Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 12 min czytania

Sprawa Czajkowskiego

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Sprawa Czajkowskiego.

Sprawa Janka Czajkowskiego była ostatnią sprawą w moim życiu. Była też niewątpliwie najdziwniejszą. Czy żałuję, że się nią zająłem? Tak… Na pewno tak, ale zdążyłem się już przyzwyczaić do warunków panujących w tym miejscu. Nie trzeba wam wiedzieć o mnie nic ponadto, iż rok temu, właśnie owego feralnego wieczoru, pracowałem jeszcze jako komisarz wydziału zabójstw. Mój współpracownik, pan Szefler powiadomił mnie, że w piwnicach zrujnowanej kamienicy Osiedla Spełnionych Marzeń, jeden z mieszkających w okolicy bezdomnych, odnalazł zwłoki. Pomyślałem wtedy, iż jest to kolejna z wielu spraw kryminalnych, nad którymi co dzień pracujemy, lecz z błędu wyprowadziło mnie, delikatnie mówiąc dziwne, miejsce zbrodni. Dziwne, bynajmniej nie ze względu na jego podziemną lokalizację (ileż to egzekucji wykonuje się w podziemiach), a ze względu na wystrój. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, do kogo owe zwłoki należą… Ale zacznę od początku. Kamienica, w której znajdowało się ciało była posępna i sprawiała nieprzyjemne wrażenie. Zbudowano ją z grubych kamieni, a to w połączeniu ze zmierzchającą porą, czyniło ją mroczniejszą nawet niż atramentowe niebo. Przekroczyliśmy stare drzwi wykonane z drewna. Spróchniało już dawno. Po ich pokonaniu trafiliśmy do zejścia prowadzącego wewnątrz sutereny. Długimi, kamiennymi schodami, okryci mrokiem, które przebijały tylko słabe światła latarek, zeszliśmy na sam dół. Przywitał nas długi ciemny korytarz. Otoczenie było wilgotne. Na ścianach tworzyły się zacieki, a powietrze było duszące, wręcz skisłe. Każda ze ścian zaokrąglonego u stropu korytarza, miała kilka niewiele znaczących pomieszczeń, ze starymi, pokrytymi pajęczą siecią półkami wewnątrz. U zwieńczenia naszej drogi, czekało miejsce przeznaczenia. Na pierwszy rzut oka udało mi się wybadać jedynie, iż jest to dość duże i niewątpliwie ciemne pomieszczenie. Światło latarek nie wyjaśniało wiele. Wszystko nabrało nowych barw po ustawieniu reflektorów i doprowadzeniu prądu. W blasku policyjnych halogenów dostrzegliśmy obraz, jaki napawał nas przerażeniem i obrzydzeniem zarazem. Znajdowaliśmy się właśnie w czymś na kształt okultystycznej świątyni. Strop podtrzymywany był przez cztery, pokaźnych rozmiarów, kolumny, na których wyryto dziwne, nieczytelne dla nas znaki. Po obszernej powierzchni, oślizłej, kamiennej podłogi porozrzucano, wydawać by się mogło bezładnie duże, betonowe bloki. Na nich umieszczono dziesiątki świec różnych rozmiarów. Jak się później okazało, ułożenie bloków nie było przypadkowe, lecz rozmieszczono je tak, by tworzyły nieznany mi wcześniej symbol. Na środku podłogowego placu nakreślono dziwną substancją coś na kształt ołtarza. Do tegoż tajemniczego zarysu przybite było metalowymi hakami, ciało młodego chłopca. Ustalono potem, iż miał on siedemnaście lat i nazywał się Janek Czajkowski. Tuż za jego głową znajdował się nieco dłuższy, kamienny obelisk. Od razu widać było, że nie pasuje on do całości pomniejszych, choćby ze względu na jego długość. Ustawiono go równolegle do ołtarza i jak na inne, na tym również ustawiono świece. Spośród nich dostrzec można było małą i niewiarygodnie odrażającą figurkę. Technicy i funkcjonariusze policji rozbiegli się po sali, celem zabezpieczenia śladów, natomiast grupa koronera zaczęła oględziny zwłok. Wraz z panem Szeflerem postanowiliśmy się również rozejrzeć bardziej badawczo. Najmniejszej wątpliwości nie ulegał fakt, iż zbrodnia popełniona została przez jakąś sektę oraz to, iż miała charakter rytualny.. Krążyłem po „świątyni”, szukając czegoś, co mogłoby stanowić jakikolwiek ślad w tej sprawie i powiedzieć muszę, że nie szukałem zbyt długo. W tym całym zamieszaniu i szoku, wywołanym makabrycznym odkryciem, nikt z moich współpracowników nie zwrócił uwagi na znajdujące się na końcu pomieszczenia trzy szafy biblioteczne zapełnione książkami. Niemal równocześnie wraz z panem Szeflerem podeszliśmy do nich, by je przejrzeć. Nie znaleźliśmy wiele. Większość woluminów napisana była nieznanym nam językiem, podobnym do tego, w którym zamieszczono ryciny na kolumnach. Jedna tylko księga napisana była (oczywiście jeśli mogę się tak wyrazić w owym przypadku) zrozumiałym dialektem. Zrozumiałym, bo niewyrażanym znakami niewiadomego pochodzenia, lecz tekst jej wydawał się być niczym więcej jak bełkotem szaleńca, mówiącego o pogańskich rytuałach i starożytnych bogach. Jednakowoż oczywistym dla nas było, iż bliższe poznanie treści tejże księgi może pozwolić na rozszyfrowanie motywu zbrodni. Technicy skrzętnie zabezpieczyli ślady, zebrali odciski palców, albo raczej próbowali je zdjąć, gdyż żadnych nie stwierdzono. Z miejsca zbrodni zabraliśmy jedynie ciało i nietypowe woluminy, uznając, iż nic więcej nam nie pomoże.

W kilka dni później, po sekcji zwłok Jasia, koroner orzekł podcięcie gardła za bezpośrednią przyczynę śmierci chłopca. Dodał, że uczyniono to bardzo ostrym narzędziem, którego jednak nie potrafił nigdzie zaklasyfikować, gdyż jedyne, co sugerowała szerokość i struktura rany to, żyletka. A czy jednym cięciem da się podciąć gardło za pomocą takiegoż ostrza? Odpowiedź na to pytanie wydawała mi się oczywista. Wyniki próbek pobranych z ołtarza mówiły, iż został nakreślony specjalnie wytworzoną do tego celu maścią. Głównym jej składem były odpowiednio spreparowane korzenie heliotropu, kwiaty z ciemiernika oraz łodygi wilczomlecza. W znikomych ilościach odnaleźliśmy też czosnek oraz ślady bliżej niezidentyfikowanej substancji. Któregoś z wieczorów, kiedy studiowałem tajemniczy rękopis wykaligrafowany piórem szaleńca, natrafiłem na opis pewnego rytuału. Był rodzajem swoistego paktu, jaki kultysta podpisywał z prastarymi demonami. Do jego podpisania potrzebny był ołtarz nakreślony w kamiennej świątyni smarowidłem ze składników, o których wyżej wspomniałem. Ukryty w półmroku prastarych oczu, na ołtarzu winna się znaleźć ofiara z…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%