy minęła pierwsza złość na dziewczynę, starał się ją traktować w miarę poważnie, ale nie dało rady. Mógłby ją wprawdzie unikać, ale miał masę spraw do załatwienia, porucznik Statson nie dawał mu chwili wytchnienia, a ostatnio został sam, odkąd Fraser odnalazł swoją znajomą i obecnie przebywał tylko z nią. Nawet załatwił sobie zwolnienie lekarskie w konsulacie. Nie pokazywał się na komisariacie już drugi tydzień. Ray jeszcze go takiego nie widział. Z początku ucieszył się, ale potem też miał już tego dość. Sprawa Caruso stała w miejscu, a on musiał teraz sam przebywać z tą wariatką. - A może wy nauczycie się czegoś ode mnie ? - dodała tajemniczo dziewczyna. - Czego ? Robienia numerów ? Idź ty lepiej już do domu i nie truj już. Popatrzyła chwilę na mężczyznę, kiedy podrzucał bilę i już nie zwracał na nią uwagi. - Możesz mi powiedzieć, dlaczego nie mogę przyjść ? Nie przebywamy nigdzie poza pracą... - Jeszcze tego brakowało ! A wiesz czemu ? - zdenerwował się nie na żarty. - Bo nikt cię tu nie lubi. Nawet Fraser nie traktuje cię poważnie. Patrzyła na niego, nie wierząc, że coś takiego powiedział. Później rozejrzała się po wszystkich, którzy przysłuchiwali się tej rozmowie. Od razu odwrócili wzrok. Wyczuła, że to, co powiedział Ray było prawdą. Nie zależało jej na tym, żeby ją wszyscy lubili, ale te słowa zabolały ją. Westchnęła, wzięła płaszcz, torebkę i wyszła bez słowa, co jej się rzadko zdarzało. Nie pokazała się na posterunku przez dwa dni. Zastanawiała się przez ten cały czas, jak ma dalej postępować. Chciała się zaprzyjaźnić z Rayem i Benem, chciała poznać ich pracę i życie i miała nadzieję, że oni docenią to, że się nimi interesuje. Nie przeszkadzało jej już nawet dokuczanie Raya. Wiedziała, że jest nerwowy, ale był w porządku. Myślała, że... miała nadzieję... W tym momencie ktoś zapukał. Kiedy otworzyła drzwi, okazało się, że to Ray. - Chyba pomyliłeś mieszkania - nie mogła się pohamować od złośliwości. - Mogę wejść ? - Ja cię nie wyrzucę z mojego domu. Usiadł ciężko na kanapie, nawet nie zdjął płaszcza. Wyjął spod niego cztery piwa, postawił je na stole. Poszła do kuchni, przyniosła dwie szklanki. Nalał do jednej, a sam napił się prosto z butelki. Milczeli chwilę. Widziała, że coś się stało, ale to on przyszedł do niej. Niech zacznie pierwszy. - Mamy kłopoty - odezwał się wreszcie. - To znaczy kto ? - Ja i Fraser. Ta jego dziewczyna... Przeczuwałem, że będą z nią kłopoty. To złodziejka. Wyszła niedawno z więzienia. Jej siostra zginęła w wypadku, a ona ogłosiła, że to ona zginęła, występowała do tej pory pod innym imieniem... Robi same przekręty, odkąd się urodziła. Oczywiście Fraser uważa, że się zmieniła, że jest już inna, że to los ją tylko tak doświadcza... takie tam bzdury. A ona tymczasem postrzeliła Diefenbakera w domu Frasera i uciekła. Podobno jej wspólnik z ostatniego skoku chce ją zabić, ponieważ uważa, że ona ma pieniądze z tego skoku. Oczywiście ona przysięga się, że nie ma żadnych pieniędzy. Fraser jej wierzy, ja nie wiem, co robić... A tymczasem ona zabija tego wspólnika, a my jesteśmy podejrzani o współudział. Była u Frasera, była u mnie w domu, a okazuje się, że nigdzie nie ma jej odcisków palców. A na dodatek rozdawała fałszywe pieniądze, dała Benowi, a ten był mi winien i dał mi... - Przechylił butelkę i pociągnął wielki łyk. - Jestem zawieszony - zakończył ponuro. - Boże... Co z Diefenbakerem ? - Żyje, jeszcze. - Nie mogłeś powiedzieć mi o tym wcześniej ? Może coś byśmy wykombinowali... Starał się unikać jej wzroku, ale widać było, że zmiękł. - Prawdę mówiąc... cieszyłem się, ze cię nie ma. Że nie kręcisz się wreszcie przy mnie... Tylko, że teraz brakuje mi kogoś, z kim mógłbym porozmawiać. Ben szuka tej swojej, żeby się przyznała, chce ją wybronić z tego wszystkiego... A ja nie wiem, co mam o tym wszystkim sądzić. Nie wiem, czy mam też jej szukać i aresztować ją przed nim... - Ray, to jego sprawa. Jeżeli on ją kocha, nie możesz mu odebrać nadzieję, że ją znajdzie, że ją wybroni... Musimy teraz być z nim... I nie ważne, czy ona jest winna, czy nie. Pokiwał głową, jakby sam chciał tak myśleć, ale bał się powiedzieć tego na głos. - Dzięki, że przyszedłeś do mnie. - Dlaczego ? - tym razem nie bał się już spojrzeć na nią. - Wiem, że mnie nie lubicie, że nikt mnie nie lubi i ...nie przerywaj mi. Myślałam tylko, że mimo wszystko się zaprzyjaźnimy, że nie będę wam aż tak bardzo przeszkadzać. Wiem, że mam ciężki charakter, ale kto ma łatwy... Nie wiedziałam, co ma dalej robić... Ale teraz, kiedy przyszedłeś do mnie jest szansa... Jutro rano poruszę wszystko, żeby dowiedzieć się czegoś więcej - zmieniła ton i podniosła się. - A teraz jedziemy do Diefenbakera. Wilk nie miał się najlepiej, tym bardziej, że leżał sam, opuszczony i smutny. Dowiedzieli się, że Kanadyjczyk był u niego ale tylko na parę chwil. Gdzieś się śpieszył i wyszedł szybko. Nazajutrz rano Ben zjawił się na posterunku. Podobno znalazł swoją dziewczynę, Victorię i namówił ją, żeby się zgłosiła na policję. Rozstali się, a ona miała zadzwonić. Siedzieli więc przy biurku i czekali na telefon. Weszła Veronica, Ben nawet nie zauważył jej obecności. Przyniosła kawę, usiadła obok Kanadyjczyka. - Załatwiłam lepsze lekarstwa dla Diefa - powiedziała, stawiając kubek na biurku. - Dzięki. Jak z nim ? - Na razie bez zmian. Zobaczymy co będzie po tych lekach... Rozmawiałam też z burmistrzem... Jeżeli coś będzie nie tak, stanie po twojej stronie. Nie zareagował. Pewno niewiele go to obchodziło. Zadzwonił telefon, ale to nie była ona. Veronica rozejrzała się po biurku, chciała coś porobić, ale Ray pokręcił przecząco głową. Westchnęła, usiadła przy Benie i zaczęła bawić się piłką Raya. - Myślisz, że zadzwoni ? - zapytała. - Oczywiście - powiedział i słychać było, że przekonuje samego siebie. - Obiecała mi, a ja ją znam. Zadzwoni. Może znowu ma jakieś kłopoty... Spojrzała na Raya. Ten przecząco pokręcił głową. I miał rację. Nie zadzwoniła. Wieczorem Veronica siedziała jeszcze na komisariacie. Ben wyszedł po południu i nie dał znaku życia. Coś się działo u porucznika Statsona, ale nikt nic nie wiedział. Szukały właśnie z Eline danych o dziewczynie Bena, kiedy nagle otworzyły się drzwi i weszło kilka osób. Wśród nich był Ben. Miał skute z tyłu ręce, był z obstawą. Prowadzono go prosto do aresztu. Na samym końcu szedł Ray, pogodzony już z tym , co się stało. Veronica zerwała się i nie mogąc uwierzyć w to, co widzi podeszła do nich. - Co wy robicie ? - Proszę się odsunąć - powiedział Hew, który dobrze znał Veronicę. - On jest w kajdankach... Luise, o co on jest oskarżony ? - O morderstwo, pierwszego stopnia. - Chyba jesteście chorzy ? Żaden człowiek przy zdrowych zmysłach nawet nie pomyślałby o tym... Poruczniku Statson... - Odsuń się Veronico i nie rób scen - odpowiedział szef i wszyscy się zdziwili, że zrobił to tak łagodnie. Widocznie i on źle się czuł z tym , co robił. Stała bezsilna i patrzyła jak Ben znika za drzwiami, za którymi nigdy nie powinien się znaleźć. Na sali panowała cisza, niewielu pracowników kręciło się o tej porze, ale ci co byli milczeli z dezaprobatą. Przeklęła głośno. Ray stał przy swoim biurku i patrzył z podziwem na dziewczynę. Zobaczył ją wreszcie zupełnie inną. To jej wystąpienie... Tylko ona odważyła się na nie. On też wiedział, że aresztowanie Bena za morderstwo były czystym absurdem, ale przecież nic nie mógł poradzić. Szlag go trafiał z bezsilności, ale mógł tylko milczeć. A przecież też mógł się tak zachować jak Veronica, ale mimo to nie zrobił nic. Był jej teraz za to wdzięczny, co zrobiła. Podziwiał ją za to i przyrzekł sobie, że już jej nie będzie dokuczał tak, jak do tej pory. Dziewczyna podeszła do niego. - Zróbmy coś ! - Poczekajmy na kaucję. - Zebrał wszystkie papiery z biurka, schował je do teczki i ruszył do wyjścia. Już wiedział, co trzeba zrobić. - Pewno będzie wysoka. Muszę zastawić dom. - Ja mam trochę pieniędzy. Możesz wziąć też i moje. - Pewno nie starczy... - Starczy, to spora suma. Jest przecież niewinny, tylko musimy zacząć działać. Jak będziesz się z nim widział, wypytaj go dokładnie o tą Victorię. Jak ją można szukać, gdzie i co... Musimy przecież jej udowodnić to morderstwo. - Wątpię, czy będzie chciał ze mną rozmawiać na ten temat. On ją kocha, wierzy jej i na pewno nie będzie chciał zeznawać przeciwko niej. Już raz ją wsadził do więzienia, czego nie mógł sobie wybaczyć. Teraz pewno nie będzie chciał tego powtórzyć. - Nie ma innego wyjścia. Albo musi ją wsadzić po raz drugi, albo posiedzi za nią.
Od tamtej sprawy minął miesiąc. Ben wyszedł z aresztu i sam znalazł swoją dziewczynę. Uciekała jednak przed nim, a on nie wiedział, czy ma ją gonić, czy ... Kiedy krzyknęła do niego, żeby z nią jechał zawahał się. Ona wsiadła w pociąg i wyciągała do niego rękę. Zaczął więc biec obok ruszającego pociągu. A w tym czasie wpadł Ray na dworzec i kiedy zobaczył , ze Victoria wyciąga cos w kierunku kolegi, myślał, że to jest pistolet, wyciągnął swoją broń i strzelił. Traf chciał, że kula dosięgnęła Bena, który upadł na ziemię, jak martwy. Dziewczyna odjechała pociągiem i już jej nie złapali. Ben trafił do szpitala, z kulą w kręgosłupie, a kiedy ją wyjęli, okazało się, że jest sparaliżowany i nie może chodzić. Ray bardzo przeżywał to, co się stało. Winił za to wszystko tylko i wyłącznie siebie i nie mógł sobie z tym poradzić. Zajął się nim psychiatra policyjny, ale nie chciał z nim rozmawiać na ten temat. Wolał iść do Veroniki i przed nią się wygadać. Słuchała go w skupieniu i nic nie mówiła na ten temat. A to mu odpowiadało. Za to kiedy spotykali się w szpitalu, kiedy odwiedzali nie mniej przygnębionego Bena, kłócili się ile wlezie. Sami może chcieli zapomnieć o tym, że leży bez ruchu ich kolega, który był jeszcze nie dawno tak ruchliwy. A Kanadyjczyk dzięki nim wrócił do zdrowia i wydawał się tez zapominać o tym, co się stało. Miał nawet dość tych dwojga, kiedy zaczynali swoje wywody, racje, czy udawadniali, kto jest głupszy. Wreszcie Fraser został oczyszczony z wszelkich zarzutów, a Ray wrócił do sprawy Caruso Pewnego dnia Veronica siedziała przy komputerze i szukała firm, którymi zajmowali się bracia Caruso, gdy usłyszała pukanie. Spojrzała na zegarek, była już dosyć późna godzina. W drzwiach stał Fraser. Była zaskoczona jego widokiem. - Już wyszedłeś ? Przecież miałeś ... - Wypisałem się, na własne żądanie. I chciałem z tobą porozmawiać o Victorii. - Wejdź - powiedziała szybko, chociaż zatkało ją. Tak zamknięty dotąd Ben chciał rozmawiać na tematy osobiste, i to na dodatek z nią ! Usiadł na kanapie, utkwił wzrok w jednym punkcie. Veronica myślała, że ten stan ma już za sobą, że przecież czuł się ostatnio lepiej. Stała przy komputerze i zamykała program, przy którym działała. - Czy mogę pisać od razu na komputerze ? - zapytała. Podniósł na nią błędne oczy. Miała wrażenie, że nie wiedział , kim była. - Nie. Usiądź koło mnie, nie chciałbym się czuć, jak przed dziennikarką. Wyłączyła więc komputer i usiadła po drugiej stronie kanapy. A Ben zaczął mówić. Była zaskoczona tym, co usłyszała. Myślała, że Kanadyjczyk będzie mówić ogólnikowo, tylko o najistotniejszych sprawach. A on tymczasem otworzył się przed nią, jak przed matką, czy najbliższą osobą. To brzmiało jak najskrytsze zwierzenia. Starała się zachowywać normalnie, powstrzymywała się przed rzuceniem do niego i pocieszaniem. Pewno nie po to tu przyszedł. - Nigdy nie myślałem o kobietach poważnie - kończył Fraser. - Ale gdy ona się pojawiła, czułem, że muszę mieć kogoś, ze jest taka pustka bez tej osoby... Myślałem, że wreszcie zacznę normalne życie, że wreszcie zamieszkam z dziewczyną, którą kocham, że wszyscy się przestaną mnie czepiać... No ale cóż , nie dane mi było takie życie. Ona nie chciała wycofać się ze swojego złodziejskiego procederu, a ja nie chciałem w tym uczestniczyć. Kiedy jednak tak stałem na tym dworcu i patrzyłem jak odjeżdża, jak wyciąga rękę do mnie, czułem, ze coś tracę, że już nigdy nikt nie da mi takiej szansy bycia z kimś tak ważnym... Zdecydowałem się w jednej minucie, zacząłem biec do niej, nie po nią, tylko do niej. Gdyby nie Ray byłbym teraz z nią... Jak mam więc zapomnieć o niej, tak jak to chce Ray ? Przestał mówić i Veronica miała wrażenie, że zaraz się rozpłacze. Spojrzała na niego i zobaczyła w jego oczach łzy. Nie wytrzymała, przesunęła się blisko niego, wzięła go za rękę i przytuliła do siebie. Chyba nawet nie wiedział, co się z nim dzieje. Veronica poprawiała sobie torbę, która spadłą jej z ramienia i wtedy na korytarzu zobaczyła kłócących się Raya i Bena. Stanęła przy nich bezceremonialnie. - Hi ! O co chodzi ? - Odejdź - powiedział ostro Ray, nawet nie raczywszy na nią spojrzeć. - Idź do mojego biurka. - Ale mogę tylko... - próbowała jeszcze , ale bez skutku. Ray był bezlitosny. - Nie ! Wzruszyła ramionami . Po drodze spotkała jeszcze siostrę Raya, która nadawała coś do Eline. Coś się tu wydarzyło, ale pewno nikt jej tego dobrowolnie nie powie. Ale ona i tak się dowie. Zjadła śniadanie, porozmawiała z Diefenbakerem, gdy wreszcie przyszedł Ray. Trzaskał szufladkami, drzwiczkami, był nieźle wkurzony. Nie odzywała się, czekała, aż jej sam wyjaśni. Ostatnio i tak jej wszystko mówił, więc czekała, ale on uparcie milczał. Podała mu wydruk z wczorajszych poszukiwań. Przeglądał w milczeniu, ale pewno nic tam nie widział. Rzucił kartkę na biurko. - Fraser przespał się z moją siostrą - wypalił nagle, a ona, popijając w tym momencie kawę, o mało się nie zakrztusiła. - Nie możliwe - powiedziała. Spojrzał na nią tak groźnie, że już nie chciała z nim dyskutować na temat tego, czy to prawda, czy nie. - I co z tego ? - postanowiła z innej beczki. - Jak to co ? To moja siostra. - Ale nie żona, ani dziewczyna. - A gdyby przespał się z twoją matką ? - wypalił . Wzruszyła ramionami. - To by była jej sprawa. I jego. - O nie, to moja sprawa. - Zadzwonił telefon. Odebrał, ale zaraz kogoś objechał i powiedział, że później zadzwoni. Odłożył słuchawkę , wziął ołówek i zaczął nim pukać. - Ona myśli, że jeżeli on się z nią przespał, to się z nią ożeni. Znowu ją zatkało. Odwróciła głowę, żeby nie widział jej zdenerwowania. - Tak jej powiedział ? - Nie. Ale ona tak uważa. - No to jej wytłumacz delikatnie, że jest inaczej. - Ale po co on z nią spał ? Wyrzuciła kubek do kosza. - A kto ci w ogóle o tym powiedział ? - zapytała. - Fraser. Powiedział, że Francesca przyszła do niego w nocy i ... - I ? - I tyle mi powiedział. Chciał, żebym tyle wiedział. Gdyby się z nią nie przespał, nie mówiłby mi o tym, prawda ? Nie poszła chyba tam gotować. Zastanowiła się nad tym, co usłyszała i próbowała w szybkim czasie ocenić sytuację. Nie chciała dopuścić nawet myśli do siebie, że to wszystko mogło się wydarzyć. - Słuchaj... On ci to powiedział, bo jest twoim przyjacielem. Naprawdę nie wiem, na co się wściekasz. On jej na pewno nie uwiódł, tego możesz być pewny. Tego ja jestem pewna. Sama do niego przyszła. Zaczął się wreszcie zachowywać jak mężczyzna - zakończyła dla zachowania pozorów. - Dlatego, że zaczął sypiać z kobietami ? - spojrzał na nią ironicznie. - Oczywiście. To normalne. I dobrze, bo kto by czytał książkę o dwóch pedałach - policjantach ? Zamachnął się na nią, ale schowała się za biurkiem. Trochę się jednak uspokoił. Zaczął wreszcie dokładnie czytać papiery, które dzisiaj przyniosła. - Musimy tam zajrzeć, rozejrzeć się. Może znajdzie się jakiś trefny towar. - Pójdę z wami. - Chyba żartujesz. Nie ma mowy. - Pójdę - powiedziała krótko, ale uparcie. Sięgnęła tak niefortunnie po swoją torbę, że wypadły z niej jakieś zdjęcia. Zaklęła, to już drugi raz dzisiaj. Ray rzucił na nie okiem, podniósł jedno. - To ty je robiłaś ? - zapytał. - Tak. - Kto to jest ? - Taka jedna, modelka - zabrała mu zdjęcie z ręki i schowała wszystkie do torby. - Znasz ją ? - pytał dalej. - Tak. - Spojrzała na niego zaciekawiona. - A co, podoba ci się ? - Nie, tak pytam. - Idę po kawę. Przynieść ci ? - Przecież piłaś przed chwilą . Dobra, nic już nie mówię. Przynieś mi. Kiedy po chwili wróciła z kawą i postawiła kubek przed nim, stała chwilę zamyślając się. - Wiesz co ? - odezwała się po chwili. - To fajnie, że troszczysz się o siostrę. Zawsze chciałam mieć brata, który by tak się mną opiekował. Nie podejrzewałam cię o takie uczucia. I nie czekając na reakcję Raya odwróciła się i wyszła na korytarz. Chciała znaleźć Bena i o wszystko go spytać, ale nigdzie go nie było. Zaraz jednak natknęła się na Franceskę. Nigdy jej nie zaczepiała, ale tym razem stanęła przed Veronicą i zapytała ? - Czy nie zainteresowałaby cię do tej książki pewna noc konstabla Frasera ? Dziewczyna uśmiechnęła się pobłażliwie. - Francesco, jeśli to będzie godne uwagi, on sam mi o tym powie. Zostawiła zdziwioną półWłoszkę samą. Ale ta szybko odzyskała werwę. Nic dziwnego, że nikt jej to nie lubi, pomyślała o odchodzącej dziewczynie. Ray miał rację, jej się nie da lubić. Veronica długo musiała czekać, aż znalazła Bena samego przy automatach z jedzeniem. Stanęła obok i zaczęła chrząkać znacząco. Konny jednak nie wiedział, o co chodzi. - Masz chrypę ? - zapytał. - Ben, nie udawaj głupiego. Spałeś z Franceską ? - wypaliła więc od razu. - Dlaczego o to pytasz ? - wrzucił monetę i czekał, aż maszyna wypluje mu kanapkę. - Standardowe pytanie do mojej książki. Jeżeli ty nie chcesz mi o tym opowiedzieć, to pójdę do Franceski, ona chętnie... - Nie ! - prawie krzyknął. - Jeżeli się zdecyduję, sam ci o tym opowiem, dobrze ? - Jasne.
Ray zaczął wyzywać na kelnerkę. Miał szczęście do kobiet, które obsługiwały go w zwolnionym tempie. Chciał się napić wreszcie porządnej kawy. Był dzisiaj zdenerwowany i wszystko go wkurzało. Ben nic się nie odzywał, żeby nie drażnić kolegi. Właśnie spojrzał na zegarek i stwierdził, że Veronica się spóźnia. Właśnie w tym momencie dziewczyna pojawiła się w drzwiach. Zamówiła w przelocie kanapki i usiadła przy ich stoliku. Nie obyło się oczywiście bez narzekania Raya. A ona nie mogła się przecież przyznać, że jest w Chicago od pół roku i kiedy Vecchio wymyślał nowe miejsce, żeby wszyscy się spotkali, ona musiała nie źle się ich naszukać. Po pary minutach miała jednak dość jego ględzenia. - Jak ci coś nie wyszło - powiedziała wreszcie - to nie wyżywaj się na mnie. - Miałaś załatwić rewizję - wypalił jej. - Nie jestem cudotwórcą. Co mogę, to robię. - Statson mnie zabije. Przez ciebie - tym razem Ray złość skierował na Frasera. - Zajmuję się wszystkim, tylko nie Caruso. Jakaś staruszka szukająca kota, jakaś dziewczyna szukająca matki, pieprzone dzieci, które nie miały co jeść... Zapiszmy się lepiej do Czerwonego Krzyża, praca będzie nam szła doskonale. Veronica spojrzała na Frasera, zrobili odpowiednie miny i nic nie powiedzieli. - Żeby oderwać się wreszcie od tej sprawy Caruso - powiedziała po chwili nieco weselszym tonem - mam dla was ciekawą propozycję. Robię imprezę, może przyjdziecie i zabawicie się trochę ? Teraz Ray i Ben popatrzyli na siebie, a później na nią zdziwieni. - My ? Do ciebie ? Na imprezę ? - Tak. Do mnie. Na imprezę. Będą prawie same modelki. To podziałało na ich zmysły i przyszli. Nawet Ray zdecydował, że musieli jej udowodnić, że interesują się kobietami. Nawet za namową Frasera przynieśli dla niej kwiaty. Na początku nie czuli się dobrze, nikogo przecież nie znali. Ale atmosfera była taka swobodna, że szybko wpadli w wir imprezy. Poza tym Veronica poprosiła dziewczyny, żeby zajęły się jej dwoma „ partnerami ”, jak mówiła o nich po cichu, żeby Ray nie usłyszał. Oczywiście większość dziewcząt pobiegła zaraz do Frasera. A do Raya zbliżyła się jedna. Był nią zachwycony, gdyż była to dziewczyna ze zdjęcia, które zobaczył u Veroniki. Nie domyślił się nawet, że sama Veronica maczała w tym palce. Kiedy o północy większość osób połączyła się w pary, Fraser, który mimo wszystko nie przepadał za takimi ubawami, właśnie skończył tańczyć z jedną rudą pięknością, odszedł na bok i zaczął szukać Veroniki. Dziewczyny może miały klasę i były w porządku, ale męska część gości była nie z tej ziemi. Z daleka można było rozszyfrować, ze z prawem są na bakier. Może ich koleżanka specjalnie zaprosiła Frasera i Vecchia, żeby trochę przypilnowali męskie towarzystwo. Teraz właśnie jeden kręcił się koło Veroniki, a jeszcze chwilę temu Fraser widział go, jak próbował ręcznie wytłumaczyć coś jednej z dziewcząt. Popatrzył chwilę na nich i zauważył, że Veronica nie żałowała sobie alkoholu. Nie zauważył wcześniej, żeby piła. Tymczasem dziewczyna nie zwracała w ogóle na zaloty Marca. Nie interesował jej ten typ. Chciała się zabawić, ale na pewno mnie z nim. Jeżeli chodziło o policjantów i złodziei, stanowczo wolała tych pierwszych. Tylko, że do Frasera nie mogła się dostać przez cały wieczór. Przechyliła więc kolejną szklaneczkę i poszukała wzrokiem Raya. Siedział sam na kanapie. Podeszła więc do niego i usiadła obok. - A gdzie Maria ? - zapytała. - Wyszła do łazienki - odpowiedział i zaraz poczuł , jak dziewczyna przyciska się do niego. - Co ty robisz ? Veronica, ty jesteś pijana ! - wykrzyknął zdziwiony. - Nie przesadzajmy. Jestem wstawiona, nic więcej. Wiem, co robię. Powiedz mi jedno , Ray. Nie mieliśmy okazji nigdy tak szczerze porozmawiać. Czy naprawdę nie patrzysz na mnie jak na kobietę ? - Co ci odbiło ? - powiedział tym swoim ostrym tonem, ale czuł, że robi mu się gorąco. - Może wreszcie spojrzałbyś na mnie inaczej, może moglibyśmy dzisiaj... spróbować poznać się bliżej... no wiesz... Spróbował ją odsunąć, żeby nie zrobić czegoś głupiego. - Veronica, jesteś zalana. - Chociaż spróbujmy... - nie rezygnowała. - Nie, przecież... - No jasne, rozumiem. - Podniosła się obrażona. - Zawsze wiedziałam, że z tobą jest coś nie tak. Odeszła wkurzona i wściekła na cały świat. Chciał za nią iść i wytłumaczyć jej, że to nie tak, że on z całkiem innych powodów jej odmówił, niż myślała, ale właśnie zjawiła się Maria. Uśmiechnął się do niej. Później wyjaśni sprawę z Veronicą. Dzisiaj miał szanse na całkiem ciekawy wieczór. Bez poczucia winy. Tymczasem Veronica wróciła do kuchni i nalała sobie kolejną szklankę. Znów obok niej pojawił się Marc. Objął ja i uśmiechnął do niej. - Veronico, jesteś dzisiaj wspaniała. - Tak mówisz ? - Jesteś boska - pocałował ją w szyję. - Wszystkie te modelki mogą się schować za tobą. Zastanowiła się nad tym co powiedział. Alkohol nie pozwalał jej myśleć normalnie, ale nie musiała mieś trzeźwego umysły, żeby zrozumieć, że Ray jej nie chciał, a u Frasera nie ma żadnych szans. Co więc miała zrobić ? Chciała się zabawić. - Czy mógłbyś mnie stąd zabrać ? - Oczywiście. Gdzie tylko chcesz. - To chodźmy. Weźmiemy wóz Raya. Właśnie rąbnęłam mu kluczyki. Zaszli na dół, odnaleźli samochód detektywa Vecchio i właśnie mieli do niego wsiąść, kiedy z budynku wyskoczył Fraser. - Veronica ! Spojrzała na niego zdziwiona, co on tu robił. Podszedł do niej, wziął ją delikatnie za ramię i odsunął na bok. Miała nadzieje, że może złoży jej jakąś propozycję i nie będzie już musiała jechać z Markiem. Uśmiechnęła się do niego promiennie. - Nie jedź z nim - powiedział Ben. Oprzytomniała od razu i nie podobało jej się to. - Dlaczego ? - To nie jest mężczyzna , któremu możesz zaufać. Roześmiała się ironicznie. - Nie chcę mu ufać. Chcę się tylko z nim przespać. - Nie rób tego. - Ben - położyła mu dłoń na ramieniu, spojrzała w oczy. - Dziękuję ci za troskę, ale ja też mam swoje potrzeby. Myślałam, że zrobię to z którymś z was... Ray nie chciał, a ciebie nawet nie miałam okazji spytać, ale pewno też byś nie chciał, więc nie pozostaje mi nic innego... - Zrób to kiedy indziej i z kim innym - nie ustępował Kanadyjczyk. - To wszystko ? No to cześć ! Odwróciła się i zaczęła iść w kierunku samochodu. Ben znów ją zatrzymał, ale tym razem tuż przy nich znalazł się Marc. - Kolego, zostaw ją w spokoju - powiedział do Frasera. - Widzisz, że nie chce iść z tobą. Chodź, Veronico - uśmiechnął się do dziewczyny. Zdążyli zrobić krok w stronę samochodu, ale ubrany dzisiaj po cywilnemu konstabl Fraser odciągnął napalonego mężczyznę na bok i próbował mu coś wytłumaczyć. Marc jednak odpornie nie miał ochoty na żadne rozmowy. Ale ponieważ ten pierwszy nie rezygnował, a ten drugi nie chciał ustąpić, wywiązała się między nimi bójka. Ben nie pił w ogóle, więc łatwo poradził sobie z pijanym przeciwnikiem. Wrzucił go w kubły na śmieci, po czym podszedł do milcząco przyglądającej się dziewczyny, wziął od niej kluczyki i usiadł za kierownicą. - Wsiadaj - rzucił krótko, ale bardzo stanowczo. Zastanawiała się chwilę, wreszcie wsiadła obrażona. Ben ruszył i po chwili jechali ulicami w milczeniu. Veronica zdawała sobie sprawę z głupoty, przy jakiej się upierała, ale Kandyjczyk ją upokorzył i nie chciała mu tego darować. - Co ci odbiło ? - odezwał się. - Jesteś pijana, czy są inne powody ? Z takim gnojem chciałaś iść ? Jesteś córką burmistrza, mogłabyś mieć ... - Nie jestem żadną pieprzoną córką burmistrza. Spojrzał na nią nic nie rozumiejąc. Ale musiał jej przyznać. Umiała zaskakiwać. - O czym ty mówisz ? Westchnęła ciężko. Miała o tym nie mówić. Ale jeżeli chciała, żeby ja uważali za równą, musiała to powiedzieć. - Jestem córką Stetsona, jeżeli chodzi o ścisłość. Oboje dowiedzieliśmy się o tym pół roku temu. Chciałam poznać mojego ojca, więc rzuciłam wszystko, przyjechałam do Chicago, żeby go poznać, przekonać się jaki jest... A on... jak to ojciec. Nie wiedział, jak ma na to zareagować. Może nie wierzy, ze jestem jego córką i dlatego nie chce i mnie nikomu mówić - wzruszyła ramionami. - Przynajmniej na razie, tak mówi. - Jak my mało o tobie wiemy... Ty o nas prawie wszystko, a my... - To ja piszę książkę, a nie wy. Zawracaj - powiedziała, zamykając okno. Była już prawie trzeźwa. - Zrobiłam tą imprezę dla ciebie i Raya, żebyście się trochę rozerwali, oderwali od rzeczywistości. - Mówiłaś, że nie masz przyjaciół . - Bo nie mam. To są tylko moi znajomi, jeżeli można ich tak nazwać. Zrobiłam imprezę za darmo, to przyszli. Ja też chciałam się zabawić. I tyle mi z tego wyszło. Zawrócił i do samego domu dziewczyny milczeli. Kiedy wyłączył silnik, żadne z nich nie ruszyło się. Ben wyjął kluczyki i spojrzał na nie. - Rąbnęłaś je Rayowi ? - zapytał, chociaż znał odpowiedź. Przytaknęła głową. Uśmiechnął się i wysiedli z samochodu. Weszli na górę. Zaprowadził ją do łazienki, - Umyj się, przetrzeźwiej. Jeżeli chcesz, mogę być dzisiaj z tobą. Spojrzała na niego zaskoczona, ale on nie był poważny, a już na pewno nie robił tego, bo chciał. Pokiwała…