Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 36 min czytania

SREBRNY KLUCZYK

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

I

Toja siedzi na ławce w parku. Jest ciepły, wiosenny wieczór. W powietrzu czuć zapach młodych liści. Szelest. Ktoś się za nią porusza. Toja nie może się odwrócić, żeby sprawdzić, kto to. Ogarnął ją dziwny paraliż, niemożność wykonania jakiegokolwiek ruchu. Strach, to nic więcej, tylko paraliżujący strach, nie, to nie jest możliwe, żeby strach do tego stopnia sparaliżował wiedźmę. Nie byle wiedźmę, Toję. Jest ciemno. W parku odbywa się przedstawienie i wszystkie światła są skierowane na scenę. Jakiś psychopata morduje młode kobiety. Właściwie Toja dobrze nie widzi, nie słyszy wyraźnie, ale z jakiegoś powodu wie, że to właśnie odbywa się na scenie. I wie, że będzie następna. Po prostu wie. To ma związek z tym szelestem, ruchem za nią w mroku. Jego oddechem na jej szyi. Taki jest scenariusz tej sztuki, i ona, na którymś tam poziomie świadomości została o tym poinformowana i na którymś tam poziomie świadomości się na to zgodziła. Nie, ona wcale tego nie chce, żadna zdrowa na umyśle osoba tego nie chce, po prostu oznajmiono jej, że taką dostała rolę, i jedyne, co teraz może zrobić, to ją dobrze odegrać. Nie, wcale jej się ta rola nie podoba, ale nie ma to najmniejszego znaczenia, ponieważ nie może tak po prostu wstać z tej ławki i odejść. Jej wola jest sparaliżowana. Czy na pewno? A może wcale nie, może po prostu zwyczajnie dała się wciągnąć. Może spektakl zafascynował ją do tego stopnia, że nie może odejść, nie obejrzawszy go do końca. Nawet jeżeli zna już zakończenie. Nawet jeżeli tym zakończeniem jest jej własna, najrzeczywistsza w świecie śmierć. Siada na łóżku i przeciera oczy. Znowu ten sam idiotyczny sen. Za pierwszym razem go zignorowała, za drugim też, to już trzeci. To jednak niezbyt miła perspektywa, śnić coś takiego do końca życia. Może ktoś próbuje nawiązać z nią kontakt, może warto przyjrzeć się temu uważniej? Tylko czemu się tu przyglądać? Od czego zacząć? Może od dobrej kawy? Idąc po kawę przegląda się w opartym o ścianę, zakurzonym lustrze. Strąki długich, czarnych włosów, na twarzy trzy poprzeczne blizny. Ciemne oczy. Rozmasowuje twarz. Lubi dotykać swoich blizn, to pamiątka po walce. Zwycięskiej walce. Kalia, jej przyjaciółka i słynna uzdrowicielka, proponowała, że pomoże jej się ich pozbyć. Ale Toja się nie zgodziła. Blizny są chlubą wojownika. A te mają dla niej znaczenie osobiste - przypominają jej, zawsze i wszędzie, o wrogu, który próbował zabić ją i bliskie jej osoby i którego pokonała. Na zawsze. Zapala pochodnie. Wyciąga z półek wszystkie księgi, rękopisy, zwoje, notatki, które mówią o snach, zanosi je na środek komnaty, ustawia w wysokie słupki. Przejrzawszy wszystkie regały, przechodzi do kolejnych pokoi. Toja mieszka w olbrzymim, opuszczonym zamku. Zamek stoi w samym sercu północnych lasów, nie wiedzie do niego żadna droga i nigdy nie dotarł tu żaden człowiek. To magiczne miejsce, coś w rodzaju olbrzymiej biblioteki, pełnej starych rękopisów, kurzu i pajęczyn. Jedynym towarzyszem wiedźmy jest Kai, olbrzymi czarny wilk, który niegdyś był człowiekiem. Za długo jednak przebywał w wilczej skórze i gdy Toja go odnalazła, było już za późno, by mogła bezpiecznie przywrócić mu ludzką postać. Kai jest bratem Toi, kiedy wiedźma się uśmiecha, można dostrzec, że i jej zęby przypominają nieco wilcze kły. Ale rzadko przybiera postać wilczycy. Woli nie ryzykować. Tym bardziej, że nie jest to zmiana tylko fizyczna - zwłaszcza kiedy jest naprawdę wściekła, czuje, że jej umysł opanowuje jakiś obcy umysł i że transformacja jest blisko. Zwykle udaje jej się powstrzymać - aż za dobrze zdaje sobie sprawę, jak trudno może być powrócić potem do ludzkiej postaci. Wieczór zapada szybko. A wraz z nim przybywa Kalia, która mimo dzielącej je odległości wyczuła, że jest potrzebna. Kalia to dawna wychowanica Toi, obecnie słynna uzdrowicielka. W przeciwieństwie do swojej byłej opiekunki na mieszkanie wybrała sobie ciepłe, nadmorskie południe. Ma kasztanowe włosy, jasną cerę, i lubi amarantowy kolor. Wiedźmy łączy specyficzna więź, to Toja odnalazła Kalię, wyzwoliła ze smutnego życia, jakie było jej przeznaczone i zrobiła z niej wiedźmę. Każda wiedźma tylko raz może podzielić się mocą. Dlatego długo szuka odpowiedniej osoby, wiedząc, że będzie z nią związana już na zawsze; Toja szukała Kalii kilkanaście lat. Obu wiedźmom służą latające węże, potężne stworzenia pochodzące ze starszego niż nasz świata. Choć „służą” to nie jest odpowiednie określenie. Pewnego dnia pojawiają się przy nich nie wiadomo skąd, i odtąd już zawsze im towarzyszą, chyba że… właśnie, pewnego dnia mogą nie wiadomo gdzie zniknąć. Bez słowa wyjaśnienia. „Duch wieje, gdzie chce” jak napisano w jednym ze starożytnych rękopisów. Potem rękopis ten dostał się w ręce ludzi, którzy swoim zwyczajem przepisali go na nowo (oni wszystko zawsze przepisują, a zwłaszcza to, czego nie są w stanie zrozumieć), zupełnie przy tym wypaczając jego przesłanie. Strzeżenie starożytnych pism przed zachłannymi ludzkimi dłońmi to jedno z najważniejszych zadań wiedźm. Straszne rzeczy mogłyby się wydarzyć, gdy moc zapisanych w nich słów niepowołani wykorzystaliby do własnych celów. Przez większość czasu węże pozostają uśpione, owinięte wokół bioder, szyi, ramienia lub nadgarstka wiedźmy, ze skrzydłami przyrośniętymi do boków. Niewprawne oko łatwo może je wziąć za coś w rodzaju dziwacznej, okultystycznej biżuterii. Budzą się, kiedy jest to potrzebne, najczęściej żeby przenieść wiedźmę w inne miejsce, dużo szybciej i wygodniej niż wszelkie znane środki transportu. Mogą również pomagać im w magiczny sposób, choć ta magia pozostaje dla nas często niezauważalna, pochodzi przecież z innego świata. Już sama obecność węża wlewa w „jego” wiedźmę siłę i spokój.

Tej nocy przyjaciółki spały razem. I może to właśnie dzięki temu Toi udało się spojrzeć na rozgrywającą się w parku scenę z boku. Pierwszym, co rzuciło jej się w oczy, była ta dziewczyna w zielonej sukni, rudowłosa. Tchnienie mordercy na jej szyi i przesuwający się z tyłu cień. Wiedźmy obudził Kai, który wskoczył na łóżko i zaczął wściekle warczeć. Kalia nie widziała snu, ale mogła go odczytać bezpośrednio z myśli Toi. Uwagę wiedźm zwrócił dziwny krój sukni nieznanej dziewczyny, który przywiódł im na myśl renesansową modę. - Przypomnij sobie, Toja, znasz jakąś historię o wiedźmach, wiążącą się jakoś z renesansem? - Dlaczego myślisz, że to jest wiedźma? - Sama powiedziałaś, że wydaje ci się, że ona próbuje się z tobą skontaktować! - No i? - A kto inny mógłby? Cała Kalia. Czasem przypomina Toi bezradne, zagubione i jakże naiwne dziecko. Może dlatego, że taką ją wtedy, kilkanaście lat temu, po raz pierwszy zobaczyła. A Kalia, choć dzięki własnym zdolnościom dawno już zdobyła uznanie i sławę, ciągle w oczach Toi szuka odpowiedzi, ciągle patrzy na nią jak na swoją mistrzynię i opiekunkę. - Pomyśl Kalia, kto inny mógłby próbować się ze mną skontaktować? - Hmm, właściwie jest bardzo dużo możliwości. Ale kluczem jest renesans, czuję to. Toja wzdycha. Wstaje. Zapala pochodnie. Znowu przemierza wszystkie komnaty zamku, tym razem metodycznie wyciągając z półek wszelkie księgi i manuskrypty mające jakikolwiek związek z epoką renesansu. Obok starych słupków wyrastają nowe, jeszcze większe. To dlatego, że wiedźm było w tej epoce dużo więcej. - I co teraz? Przestudiowanie tego wszystkiego zajmie nam dobre klika lat. - Hmm, może więc oddzielmy te, które mają związek i ze snami i z renesansem.

II

Tak im minął dzień. Na szukaniu informacji, przeglądaniu ksiąg. Przestawianiu ich z miejsca na miejsce. Ustawianiu nowych słupków i rozdzielaniu starych na części, Kalia nastawała na to, aby wziąć też pod uwagę wszystkie pozycje mogące mieć coś wspólnego z przedstawieniami na otwartym powietrzu. I z zielonym kolorem. I z wiosną. Wszystko mogło mieć znaczenie. Toja tylko zgrzytała zębami słysząc te kolejne wymysły. Ale ponieważ nie przychodziło jej nic lepszego do głowy, posłusznie wypełniała polecenia swojej wychowanicy. W duchu zazdrościła Kajowi, który swoim zwyczajem wybrał się na polowanie. Wrócił wieczorem, z ciepłym jeszcze kawałem łosiowego mięsa w zakrwawionej paszczy. Toja z radością oderwała się od ksiąg, żeby przygotować posiłek. Nie wierzyła, że uda im się w tak banalny sposób znaleźć rozwiązanie zagadki, fartem otwierając odpowiednią księgę na odpowiedniej stronie. I to akurat dziś. Następnej nocy sen oczywiście znowu się przyśnił, ale Toja zauważyła nowy szczegół - czarną tasiemkę na szyi dziewczyny, a na niej mały, srebrny kluczyk. Był tam wcześniej, czy go nie było? Znowu poczuła na swojej szyi oddech mordercy, ale to do rudowłosej, nie do niej, zbliżył się cień, wyciągnął rękę i poprowadził na scenę. Ułożył ją w skrzyni z otworami na nogi i głowę, takiej jak te używane w przedstawieniach magików. Zatrzasnął wieko, przez chwilę mocował się z zardzewiałym mechanizmem zamka, potem wyprostował się i wyrzucił klucz za siebie. Podniósł piłę. Skąd się u licha wzięła w renesansie mechaniczna piła?!!! przyszło na myśl wiedźmie, ale już za chwilę sparaliżował ją strach. Wiedziała, że tym razem to nie jest żadna iluzjonistyczna sztuczka, że jeśli nic nie zrobi, to się stanie naprawdę. Ale czy nie na tym właśnie polega ten trick, żeby wszystkich nabrać? Każda osoba na widowni, nawet ta najbardziej racjonalna, ta, która nigdy przenigdy by się do tego nie przyznała, przez chwilę, przez króciutki ułamek sekundy wierzy, że jest świadkiem morderstwa, a potem zmartwychwstania, że na jej oczach dokonuje się taniec życia i śmierci, misterium, a właściwie jego parodia. Ale nie tym razem. Tym razem to się stanie naprawdę. Tym razem jest odwrotnie, to nawiązanie do starego tricku jest próbą oszustwa. Skąd Toja to wie? Po prostu wie, na tym polega bycie wiedźmą, że się wie, stąd pochodzi to słowo, wiedźma po prostu wie, i nie ma żadnego znaczenia skąd. - Klucz!!!!! - drze się Toja z całych sił, i ten krzyk ją budzi, ale, kiedy siada na łóżku, uświadamia sobie, że z jej ust wydobywa się tylko niewyraźny szept. Kalia siedzi obok niej, uważnie patrzy. Toja czuje, że tej nocy już nie zaśnie. Siada do swoich rękopisów, nie do tych, które poprzedniego dnia pracowicie porządkowała w nikomu niepotrzebnych słupkach, siada do przerwanej przez serię snów pracy. Jej uszy wypełniają znajome i jakże niespodziewanie przyjazne, jakże ciepłe szepty w starożytnych, dawno wymarłych językach. Nieżyjące od tysięcy lat wiedźmy otulają ją plątaniną przez nikogo już chyba prócz niej nierozumianych słów, niesłyszanych od wieków dźwięków, kołyszą. Burza myśli w jej głowie powoli się ucisza. Wstępuje w nią dziwna pewność. Zasypia.

Znowu jest w tym parku, po raz drugi tej nocy. Siedzi na ławce i z wysiłkiem wpatruje się w scenę. Obraz jest zamazany, niewyraźny. Na szyi czuje tchnienie mordercy, ale nie zwraca na to najmniejszej uwagi. Rudowłosa zamknięta w skrzyni i on podnoszący mechaniczną piłę. Ze skrzyni cieknie woda, pojawia się pies, który zaczyna ją zlizywać, to nie pies, to wielki czarny wilk, Kai. Kai podnosi łeb i zaczyna warczeć. Cicho Kajuś, cicho, nie budź, nie przeszkadzaj, szepce wiedźma. Zastyga w bezruchu uniesiona ręka z piłą. Ale Toja wie, że to nie wilk przestraszył mordercę. Ona, która jeszcze chwilę wcześniej nie mogła dostrzec wyraźnie, rozróżnić konturów poruszających się na scenie postaci, widzi teraz jakby znajdowała się tuż przy niej, pionową, wężową źrenicę. Hipnotyzujące spojrzenie smoka. Spojrzenie zamkniętej w skrzyni rudowłosej. Uświadamia sobie, że to właśnie to spojrzenie również ją paraliżuje. Że jeśli nie wstanie, jeśli nic nie zrobi, to to wszystko tak będzie trwać, wiecznie. W zawieszeniu. To wszystko się zatrzyma. I będą tak trwać, jak unieruchomiony na zawsze żywy obraz: morderca, jego ofiara i ona, widz. Przez chwilę myśli o swoim wężu, łagodnie opasującym jej biodra. Czy on też został zahipnotyzowany? Nie, to niemożliwe, to byłoby śmieszne. Dlaczego więc się nie budzi, dlaczego nie staje w jej obronie? Odpowiedź może być tylko jedna: dlatego, że wie, że wiedźma sama da sobie radę. Wyrywa się spod władzy smoczego spojrzenia. Wstaje. Wchodzi na scenę. Wyjmuje piłę z rąk psychopaty, bez trudu przecina nią zamek skrzyni. Zdejmuje kluczyk z szyi rudowłosej. Bez słowa. Odwraca się. Idzie do zamku. Jej kroki, ich odgłos w pustych korytarzach. Znajduje i otwiera te drzwi. Jeden po drugim wyciąga trupy kobiet. Wlecze je do parku. Grzebie. Potem spokojnie wraca na miejsce spektaklu. Wie, że aktorzy będą trwać w pozach, w których ich pozostawiła, on z uniesionymi w górę rękoma, ona wpatrzona w niego swoim wężowym wzrokiem, żywa lecz nieruchoma w otwartej skrzyni. Podnosi psychopatę. Jest twardy i sztywny jak kawałek drewna, ale nie daje się omamić złudzeniu. Niesie go do tej komnaty, w której składował zwłoki swoich ofiar, i zamyka. Znowu wraca. Kluczyk chowa do kieszeni. Na skrzyni siedzi średniej wielkości smok. Ma zielone skrzydła i rząd rudych kolców, ciągnący się od czubka głowy po ogon. Wyciąga łeb w jej stronę. Toja patrzy prosto prosto w jego ślepia, nie poddając się hipnozie. - Kim jesteś? - pyta.

Toja siedzi w modnej kawiarni naprzeciw modnie ubranej rudowłosej. U jej nóg spokojnie leży Kai. Wiedźma rozgląda się przez chwilę, napotykając kilka niekoniecznie przyjaznych spojrzeń. Dziwnie musi tu wyglądać w swoim starym, powyciąganym ubraniu, z włosami zwisającymi w strąkach, pozlepianymi strzępami starych pajęczyn. O bliznach nie wspominając. Rudowłosa w modnej zielonej sukience otacza wymanikiurowanymi palcami przezroczysty pucharek z trójkolorową latte. Uśmiecha się, niby przyjaźnie, tak naprawdę uważnie obserwując każdy ruch wiedźmy. Przed Toją staje kelnerka. - Mamy zakaz wprowadzania psów do lokalu. Wiedźma przez chwilę patrzy na nią zdziwiona: - To ich nie wprowadzajcie. - Proszę wyprowadzić psa. - To nie jest pies - odpowiada spokojnie Toja. - To jest wilk. I nie, nie wyprowadzę go. - W takim razie proszę o opuszczenie lokalu. - A ja proszę o przyniesienie mi kawy. Podwójne espresso, podwójne mleko i kilka kropel syropu karmelowego - wiedźma odwraca się od kelnerki i przerzuca wzrok na rudowłosą, z zagadkowym uśmiechem obserwującą zajście. - Jeśli natychmiast nie opuści pani lokalu lub nie wyprowadzi… zwierzęcia będziemy zmuszeni wezwać policję - dobiega z boku głos kelnerki. - A wzywajcie sobie, nawet samego papieża - Toja nie patrzy w jej stronę. Patrzy na rudą. Po co ją tu zaciągnęła? - Nie odpowiedziałaś na moje pytanie - rzuca krótko odchylając się lekko w fotelu. - Chciałam to zrobić w bardziej… odpowiednim miejscu. Toja, która dużo lepiej czuła się w wiosennym parku, obok własnoręcznie zakopanych zwłok kilkunastu młodych kobiet i psychopaty zamkniętego w jednej z komnat renesansowej rezydencji, nie komentuje. Czuje, że coś tu jest nie tak, że toczy się tu jakaś dziwna gra, ale nie widzi powodu, aby dać to po sobie poznać. - Skoro to miejsce jest dla ciebie bardziej odpowiednie - słucham.

III

Na imię mi Olena. Pochodzę z ubogiej rodziny. Ojciec odszedł, zanim się urodziłam, pewnie zresztą wcale nie byli z matką razem, choć ona nigdy by się to tego nie przyznała. Od najmłodszych lat z zawiścią patrzyłam na te dzieci, które mają więcej niż ja. Zabawek, ubrań, rodziców, dziadków, dobrych rzeczy do jedzenia. Postanowiłam sobie, że jak tylko trochę podrosnę, zmienię to, przy pierwszej sposobności. Nauka przychodziła mi łatwo, i na początku możliwość zmiany upatrywałam właśnie w tym, w swoich zdolnościach, wykształceniu, ciężkiej pracy, wysokim stanowisku. Interesowałam się tylko dobrze płatnymi zawodami, miałam nawet specjalny notes, w którym zapisywałam wszystkie za i przeciw poszczególnych profesji. Pod względem zarobków oczywiście. Zachłannie pochłaniałam życiorysy najbogatszych ludzi świata. Zwłaszcza tych, którzy, tak jak ja, wywodzili się z nizin. Byłam zdolna, pracowita i zdeterminowana, i pewnie osiągnęłabym bez trudu postawiony sobie cel, gdyby nie seria niby zwykłych zdarzeń, które jednak wywarły na mnie olbrzymi wpływ. Pierwsze z nich miało miejsce kiedy miałam 13 lat, moja matka wyszła wtedy powtórnie za mąż. Mój ojczym nie był nikim szczególnym, no ale miał w miarę dobrą pracę, stabilne zarobki i zażyło się nam wszystkim dużo lepiej. Matka wkrótce urodziła mu syna i całą swoją uwagę poświęciła odtąd nowemu dziecku. Miałam wrażenie, że najbardziej by chciała, żeby coś mi się stało, żebym umarła albo przynajmniej w jakiś magiczny sposób zniknęła z domu. Chciała zacząć życie od nowa, i moja obecność była dla niej nie tylko zbędna, ale wręcz szkodliwa, bo przypominała o tym, co było przedtem, o kompletnej porażce, którą było dla niej urodzenie nieślubnego dziecka (czyli mnie, oczywiście) i związane z tym wyrzeczenie się jej przez rodzinę. W jakiś tam sposób to naturalnie przeżyłam, ale nie specjalnie. Nigdy nie byłam przesadnie uczuciowa czy sentymentalna. Dużo większe wrażenie wywarło na mnie coś zupełnie innego. Mimo że zupełnie nie po dziecięcemu byłam od najmłodszych lat gorącą wyznawczynią praktycznego materializmu, byłam również wciąż jeszcze małą dziewczynką i niespecjalnie rozumiałam się na męsko-damskich sprawach, dlatego na początku nie przywiązywałam wagi do pewnych zachowań mojego ojczyma, które w bardziej doświadczonej kobiecie od razu wzbudziłyby czujność. Co takiego robił? Nic specjalnego, jak mi się na początku (naprawdę!) wydawało. Na przykład wchodził do łazienki i przyglądał mi się, kiedy się czesałam lub malowałam. Dawał mi drobne upominki albo niewielkie sumy pieniędzy, starając się robić to w tajemnicy przed matką, co akurat, biorąc pod uwagę nasze niełatwe relacje, było mi na rękę. Kilka razy otarł się o mnie, jakby przypadkiem, w drzwiach. Nie był głupi, niespiesznie, choć konsekwentnie rozbudzał moją seksualność, nie rzucając się na mnie jak jakiś wygłodzony młodzik, lecz czerpiąc przyjemność z samego dążenia do celu. Ja też nie byłam głupia, i kiedy tylko zorientowałam się o co chodzi, od razu zaczęłam kombinować, jak mogłabym…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%