Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Kryminał · 34 min czytania

Sprawca (fragment III)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Telefon odłożony został po raz kolejny. Następujące po sobie próby dodzwonienia się do Arena kończyły się tak samo, to znaczy przynosiły rozczarowanie, smutek, zdenerwowanie i niepokój. Policjant wciąż nie odbierał. Tym gorzej, myślał Mass wpatrując się w wyniki swych rozmyślań i analiz. Jego przyjaciel mógłby pewnie coś powiedzieć o słowach powstałych na skutek przeniesienia kombinacji {i} jeden {/i}, {i} osiem {/i}, {i} jeden {/i}, {i} pięć {/i} na alfabet łaciński. Słowach oraz inicjałach, zakładając, że ów kombinacja może być w rzeczywistości dwoma liczbami, a mianowicie osiemnastką oraz piętnastką. Mógłby coś powiedzieć, nade wszystko przyjmując za pewnik, iż alfabet łaciński, a nie jakikolwiek inny, stanowić miał klucz i system przełożenia. Tym gorzej. Zrezygnowany westchnął. Sięgnął po stojący nieopodal kubek wypełniony pachnącą, gorącą jeszcze kawą. Kto wie, być może miał przed sobą coś, co w jego mniemaniu stanowiło wymarzoną wielką sprawę? Być może wpadł na jakiś poważny trop, który wspominałby przez lata? A może... Zresztą nie ważne, póki co i tak nie mógł tego rozwiązać. Potrzebował pomocy drugiego człowieka, a jedyny człowiek zdolny mu pomóc był nieosiągalny. Tym również gorzej, że miał w nim przyjaciela. Odłożywszy na bok gęsto zapisane kartki, pomyślał nad postępami w sprawie kradzieży książki. Antykwariusz płacił, wcale mało, gdy tymczasem żaden progres nie nastąpił. Kwestią dni, a nawet godzin może było to, kiedy zadzwoni wypytując o nazwiska i miejsca. Mass znał jedynie tytuł zguby. I to i tak ustalony przez zleceniodawcę. Może po prostu się starzeję?, jęknął w myślach popijając kawę. Może, jak radził mi Vincent, winien jestem znaleźć sobie jakieś inne zajęcie? Detektyw myślałby dalej i być może doszedłby do jakichś konstruktywnych wniosków zmuszając się do przeczytania rubryki z ogłoszeniami o pracę, jednak donośny dźwięk dzwonka ów szlachetny proces przerwał. Podniósł się od niechcenia, maszerując następnie w stronę drzwi. Zastanowił się przy tym, czy gości nie miewa ostatnio nazbyt często. – Jezu, Mass – odrzekł stojący u progu komisarz Hodorowski. – Gdybym wiedział, że twój dzwonek wydaje tak przeklęty świergot, zapukałbym. Zamiast więc cię powitać, powinienem przeprosić za hałasowanie! Johan Hodorowski, stary znajomy, z którym śledczy rozwiązał niejedną już sprawę, ryknął tak serdecznym śmiechem, że jego zaokrąglony brzuch podskoczył niczym wielka, owłosiona galaretka. Gdy się opanował, rzekł: – Słuchaj, chciałem zadzwonić, ale, cholera, zgubiłem numer do ciebie, a że wraz z Nutellem przechodziliśmy obok, postanowiłem zajrzeć. Cieszę się, że jesteś w domu. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko? Mass wiedział, że pytanie nie dotyczyło odwiedzin komisarza, lecz tego, że przyprowadził on ze sobą kogoś, kogo on kompletnie nie znał. Detektyw cenił bowiem swoją prywatność. – Skąd – odpowiedział zgodnie z prawdą, gdyż ostatnimi czasy zobojętniał. – Zapraszam. Bo rozumiem, że nie chodzi o zwykłe uściśnięcie sobie ręki? Hodorowski uśmiechnął się tylko, po czym za przyzwoleniem gospodarza wszedł do jego domu. Za nim, poczłapał młody chłopak, uczesany niczym sklepowy manekin, ubrany przy tym w nienoszony, świeżo przyjęty garnitur. – To jest Adam Nutell, pracujący w policji od niedawna. Jakoś tak wyszło, że trafił pod moje skrzydła, a już ma szanse mnie wygryźć. – Nie, nie, to nie tak, proszę pana – odparł natychmiast chłopaczek, nieskromnie się przy tym śmiejąc. – A ja myślę, że właśnie tak. Swoją drogą, Adam, to jest Sigismund Mass, detektyw o którym ci wspominałem, i który wielokrotnie przyczynił się do naszych sukcesów. Poznajcie się, bo kiedyś na pewno będziesz potrzebował jego pomocy. Adam Nutell wyszczerzył się tak bardzo, że jego uśmiech dosłownie sięgał od ucha do ucha. Nieśmiało, lecz kurtuazyjnie wyciągnął dłoń ku detektywowi, jakby chcąc pokazać eleganckie perłowe spinki przy rękawach, po czym ścisnął ją pewnie i bardzo mocno, co było raczej niespodziewane. – Bardzo mi miło. Wiele o panu słyszałem. Sytuacja ta należała do takich, kiedy odpowiedzieć na nieumiejętnie skrywaną arogancję należało {i} A ja o panu nie {/i}, jednak Mass postanowił nie być złośliwy. – Mnie również miło – odparł tylko. – Proszę, usiądźcie. Może coś do picia? – Nie, nie będziemy aż tak zwracać ci głowy. – A ja, jeśli można, chętnie – stwierdził młodzik, wprawiając Hodorowskiego w niemałą konsternacje. Detektyw, po zaparzeniu herbaty i dodaniu do niej na życzenie Nutella szczypty soli, gdyż na zewnątrz panował straszny upał, zasiadł za stołem. – Zamieniam się zatem w słuch – powiedział, popijając kawę. Komisarz westchnął, serdecznym spojrzeniem aprobując prostolinijność śledczego. – Dobra, więc aby się zbytnio nie rozwodzić, ten oto chłopaczek – wskazał uprzejmie na Adama – wpadł na trop mogący rozwiązać naszą wielką sprawę, tak bardzo absorbującą całe społeczeństwo. Sigismund ze zrozumieniem pokiwał głową, a następnie z niebywałym spokojem zapytał: – Jaką sprawę? I czemu wie o niej całe społeczeństwo? Johan nie był pewien czy to żart, więc dyskretnie tylko rozchylił usta, a Adam parsknął wymuszonym, bardzo sztucznym śmiechem. – Naprawdę nie wiesz o co chodzi? – rzekł komisarz. – Nie czytasz gazet? Nie ma chyba takiej, która by o tym nie pisała. – Z gazet czytam jedynie nagłówki. Gdy któryś mnie zainteresuje, czytam cały artykuł. Tak to chyba powinno działać, prawda? – I co, ostatnimi czasy nic cię nie zainteresowało? Mass wzruszył jedynie ramionami uszczuplając zawartość kubka o sporej wielkości łyk. Powędrował potem wzrokiem na stos piętrzących się papierów, leżący w kącie pokoju. – W zasadzie, w gąszczu zgrabnie ujętych informacji trudno wybrać tę, która faktycznie ma jakąś wartość. Wszystkie bowiem podawane są w taki sposób, jakby były najważniejsze na świecie. Ja jednak nie mam czasu, aby czytać o wszystkim. – Jeśli mogę – rzekł cienkim głosikiem Nutell – to zdaje się, że widzę interesujący nas temat. Chłopak, nie czekając na reakcję detektywa, podniósł się, powędrował w stronę stosu papierów, wyciągnął zeń gazetę, po czym wrócił na miejsce. – Proszę – odparł, pokazując palcem pierwszy nagłówek. – Oto sprawa, którą żyje tysiące ludzi. Detektyw Mass od niechcenia łypnął na wskazywane słowa. – {i} Porwany naukowiec nadal nieznaleziony {/i} – przeczytał. – Rozumiem, że to ostatnie jest już nieaktualne? – Nie do końca – wyjaśnił Hodorowski. – Rzecz w tym, że wiemy gdzie profesor Ogonek jest przetrzymywany. Przynajmniej prawdopodobnie. – Zaraz, profesor Ogonek? – zaciekawił się Mass. – Czy to nie jest ten specjalista od transplantacji, któremu udało się przeszczepić czołowy płat mózgu martwemu, jak się zdawało, pacjentowi? – Ten sam – rzekł z uśmiechem Johan – a pacjent, owszem, był martwy i martwym pozostał. Nie licząc może sześciu sekund, w których to zdołał odzyskać świadomość, co jest raczej przerażające. Mass podniósł nieco prawą brew. – Sądziłeś, że to plotka, prawda? – uśmiechnął się odpychająco komisarz. – Tak to jest, gdy nie czerpie się z morza informacji fal, a wyłapuje jedynie krople. Facet naprawdę tego dokonał, co naturalnie wzburzyło wszystkim, czym dało się wzburzyć. Och, gdybyś czytał wywiady, a raczej reprymendy duchownych i filozofów moralności! Te wszystkie telewizyjne debaty, spotkania, panele! Ubaw po pachy. – Rozumiem, że mimo całego zamieszania Ogonek nie został całkowicie potępiony? – Cóż, jakby nie było, na stałe zapisał się w historii medycyny i całego świata. Trudno, co prawda, mówić o wskrzeszeniu, ale wiesz, przywrócić martwemu świadomość, choćby na moment, to jest coś, prawda? – Prawda – odparł z niesmakiem Mass. – Problem jednak polega na tym, że chyba nie do końca było wiadomym kto się obudził. Ktoś zdołał to ustalić? – To znaczy? – spytał Nutell, popijając herbatę. – No, na te sześć sekund świadomość odzyskał biorca, czy może dawca? Gdyby w pokoju latała mucha, teraz, z całą pewnością jedynym słyszalnym dźwiękiem byłoby jej bzyczenie. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Zapanowała głucha, oniemiała cisza. – Podobno – podjął po chwili Hodorowski – pacjent coś powiedział. Najpewniej jest to tylko plotka wymyślona przez przeciwników tej operacji, aby podkreślić jej upiorność. Nikt jednak nie może tego potwierdzić. Odpowiadając zatem: nie wiadomo. – Plotka mówisz, ciekawe. Tak się składa, że plotki same z siebie nie powstają. Adam Nutell uśmiechnął się. Ów śmiech wyrażał podziw dla sceptycznego umysłu detektywa. Prawdopodobnie. Sigismund Mass gapił się przez chwilę ni to w Hodorowskiego, ni to w obraz znajdujący się za nim, po czym przeniósł wzrok w stronę gazety. – A za tym – wskazał palcem na nagłówek traktujący o włamaniu do rządowego magazynu – też się kryje jakaś porywająca historia? – Jeśli zaliczysz do takich grupę nieletnich anarchistów, których zbulwersował fakt wykupienia przez jakąś partię prywatnych hangarów, to tak. Poza tym jest to typowy przykład wypełniacza. Nie traćmy zatem czasu na pierdoły, i zechciej wysłuchać konkretów. Po uzyskanym przyzwoleniu, komisarz, który wyraźnie się podenerwował, mówił dalej: – Jak już wspominałem, nasz wschodzący gwiazdor w brawurowy sposób wpadł na trop pewnych radykalnych oszołomów, którzy wedle wszelkiego prawdopodobieństwa odpowiedzialni są za porwanie Ogonka. Wiem, że ciekawość aż w tobie kipi, ale, cholera, nie mogę zdradzić szczegółów, ani w zasadzie czegokolwiek. – Jakoś przeżyję – mruknął tylko detektyw. – Nie chodzi jednak o to, że chcę się pochwalić nowym narybkiem, ale o pomoc, której potrzebujemy w związku ze sprawą. Bo widzisz, to, że odkryta grupa jest tą właściwą jest pewne w jakichś dziewięćdziesięciu procentach. Antyterroryści zaś potrzebują procent stu. Dlatego zwracam się do ciebie. Istnieje kilka osób, które trzeba wypytać o to i owo, a nie znam nikogo, kto byłby w tym lepszy. – Czyżby w policji brakowało wykwalifikowanych detektywów? – Och, detektywów może i nie brakuje, ale wiesz, są co najmniej trzy powody, dla których chciałem poprosić o to ciebie. Po pierwsze, o całej akcji wie naprawdę garstka osób, a angaż kolejnych zwiększa ryzyko. Wiesz o czym mówię, prawda? Jesteś kimś, komu ufam i kogo polecać mogę w ciemno. Po drugie, cholera wie, czy banda tamtych wywrotowców nas nie monitoruje i czy nie zna naszych oficerów. Zwerbowanie ciebie byłoby zatem dodatkowym zabezpieczeniem, a że w swym fachu jesteś dobry, wykonałbyś robotę tak, że nikt nic by nie podejrzewał. Po trzecie zaś... Komisarz się zawahał. Doskonale wiedział, co zamierza powiedzieć, lecz dopiero teraz przez myśl mu przeszło, że następnym powodem może detektywa obrazić. Po błyskawicznym zastanowieniu się, kontynuował: – Słuchaj, trochę niezręcznie mi o tym mówić, ale słyszałem, że ostatnio nie powodzi ci się najlepiej. Pomagając nam, w końcu pracowałbyś nad czymś poważnym, a nie... – Zaraz – przerwał zadziwiony Mass. – Skąd o tym wiesz? Nie rozmawialiśmy od bardzo dawna. – Od Arena – rzekł spokojnie Hodorowski. – Spotkałem go jakiś czas temu i tak jakoś pogadaliśmy między innymi o tobie. Piorun poraził Sigismunda Massa, piorun zaskoczenia i niewysłowionej ulgi. Był tak zdumiony, że aż odłożył kubek uwielbianej kawy. – Dawno się z nim widziałeś? – Nie dalej niż dwa dni temu. Coś się stało? – Nie – odparł detektyw, nieco się uśmiechając. – Nie mogłem go złapać, a mam do niego pewną sprawę. Nieważne. Coś jeszcze w związku z tym porwaniem? – Tak, twoja odpowiedź – rzekł uśmiechając się Johan. – Szczegółów mogę udzielić dopiero wtedy, gdy zgodzisz się na współpracę. Nie musisz odpowiadać dzisiaj, ale im wcześniej, tym lepiej. W zasadzie, gdybyś podjął decyzję już teraz, byłbym bardzo wdzięczny, zrozumiem jednak jeśli... – Dobrze, odpowiem dzisiaj, a nawet teraz. Odmawiam. Hodorowski nie zmienił wyrazu twarzy, za to Adam Nutell posmutniał. I być może nawet zdenerwował. Odłożył kubek herbaty w czekaniu na argumentacje. – Naprawdę to doceniam, i fakt, z pewnością byłaby to poważna, ciekawa sprawa, jednak ilość moich zobowiązań nie pozwala mi na wzięcie kolejnego. Kilka dni temu z pewnością bym się zgodził, jednak teraz nie mogę ze względów, powiedzmy, fizycznych. – Pewnie – rzekł uprzejmie Johan. – Nadmierna ilość czegokolwiek nigdy nie jest pożądana, nawet jeśli mowa o kobietach. Nie zaśmiał się jedynie młodzik. – Tym niemniej warto było spróbować. Hej, Nutell, wyglądasz jakoś dziwnie, wszystko w porządku? Adam próbował zachować pozory normalności. Widać jednak było, że o czymś myśli. Bardzo, bardzo intensywnie. W ciągu następnej sekundy twarz jego przeobraziła się w ciężko pracujący tłok, by potem powrócić do postaci pierwotnej. – Po prostu – rzekł głosem wysokim i jakby zapłakanym – nasłuchałem się o panu detektywie tak wiele superlatyw, że nastawiłem się na ekscytujące śledztwo mogące okazać się cennym doświadczeniem. Rozumiem jednak pańską decyzję. Na pana miejscu pewnie postąpiłbym tak samo, bowiem również nie radzę sobie z natłokiem wielu zadań naraz. Adam wpatrywał się w Sigismunda szatańskim wzrokiem. Pomimo pewnej pogardy i niechęci, dopatrzeć się można w nim było autentyczną żałość z powodu braku możliwości podpatrzenia zawodowca w pracy. Chłopak nie radzi sobie z emocjami, pomyślał Mass, ale przynajmniej jest szczery. – Tak, to my już pójdziemy – stwierdził Hodorowski wstając, natychmiast kierując się do wyjścia i nakazując chłopakowi uczynić to samo. – Gdybyś jednak zmienił zdanie, to do jutra możesz dać znać. – Dam – odparł Mass. – Jeśli w istocie zmienię. Z mieszkania pierwszy wyszedł Johan. Wydawało się, że Nutell zniknie zaraz za nim, choć tak się nie stało. Zatrzymał się on, i mocno ściszonym głosem rzekł: – Detektywie, jeśli chodzi o przeszczep wykonany przez profesora Ogonka, pacjent faktycznie zdołał coś powiedzieć. W zasadzie, było to zdanie złożone, doskonale słyszane przez każdego, kto znajdował się na sali. Na nieszczęście, wypowiedziane słowa z miejsca stały się rządową tajemnicą, a obecny podówczas personel począł w dziwnym okolicznościach kolejno znikać. Jest pan pewien, że nie warto się tym zainteresować?

***

Ku zdziwieniu antykwariusza, Massowi udało się dotrzeć do nagrań z miejskiego monitoringu. – Dlaczego ma pan taką minę? – spytał detektyw, rzucając na stół czarnobiałe zdjęcia z filmu. – Chyba o to właśnie pan prosił, prawda? Staruszek wyraźnie się cieszył, jednak emocja ta przyćmiona została przez wyraz zdziwienia, a może nawet i podziwu. – Będę szczery – rzekł, zmrużywszy oczy i wpatrując się w fotografie. – Prosząc pana o udanie się po nagrania, nie wiązałem z tym większych nadziei, ponieważ wiem, jak w naszym mieście wygląda sprawa z dostępnością do rządowych, bądź co bądź, własności. Utwierdziłem się w tym przekonaniu, gdy udał się pan tam po raz pierwszy. Ponowienia próby się nie spodziewałem. Ani tym bardziej tego, że zgodzą się na udostępnienie. – Zatem pozwoli pan, że ja również będę szczery. W sprawie tej nie ma kogokolwiek podejrzanego, bo też niemożliwością jest kogoś takiego ustalenie na podstawie mglistych domysłów, zatem powtórnie udanie się po film z monitoringu stanowiło jedyną sensowną opcję mogącą rzucić na śledztwo nowe światło. Zresztą, jak pan widzi, i tak nie doprosiłem się tego, po co tam poszedłem. – Ach, zdjęcia w zupełności wystarczą. Tak, hm... Staruszek tak bardzo przyglądał się w zdobycz detektywa, że zdawał się uprawiać jakiś szczególny rodzaj autohipnozy. Wertował czarnobiałe odbitki i wedle wszelkiego prawdopodobieństwa coś sobie w umyśle układał. – To... – wymruczał, lecz nie zamierzał dokończyć. – To... Hm... – To kobieta – pomógł mu Mass. – A raczej dziewczyna, dokładnie siedemnastoletnia Maggy Jurecki, mieszkająca jakieś cztery kilometry stąd, przy Parku Bohaterów. Staruszek był pod wrażeniem. Z zadowoleniem uniósł głowę, a Sigismund pozwolił sobie kontynuować: – Tak, ustaliłem już jej tożsamość, a w ciągu najbliższego kwadransa zamierzam ją odwiedzić. Mam nadzieję, że pan to docenia, bowiem informacje te sporo mnie kosztowały. Dosłownie. – Oczywiście, że doceniam, oczywiście! – odparł natychmiast właściciel antykwariatu, nie wiedząc, czy chodziło detektywowi o czas czy pieniądze. – Proszę udać się do niej już teraz, im szybciej, tym lepiej! Wzrok Sigismunda wyrażał coś, co nie pozwalało na radość z powodu znalezienia sprawcy. Śledczy przypominał teraz pomnik, który wykuty został w wątpliwości i zmartwieniu. – Coś jeszcze? – spytał uprzejmie staruszek, zignorowawszy postawę Massa. – Proszę spojrzeć na fakty: książka o wojnie aniołów z demonami, napisana w fikcyjnym, niezrozumiałym języku, pochodząca prawdopodobnie ze średniowiecza. Skradziona przez nastolatkę, dla której prawo nie jest czymś, czym warto się przejmować. Nie zastanawia to pana? – Fakty są takie, drogi panie, że to ona jest złodziejem. Będzie miał pan szansę dowiedzieć się wszystkiego, gdy dotrze na miejsce, czy mam rację? Mass, zanim wyszedł, powiedział jedynie {i} To ja już pójdę, będziemy w kontakcie.{/i} Wiedział, że jego zleceniodawca jest człowiekiem prostym, dla którego najszybsze rozwiązanie…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Sprawca (fragment III) — czytnik · opowiadania