Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Środowisko · 15 min czytania

Środowisko moich marzeń

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Wschodziło słońce. Wzbijała się nad horyzontem jasna łuna, rozlewała się na pola, łąki, przesmykiwała się przez zielone konary drzew, gnieżdżąc się w końcu w zielonym, pachnącym mchu. Promienie roziskrzyły się na niewidocznych falach jeziora. - Gdzieś wstają ze snu małe sarenki, jeżyki wyglądają z liści, widać tylko ich malutkie noski...Ach cudownie! – zachwyciła się Róża, spoglądając przez okno na krajobraz ranka. I tak oto znowu nastało lato – koniec szkoły, zmartwień i zawracania sobie myśli nauką. Nareszcie można się wyszaleć, nareszcie można wybiec na dwór i pobiegać. Róża szybko się ubrała. Naciągnęła na siebie pierwszą lepszą koszulkę, spodnie i trampki – w końcu te najwygodniejsze. W podskokach zbiegła ze schodów i ruszyła do kuchni. - Dzień dobry! – rzekła do mamy szykującej śniadanie, jednocześnie przedziwnie tańcząc, jakby wykonując piruety. Szybko pochłonęła to, co było na stole, kanapki po prostu znikły w mgnieniu oka. Zaraz potem wyskoczyła czym prędzej na dwór. Uchyliła drzwi, czekając na ten niesamowity moment, czekała na coś magicznego. Przez szparę wciskał się poranny promyk słońca, zatańczył w powietrzu, demaskując fruwający kurz. Róża wzięła głębszy oddech i otworzyła całe drzwi. Jej oczom ukazał się widok nieziemski, a może tylko dlatego tak wyglądał, ponieważ chciała, żeby ta przyroda była właśnie tak piękna. Róża mieszkała na peryferiach miasta, jeżeli to w ogóle zaliczać się można do miasta. Po prostu na odludziu, gdzieś w oddali majaczyły tylko pola, pola, lasy i jezioro...Drzwi, a za nimi jej mały światek, jednocześnie tak ogromny, niebotyczny, jakby bez granic; tylko dla niej. - Mogłabym usiąść tutaj, na wrzosowisku, wśród traw wąchać tę energię zamkniętą w małych komórkach, zlepionych razem w jeden organizm, patrzeć na spokojną taflę jeziora. To tak jakbym była jednością z przyrodą, wtapiam się w glebę, w kwiaty, we wszystkie organizmy...czuje się jakąś wewnętrzną harmonię z całym wszechświatem. A właściwie...czemu nie? Są takie momenty w życiu człowieka, kiedy chce się coś zmienić lub uciec od swojego życia gdzieś w beztroskość, gdzieś, gdzie już się nie myśli o doczesnych sprawach, o problemach i smutkach dnia codziennego. I tak właśnie stało się z Różą. Ona zawsze tak kochała tę otaczającą ją przyrodę, zawsze czuła się wśród roślin i zwierząt najlepiej. - Zwierzę kocha ciebie miłością szczerą, ono nie jest fałszywe, potrafi odwdzięczać się za doznane dobro na wszystkie lata, co innego człowiek. – mówiła, głaskając swego psa – Ludzie są tacy zimni, obcy, tylko dla siebie, jakby mało otwarci i fałszywi. Lecz czas szybko mija, a dorosłość potrafi zabijać to, co w człowieku, gdy jest jeszcze młody, jest najpiękniejsze. Zdolność do marzeń, fantazja, ten anielski wyraz twarzy i harmonia z rzeczami najprostszymi. Potem tracimy to wszystko, biegnąc za karierą naukową, pracą, za pieniędzmi. Mając już teoretycznie „wszystko” szukamy jakiegoś wytchnienia, stękamy, że chcemy przystanąć na chwilę, że chcemy odpocząć. Potrzebny jest nam potem czas na „nic nie robienie”, czas tylko dla naszego istnienia. Właśnie wtedy wracamy do dzieciństwa, gdy wówczas nieświadomie byliśmy najcudowniejszym zbiorem szczęścia. Nie trzeba jednak być dorosłym, by zapomnieć jak pachną lilie, trawy, lasy i bieg w polu siana. Róża po prostu odeszła od przyrody i zajęła się szkołą, w końcu miniony rok szkolny spędziła w nowej szkole – zdała do najlepszego liceum w mieście i nie miała już czasu na głupie zabawy na świeżym powietrzu. Szkoła średnia to już nie żarty, więc trzeba się było porządnie uczyć i tak też robiła, co odwzorowało się na jej świadectwie. - Piękne oceny, kochanie, jestem z ciebie dumny – rzekł jej tata, patrząc na końcowe wyniki nauki. Jednak rok szkolny się skończył. Przyjaciele jakoś nagle znikli...nie ma wzorów chemicznych, ni trygonometrii. Teraz jakoś tak nagle Róża zobaczyła ten świt, tę przyrodę, która codziennie z wschodem słońca budzi się do życia. Dostrzegła ją na nowo i chce teraz nacieszyć się jej widokiem. „Ale nie wszędzie jest tak pięknie, jak za moim oknem...”-pomyślała. - Generalnie świat jest brzydki i brudny – powiedziała głośno tonem jakby buntowniczym. – a człowiek, tak naprawdę, tylko niszczy naturę. Róża popatrzyła przez trawy na horyzont – las, jezioro, a gdzieś w oddali leciały ptaki. „Jednak dlaczego nasz dzisiejszy świat jest taki szary? Wszyscy lekceważymy to, co nam daje matka natura, stwarzając sobie swój lepszy świat pełen plastyku, metalu; tam już nie ma miejsca na naturalność, bo nawet zwierzęta czy ludzie są zastępowane przez roboty. I gdzie tu jakiekolwiek życie? Gdzie pierwotność – stan, gdy jeszcze wszystko było tak piękne, jak ta kraina przede mną?”. Spojrzała za siebie, tam zaś na linii widnokręgu majaczyła sylwetka miasta. Dziewczynie skojarzyło się ono z jakimś wielkim, negatywnym stworem, który pożera nam tlen, a w zamian złośliwie wynagradza nam tę stratę zanieczyszczeniami, które zabijają florę i faunę. I nas także. Otrząsnęła się z tych nieprzyjemnych myśli. I zagłębiła się w promieniach słońca i zapachu traw, czuła się tak dobrze, gdy nic nie mogło rozerwać tej naturalnej więzi pomiędzy człowiekiem, a przyrodą. Człowiek wszakże jest przyrodą, ale przyroda... - Przyroda jest bardzo mądra i nie potrzebuje człowieka, natomiast człowiek, oj tak, człowiek bez przyrody nie mógłby żyć. – dalej ciągnęła swój monolog.- Ale czemu ja tak smęcę? Przecież tu jest tak pięknie! – krzyknęła wesoło. Chyba nigdy nie widzieliście takiej radości w siedemnastolatce. Jakby wstąpiła w nią dziecięca euforia. Róża wstała i zaczęła biec, kręciła się, śmiała, zdrowe rumieńce pojawiły się na jej na policzkach. - Bo najważniejsze jest, aby znajdować w życiu to, co najpiękniejsze! Trzeba tylko dobrze patrzeć! Wszystko zależy od nas – to my decydujemy za siebie, za nasze życie, za to, co nas otacza...Czuję....czuję cię wietrze szumiący w uszach, poruszający chmury...czuję twą rześkość!- krzyczała, plątając się w trawach, mając już lekką zadyszkę, padła spowrotem na ziemię i szybko oddychała – Wtapiając się w Matkę Ziemię można usłyszeć jak ona płacze, jak ciężko oddycha, jak krwawi. Czuję, jak każda z tych źdźbeł trawy wybija swój rytm, jak nasza planeta razem harmonizuje się i ma wspólny puls, jak rosa daje życie, słońce obdarza każdą komórkę energią... *** Las. Ciemnozielony kolor wszechogarniał wzrok. Ciepło i przyjaźnie – to dwa słowa, które dobrze określają nastrój panujący tam. Róża zdrzemnęła się pod bukiem, jednak nie było jej dane długo odpoczywać, bowiem poczuła jak ktoś, a może coś, trąca ją wilgotnym nosem. Wzdrygnęła się i otworzyła oczy. Zobaczyła leśne zwierzę – przed nią stała najprawdziwsza sarna, miała ciemne oczy tak pogodne, że dziewczyna wcale się nie przestraszyła, przeciwnie – nabrała jakiegoś zaufania do tego stworzenia. Podeszła do tej sarenki i pogłaskała ją po pyszczku. - Jaka jesteś piękna... - szepnęła. Zupełnie bez werbalnego porozumienia Róża i ta sarna, połączone jakąś więzią, jednocześnie zaczęły iść. A dziewczyna zaczynała dostrzegać las – jego życie. - Jej...ale tu cudownie... - westchnęła i z każdym krokiem dostrzegała coś nowego. Mrówki przedzierały się przez suche igliwie opadłe z drzew; jej wzrok dostrzegał wszystko – czuła się tak lekko i…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Środowisko moich marzeń — czytnik · opowiadania