Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 30 min czytania

Sprzedawca Snów

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Był to jeden z tych szarych, listopadowych wieczorów, gdy świat płakał rzewnymi łzami pogrążając się w żałobie po utraconym lecie. Rosemary siedziała koło kominka, na którym wesoło płonęły drzewne głownie. Jednak jej nastrój był daleki od wesołego. Za każdym ostrzejszym gwizdem wiatru czy głośniejszym odgłosem spadających kropli dziewczyna wzdrygała się nieznacznie i okrywając się ciaśniej kaszmirowym szalem, wtulała się w pluszowy fotel. W pokoju panował półmrok, powoli zapadał zmierzch. Mimo to w blasku ognia widać było duży salon, w którym znajdowała się też biblioteczka. Na ścianach widniały oszklone regały z dużą ilością książek oraz obrazy w złoconych ramach. Przed kominkiem stał duży mahoniowy stół i wygodna sofa w różowe różyczki. Na komodach stały dziwne przedmioty, owoce wypraw Thomasa Gordona, przyrodnika. I tak można było zauważyć kolekcję wielobarwnych motyli, cały szereg drobnych figurek z kości słoniowej, ogromny globus z nieznanymi napisami, okazały pióropusz i wiele innych, niezwykłych przedmiotów. Pokój sprawiał wrażenie przytulnego i zarazem tajemniczego, nic więc dziwnego, że przyciągał wszystkich domowników. Dzisiaj ukojenia w smutku szukała tutaj dziewczyna o długich kasztanowych włosach i niezwykle niebieskich oczach, ocienionych czarnymi rzęsami. Siedziała cicho i nieruchomo, tak że zdawało się, iż pokój jest pusty. Po chwili rozległo się pukanie do drzwi i do pokoju weszła służąca, szeleszcząc świeżo wykrochmaloną suknia, pachnącą werbeną. - Panienko Rosemary, podano już do kolacji i rodzina się niecierpliwi- powiedziała zalękniona służąca. - Lucy, powiedz im, że zjem później. Przynieś mi tylko herbatę. - Tak jest- odpowiedziała dziewczyna i dygając pospiesznie, wyszła z salonu. Po krótkiej chwili wróciła pchając mały stolik, na którym znajdował się imbryk z herbatą. Rosemary zdawała się tego nie zauważyć, wpatrzona w nagie konary drzew wyginające się we wszystkie strony pod wpływem porywistego wiatru. Dopiero, gdy trzask zamykanych drzwi ogłosił odejście służącej, dziewczyna wzięła do reki parującą filiżankę i upiła mały łyk. Zamknęła oczy, czując jak gorący napój rozchodzi się powoli po jej ciele, dając uczucie ciepła. Otworzyła oczy i znów zapatrzyła się w ciemność, która powoli zapadała za oknem. Rosemary pogrążyła się we wspomnieniach. Jej wzrok utkwiony był w jednym punkcie, a oczy zdawał się widzieć coś, co musiało być widoczne tylko dla niej samej. *** Działo się to ostatniego lata, które w tym roku było wyjątkowo upalne. Mieszkańcy Yorkshire, małego, malowniczego miasteczka w południowej Anglii, doskonale zdawali sobie z tego sprawę i wykorzystywali dobra pogodę jak tylko mogli. Bale, bankiety, pikniki, wesołe przejażdżki- zabawom nie było końca. I to właśnie podczas tych radosnych, ciepłych dni Rosemary zauważyła, że James nagle stał się jej bardzo bliski. Ich wieloletnia przyjaźń, jaką dotychczas do siebie żywili zamieniła się w coś głębszego, co było ogromną niespodzianką dla nich samych. Rosemary zamknęła oczy i przed oczyma jej duszy stanęła dziewczyna w białej muślinowej sukni tańcząca z przystojnym, wysokim brunetem. Tańczyła z James’em walca w pięknie przystrojonej Grand Hall. Kryształowe żyrandole i srebrne kandelabry rzucały migotliwe, złote blaski na twarze tańczących. Och, mogłaby tak tańczyć przez całą noc, jej drobne nóżki w atłasowych pantofelkach nigdy nie miały dosyć tańca. Rosemary uśmiechnęła się do obrazów, które jak w kalejdoskopie, przesuwały się jej przed oczyma. Ileż było wesołych, konnych przejażdżek, podczas których ścigała się z James’em po łąkach i fiołkowych wrzosowiskach. Zawsze kończyły się tym, że próbując go dogonić, zwykle nadaremnie, gubiła swój błękitny kapelusik, a on przynosił go starając się zachować, często bezskutecznie, poważną minę. Szczególnie lubiła spacery brzegiem morza, gdy zwierzali się ze swoich marzeń i życiowych planów. Jak szczęśliwe były te chwile, gdy wylegiwali się na zielonych pagórkach, a on śpiewał jej swoim głębokim, melodyjnym głosem lub deklamował poezję. Często też towarzyszyła mu w wyprawach w urocze zakątki starego kraju, gdy malował pejzaże, które były jego prawdziwą pasją. Rosemary w skrytości ducha uważała, że ma prawdziwy talent i wkrótce usłyszy o nim świat. Nie wypowiadała swoich przypuszczeń głośno, bo wiedziała co wtedy może nastąpić... - Ach, tyle było tych cudownych chwil spędzonych razem- westchnęła i poprawiła szal, który niepostrzeżenie zsunął jej się z ramion. Właściwie to nie pamiętała, w którym momencie coś zaczęło się psuć. Po prostu nagle James zaczął jej unikać. Podczas przypadkowych spotkań rozmawiali o rzeczach błahych, a on zwykle unikał jej wzroku. Bezpowrotnie zniknęła gdzieś serdeczna zażyłość, ustępując miejsca zdawkowej uprzejmości i chłodnej obojętności. Chociaż nigdy nie rozmawiali wprost o wspólnej przyszłości, to rozumiało się samo przez się. Przecież tyle razy marzyła, jak to będzie być panią Jimmo’wą Connors, zaczęła nawet szykować wyprawę, planowała miodowy miesiąc, może w Hiszpanii? Mimo iż cierpiała, nie dała tego po sobie poznać, panience z dobrego domu nie wypadało narzucać się komukolwiek. W końcu od czego posiada się słynną dumę Gordon’ów? Dobrze pamiętała ostatni wieczór września, właściwie to aż za dobrze -pomyślała ze smutkiem. Siedziała wtedy na wzgórzu, na ich ulubionym miejscu, pod drzewem dzikiej śliwy, obserwując zachód słońca. Czerwona kula powoli znikała za horyzontem, pogrążając świat w złoto-różowej poświecie. Akurat patrzyła na ostatnie promienie słońca pląsające po trawie, gdy go zobaczyła. Zaskoczona, pomyślała, że nie pamięta, kiedy ostatni raz się tutaj spotkali. Rosemary potrząsnęła głową, jakby chciała uwolnić się od przykrych wspomnień. Jednak kolejne wydarzenia ukazywały się jej przed oczami. Jimmy, który unikał jej wzroku, przepraszając za wszystko, mówiąc, że to było nieodpowiedzialne i niehonorowe z jego strony, dając jej jakąkolwiek nadzieję. Cierpienie i ból malujące się na jego twarzy, gdy oznajmił, że jutro wyjeżdża do Francji by pobierać nauki u sławnego malarza i ożenić się z daleką kuzynką. Pamiętała ten lodowaty skurcz serca, gdy zrozumiała, co te słowa znaczą. Jak przez mgłę słyszała, że mówił coś o woli rodziców, odpowiedniej partii, lepszej przyszłości. Wie, że mówiła mu, że przecież musi coś dla niego znaczyć. Zmusiła go wtedy, aby patrząc jej w oczy, zaprzeczył. Długo milczeli patrząc sobie w oczy, lecz zmiana widoczna na jego twarzy była uderzająca. Miałam rację - myślała z dziwną, dającą ból satysfakcją. Wiedziała, że już nie ma o czym rozmawiać. Skinęła z trudem głową i powiedziała: - Rozumiem. Łzy przysłoniły jej wzrok, lecz zdążył jeszcze dojrzeć cień bólu, który przemknął mu po twarzy. James przyłożył swą dłoń do serca, popatrzył jej wymownie w oczy po czym skłoniwszy się głęboko, odszedł. Nie odwrócił się ani razu. Została na wzgórzu aż do zapadnięcia zmroku patrząc na blade gwiazdy, które zaczęły się pojawiać na przedwieczornym niebie. Potem wstała i jakby nic się nie stało poszła do domu. Odtąd prowadziła normalne życie, jednak gdzieś w sercu pozostała otwarta rana, która wciąż bolała. Najgorzej było w nocy, gdy budziła się o 3 rano. Wtedy przychodziły wspomnienia, a dobre raniły bardziej niż złe. *** - Jestem taka zmęczona, zmęczona uczuciami i wspomnieniami, jakbym chciała napić się ze źródła Lety...- pomyślała znużona. W tym momencie gdzieś blisko huknął grzmot, a silny wiatr otworzył okno, strącając z komody wazon z kwiatami. Rosemary rzuciła się ku okiennicom, próbując złapać powiewającą kotarę i zamknąć je czym prędzej. Nawet nie zauważyła, kiedy zerwała się burza i zapadł zmrok. Klęczała na podłodze zbierając kawałki rozbitego wazonu, gdy pokój rozświetliła błyskawica. Ze zdziwieniem dostrzegła strzęp papieru leżący na podłodze. Już miała go wyrzucić, gdy zobaczyła jakiś napis. Wpatrywała się w wyblakłe litery, próbując go odczytać. Dopiero po chwili zrozumiała, co jest tam napisane. - Ja chyba śnię-myślała czytając na głos jego treść. Było to coś na kształt ogłoszenia. „Masz dosyć swojego życia? Męczą cię wspomnienia i uczucia, o których chciałabyś zapomnieć? A może marzysz o własnym scenariuszu na życie? Przyjdź na loterię losu. Sprzedawca snów czeka” Pod spodem był adres. - To pewnie jakiś żart- pomyślała dziewczyna. Wtedy znów otworzyły się okiennice, tłukąc głucho o ścianę. - Przecież je zamknęłam- powiedziała marszcząc brwi i próbując je zamknąć. Do saloniku weszli rodzice Rosemary, najwidoczniej zwabieni hałasem. - Drogie dziecko, co się stało?- spytała matka, każąc jednocześnie służącej zapalić lampy. - Nic mamo, po prostu rozpętała się burza, a silny wiatr otworzył okiennice. - Rosemary, nie zeszłaś dziś na kolację. Czy wszystko w porządku?- powiedział ojciec, patrząc na nią z troską. Dziewczyna popatrzyła na poczciwą twarz ojca i pod wpływem jego kryształowo czystych, niebieskich oczu poczuła się winna, że nie może mu powiedzieć co ją gnębi. Wiedziała, że gdyby dowiedział się o James’ie doszłoby do ostrej wymiany zdań pomiędzy nim a jego rodzicami. A do tego nie mogła dopuścić. Nie chciała James’a zmuszać do niczego. Chciała, aby był szczęśliwy wybierając taką drogę, jakiej pragnął i jakiej chcieli dla niego rodzice. Nawet jeśli miałoby to boleć, tak jak bolało teraz. - Wszystko w porządku tato- powiedziała, cmokając go w opalony policzek. - Już idę coś zjeść- powiedziała wychodząc z pokoju. Thomas Gordon usiadł ciężko w fotelu i odprowadził wzrokiem córkę wychodzącą z salonu. - Czuję zbliżające się kłopoty- pomyślał z niepokojem. *** Rosemary obudziła się o świcie. Odsunęła kotary z brokatu spływające z baldachimu i popatrzyła na zatokę św. Wawrzyńca mieniącą się srebrem we wczesnych promieniach słońca. Przypomniała sobie o dziwnym wydarzeniu z poprzedniego dnia. - A więc to jednak działo się naprawdę- powiedziała z mocą. Nie chcąc tracić czasu na przybycie służącej, ubrała się sama w fioletowa orgadynową suknię i udała się do salonu. Nigdzie jednak nie mogła znaleźć ogłoszenia sprzedawcy snów. - Może wyrzuciła je służąca?- pomyślała dzwoniąc po lokaja Arni’ego, aby napalił w kominku. - Cóż, nie zaszkodzi spróbować wybrać się tam w najbliższym czasie- zdecydowała szybko - ostatnio nie często wychodziłam z domu, przyda mi się mały spacer. *** Największym problemem okazało się zgubienie Becky, osobistej służącej i opiekunki Rosemary. - Pomyślę o tym, gdy będę już na miejscu- pomyślała podczas śniadania, skupiając się na tym, co działo się dookoła stołu. Jak to przy posiłku, rozmawiano o wszystkim ze wszystkimi, więc panował lekki gwar. Rosemary rozmawiała z matką o tym, że koniecznie potrzeba jej nowej koronkowej sukni i parasolki, bo stara ma już niemodny fason. Gabriella słuchała, jednocześnie strofując syna Eric’a, który wisiał ojcu na ramieniu. Biedne dziecko chciało tym samym wyrazić miłość do ojca, który ostatnio rzadko bywał w domu. Jako znakomity przyrodnik wiele podróżował, prowadząc naukowe badania. Teraz pokazywał chłopcu nowy okaz motyla znaleziony na Wyspach Galapagos, gdzie udał się ostatnio. - Tatusiu, jaki piękny, jest kolorowy jak tęcza!- wołał uszczęśliwiony chłopiec, który pasjonował się owadami, szczególnie zaś jego 7-letnia duszyczka ukochała motyle. - Thomas’ie, prosiłam, abyś nie znosił tych swoich „okazów” do stołu w trakcie posiłku- łagodnie upomniała męża Gabriella, próbując ukryć uśmiech. Rosemary uśmiechnęła się i wymieniła porozumiewawcze spojrzenia z Belindą, swoją starszą siostrą. Właściwie ostatnio nie było z niej pożytku, bo odkąd zaręczyła się z Edwardem, nie potrafiła rozmawiać o niczym innym. Teraz siedziała zarumieniona, rozmarzonym wzrokiem patrząc w dal. Mimo iż bardzo kochała swoją rodzinę, Rosemary poczuła się tu niepotrzebna, obca. Ze smutkiem zdała sobie sprawę, że oni żyją innym życiem niż ona. Jej problemy były zupełnie inne, a oni nie mogli ich zrozumieć. - Są tacy prości, ich życie obraca się wokół codziennych spraw takich jak ubiór, proszone kolacje, przyjęcia, gospodarstwo. Nigdy nie myślą o przyszłości, a ja nie potrafię żyć chwilą. Pragnę wyrwać się stąd, zakosztować prawdziwego życia- w jej duszy toczyła się walka między tradycjami i życiem, które dotychczas prowadziła i któro dawało jej zadowolenie, a zmianami i marzeniami do których tęskniła. - Pojdę do sprzedawcy snów jeszcze dziś- pomyślała stanowczo. Nie wierzę w te bzdury, lecz może coś wreszcie ulegnie zmianie. Nie potrafię, nie chce dłużej tak żyć. Potrząsnęła głową, jakby chcąc potwierdzić swoje słowa. Była przekonana, że decyzja którą podjęła, jest słuszna. - Już czas- szepnęła cicho, wstając niepostrzeżenie od stołu. *** Na placu koło kościoła św. Anny, zwanym powszechnie Kwiatowym Placem, jak zawsze o tej porze panował ruch i hałas. Rosemary wraz z nieodłączną Becky chłonęły każdy szczegół sobotniego targu. Czego tam nie było - tysiące kwiatów we wszystkich możliwych barwach, które rozsiewały upajającą woń (dlatego właśnie nazywano go Kwiatowym Placem), barwne tkaniny i egzotyczne przedmioty sprzedawane przez ciemnych hindusów w białych turbanach. Zwierzęta z każdego zakątku świata patrzyły na przechodniów zachwalane przez czarnoskórych handlarzy. Becky zapatrzyła się na wielobarwnego, rajskiego ptaka w srebrnej klatce. - Panienko Rosemary, czyż nie jest on piękny?- piszczała z zachwytu. - Zapewne Becky - odparła roześmiana Rosemary patrząc z uznaniem na barwne stworzenie. Zaraz jednak jej wzrok przyciągnął stragan ze świecidełkami. Dotykając, przymierzając kolejne naszyjniki, wisiory, złote brosze, diamentowe kolie widziała jak służącej powiększają się oczy. Po chwili już biegły w stronę kolejnego stoiska. Idąc placem zalanym słońcem, Rosemary poczuła, że chyba jednak niepotrzebnie brała atłasową suknie. Po wczorajszej burzy nie było ani śladu. Gdzieś z boku przypłynęły dźwięki starej, zapomnianej melodii. Rosemary kątem oka zauważyła brodatego cygana, kręcącego korbą katarynki i śmieszne ubraną małpką, która wykonywała wdzięczne podrygi, tańcząc do wygrywanej muzyki. Kataryniarz skłonił się nisko patrząc poważnie na Rosemary lecz ona już tego nie widziała obserwując uliczny spektakl, przypominający czyn Guy’a Fawkes’a. Śmiejąc się wraz gawiedzią z karykaturalnie przedstawionego bohatera, z ożywieniem pomyślała ,że to najlepszy moment, aby się wymknąć, co też niezwłocznie uczyniła. Przecinając Kwiatowy Plac zostawiając za sobą jarmarkowy gwar, melodię kataryniarza i śpiew słowika pomyślała, że nie wzięła z rąk Becky koronkowego parasola. Trudno, może przez chwilkę moja różowa cera nie ucierpi- pomyślała szybko. Po chwili kakofonia dźwięków i kaskada kolców zniknęły, dając miejsce przygnębiającej ciszy i szarości. Rosemary po raz pierwszy znalazła się na 60 Aleji, która nie cieszyła się zbyt dobrą sławą. Znana była z powodu ciemnych typków, które ją zamieszkiwały oraz tajemniczych interesów, które im towarzyszyły. Przyspieszyła kroku, rozglądając się na boki i w myśli pomstując na owego sprzedawcę snów, że też nie mógł sobie znaleźć innej siedziby. Lecz…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Sprzedawca Snów — czytnik · opowiadania