Religia · 33 min czytania
Stać się z góry.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Słońce przedarło się już ponad horyzont, gdy Nikodem otworzył jedno oko. Drugie, sklejone, nie miało zamiaru na razie oglądać tego świata, wyrażając zmęczenie, które towarzyszyło całemu ciału od dobrych kilkunastu dni. Do późnych godzin wieczornych wraz z grupką swoich przyjaciół Nikodem przesiadywał przy blasku płonących kaganków wertując zwoje Prawa i Proroków w poszukiwaniu odpowiedzi na nurtujące ich pytania. Od blisko trzech lat jego serce zajmował człowiek, który nie był zwykłym, jakimś tam jednym z wielu spotykanych na co dzień ludzi. Był on kimś, kto dotykał jego niemłody już umysł takimi uczuciami i myślami, że nieraz brakowało mu tchu, gdy uświadamiał sobie sens jego życia. Podejrzenia, które żywił wraz z przyjaciółmi, wobec owego kogoś, nie były błahymi spekulacjami szemrzącej po placach gawiedzi. Ich korzenie głęboko sięgały natchnionych Pism. Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba już przed wiekami przez Mojżesza i Proroków zapowiadał przyjście Wybawiciela, Mesjasza, którym miał obdarzyć naród wybrany, źrenicę swego oka - Izrael. Podejrzenia Nikodema wywoływały chwilami poczucie grozy przed śmiertelnym niebezpieczeństwem grożącym nie tylko jemu, ale całej Judei. Niebezpieczeństwo owo bynajmniej nie nadciągało ze strony rzymskiego okupanta, ale samego domniemanego Mesjasza i nie wypływało z mocy, którą niewątpliwie dysponował jak chciał, ani umiejętności czynienia znaków, ale z faktu, że Mesjaszem mógł być naprawdę! Odrzucenie Bożego Pomazańca sprowadzić na Izraela mogło kataklizm jakiego w swych dziejach jeszcze nie przeżył! Ta powracająca myśl odkleiła drugie oko i wypędziła poza sypialny pokój ociężałą senność. Nikodem przetarł dłońmi twarz i nieco skołtunioną, przydługą już brodę. Usiadł na łożu. — Chwała Ci, Adonai, Ty jesteś Jedyny, Najwyższy i ponad wszelkim stworzeniem - powiedział wznosząc oczy ku górze. Westchnąwszy poczłapał w poszukiwaniu misy i dzbana, by odświeżyć swe zmierzające ku starości ciało i oddać się porannej modlitwie. Zbliżała się Pascha, Nikodem jeszcze bardziej chciał zbliżyć się do swego Boga.
***
Słońce podążało powoli ku zenitowi. Miasto pełne było ludzi. Rosnąca temperatura nie była w stanie odstraszyć niezliczonej ciżby przychodniów przed wałęsaniem się po ulicach i placach Jeruzalemu. Tumany drobnego pyłu wzniecane tysiącami tupoczących nóg dokuczliwie wdzierały się gdzie się tylko dało. Wchodząc do domu odczuwało się palącą potrzebę spłukania kurzu z twarzy, rąk, a tym bardziej stóp. Deszcz nie obmywał swymi oczyszczającymi strumieniami miasta zbyt często, a nagminnie wiejące wiatry, wraz z odrobiną ulgi w wysokich temperaturach, przynosiły na syjońskie wzgórze niezliczone roje drobniutkiego piasku. Nikodem momentami musiał przedzierać się przez zbity tłum ludzkiej masy, co chwila zmuszany do oddawania uprzejmości pozdrawiającym go ludziom. Jako człowiek sanhedrynu i nauczyciel znał ich doprawdy całe mnóstwo, a każdy chciał, lub może poczuwał się do obowiązku, okazać należny dostojnikowi szacunek. Jeszcze jakiś czas temu lubił te ukłony i nierzadkie, wysublimowane pozdrowienia, ale typowe, faryzejskie poczucie wartości straciło w nim swą soczystość. Ktoś jak gąbkę pełną dumy z prawowiernej religijności i zakonnego fundamentalizmu wyciskał go powoli i systematycznie. Dzisiaj rano przy śniadaniu przyznał się Symeonowi, jednemu z dojrzałych już uczniów Gamaliela, którego bardzo lubił i rad go był często zapraszać, że czuje się jak w winnej tłoczni. Wrzucony tam przez jakąś wszechmocną dłoń, nie miał najmniejszej możliwości ucieczki przed zgniatającą go prasą Bożego doświadczenia. Co z tego wyniknie, nie miał pojęcia, ale wrażenie było paskudne. Przywodziło mu ono na myśl ofiarnego baranka, który siłą instynktu przeczuwa zbliżający się dramat tragicznego końca. Wzdrygnął się zmrożony tą myślą i z wymuszoną uprzejmością uśmiechnął się w odpowiedzi na kolejne ukłony. Minął pałac Kajfasza, który niezbyt chętnie odwiedzał. Można by rzec, że tylko pod wyraźnym przymusem. Do Podwójnej Bramy było już blisko. Godzinę temu Abitar przybiegł do niego z wieścią, że pospólstwo z ekstatyczną wręcz radością, ścieląc na drodze swe płaszcze i wymachując gałązkami palm, z okrzykami radości wprowadziło do miasta swego Proroka wczoraj, późnym popołudniem. Mało tego, że co niektórzy usiłowali obwołać Go królem, a inni „błogosławionym, który przychodzi w imieniu Pańskim”, to na domiar wszystkiego nie wszedł o własnych siłach, ale wjechał na oślęciu! Oburzenie Abitara trochę rozbawiło Nikodema, ale nie dał tego po sobie poznać. Nikodem wiedział o tym wszystkim i wiedział również, że swe pierwsze kroki samozwańczy Syn Boży skierował do świątyni. Poszedł tam, by obejrzeć wszystko, co zobaczyć w niej można było. I to zastanawiało. W pierwszej kolejności poszedł tam, gdzie pójść powinien, jeśli tylko był tym, kogo w nim Nikodem podejrzewał. I do tego jeszcze ten wjazd do miasta... musiał to sprawdzić. Nikodem szedł do świątyni, bo spodziewał się, że wśród tłumu pielgrzymów nie zabraknie dziś Jezusa, cieśli z Nazaretu, który tę noc spędzał według wszelkich danych w niedalekiej Betanii. Od samego niemal początku obserwował tego człowieka. Początkowo wieści dochodzące z Galilei wielokroć brzmiały sprzecznie, ale w miarę upływu czasu natłok wydarzeń wskazywał na coś nieprzeciętnego. Relacje przygodnych podróżnych, kupców, ale i umyślnych „szpiegów” donosiły o cudownych uzdrowieniach, uwolnieniach od demonów, a nawet wskrzeszeniach. Większość braci faryzeuszy ignorowała je, jako nierealne, wymyślone lub zainscenizowane. Jednak informatorzy Nikodema byli ludźmi poważnymi i wiarygodnymi. Z ich relacji biła fascynacja, podziw i zmieszanie, gdyż sami sobie nie byli w stanie wyjaśnić faktów, których byli świadkami. Nikodem zbliżał się do Bramy Podwójnej, gdy od tyłu ktoś dotknął jego ramienia. — Witaj, rabbi. — A, Jesse. — Nie przestraszyłem cię chyba? - młody faryzeusz, najbliższy przyjaciel Abitara zmarszczył czoło i delikatnie się uśmiechnął. — Myślałem o czymś, ale nie wystraszyłeś mnie. - Nikodem serdecznie uścisnął jego ramię. — Idziesz do świątyni? - spytał właściwie niepotrzebnie. — Abitar mówił, że Jezus jest w mieście. Jestem pewien, że przyjdzie do świątyni. Ty również widzę... — Bez cienia wątpliwości - odparł Nikodem i stanąwszy uniósł głowę, by spojrzeć na ogromną bramę i rozciągający się w obie strony majestatyczny mur, który jakby pierścieniem chronił Dom Boga. — Wspaniałe - oczy Jessego błysnęły niczym u małego dziecka na widok wymarzonego prezentu. - Jesteśmy tacy mali przy tej budowli, że... — To dzieło Zorobabela i Heroda, chłopcze - przerwał jego zachwyt nad kamieniem. — Tylko Bóg jest naprawdę wielki i przy Nim jesteśmy jedynie prochem ziemi. Pociągnął Jessego za rękę i przeszli przez chłodny cień Bramy Podwójnej na Dziedziniec Pogan. Uszli ledwie kilka kroków, a od strony Portyku Królewskiego niemal nadbiegł, rozpychając się pomiędzy grupkami dyskutujących pielgrzymów, Abitar. Jego czerwona twarz i okrągłe oczy zdradzały podniecenie, które niemal rozsadzało go od środka. Za nim dostrzegli dostojnie kroczącego Jozafata, który swym zwyczajem dwoma palcami tarmosił koniec brody, kiedy tylko jego głowę zajmowała jakaś ważna myśl. Abitar mówił już coś z daleka, ale gwar ludzkich rozmów zmieszany z beczeniem baranów, muczeniem bydła, popiskiwaniem ptaków i nawoływaniem pielgrzymów, czyniły jego słowa zupełnie niesłyszalnymi. Dopiero gdy zbliżył się, mogli zrozumieć czymże ten młodzieniec był tak podekscytowany. — Rabbi, to co wczoraj... to jak on wczoraj... ten... — Co Abitarze? Co wczoraj? - Nikodem spojrzał prosto w jego oczy i z nadwyraz poważną miną, choć na jego twarzy chciał pojawić się szczery uśmiech, wyczekał, aż tamten dojdzie do ładu. — ... U proroka Zachariasza napisano - zaczął jeszcze raz - „wesel się bardzo, córko syjońska! Wykrzykuj, córko jeruzalemska! Oto twój król przychodzi do ciebie, sprawiedliwy on i zwycięski, łagodny i jedzie na ośle...” - wyrecytował z pamięci. Z Nikodema nagle uleciało pragnienie śmiechu. — Zachariasz, powiadasz...- westchnął. Wiedział, że gdzieś prorocy wspominali o oślęciu, tylko nie był pewien gdzie. — Witaj Nikodemie - Jozafat podał dłoń i uścisnęli się przyjaźnie. — Jeszcze jedno? - spytał Nikodem . — Na to wygląda. - Zrozumieli się bez zbędnych słów. — Chodźmy do Złotej Bramy. Jeśli przyjdzie, to właśnie stamtąd - zadecydował Nikodem i zgodnie, wszyscy czterej ruszyli z miejsca. Nie przeszli jednak nawet dziesięciu kroków, gdy tłum przed nimi zafalował i począł rozstępować się czyniąc komuś miejsce, by zaraz potem podążyć w jego ślady. Nikodemowi mocniej zabiło serce. Jego towarzysze przestali dyskutować o proroctwie Zachariasza. Jezus zbliżał się szybko, jakby chciał załatwić jakąś konkretną sprawę. Nikodem obejrzał się. Za nim przekupnie zachęcali głośnym nawoływaniem do odwiedzania swoich straganów. Ofiarne zwierzęta swymi głosami wzmagały harmider, czyniąc go chwilami nieznośnym. Obecność kupców i wymieniaczy pieniędzy dawała jednak wygodę przybywającym do Jeruzalemu pielgrzymom, którzy nie musieli z odległych stron prowadzić wołów czy baranów, aby opłacić nimi przed Najwyższym swoje grzechy. Kapłani zezwolili na handel wewnątrz murów świątynnych wychodząc naprzeciw ludzkim potrzebom, ale i niezbyt zasobnemu w złoto skarbcowi. Handlarze chętnie płacili za wynajem świątynnego placu widząc zyski, jakie czerpali z tych miejsc. Choć ceny ich towarów nie były niskie, a wręcz przewyższały te spoza Jeruzalemu, przychodnie za swą wygodę byli gotowi płacić więcej. Jezus wyraźnie zmierzał ku straganom. Być może i on chciał złożyć ofiarę, by przykryć swoje grzechy. Tego żądał zakon. Zanim ta ludzka fala z Jezusem na czele dopłynęła do Nikodema i przyjaciół, ci usunęli się nieco w bok i obrali dogodne miejsce, by móc zobaczyć, co będzie się działo. Zza pleców poruszonego tłumu Nikodem zobaczył skupioną twarz Proroka. Nie tak go sobie niegdyś wyobrażał. Myślał, że to ktoś bardzo wyjątkowy. Jezus natomiast był przeciętnym człowiekiem, wzrostem nie wyróżniającym się spomiędzy tysięcy Judejczyków. Swą sylwetkę, wyprostowaną i energiczną, zawdzięczał zapewne ciesielskiemu zajęciu, które odziedziczył po ojcu Józefie. Ale jak na młody wiek, nieco ponad trzydzieści lat, rysy jego twarzy zdradzały pełną wartości dojrzałość. Krótkie włosy i broda nadawały mu powagi, a wyraziste spojrzenie i zmarszczone czoło wyrażały silną koncentrację na jakimś z góry upatrzonym punkcie. Za nim podążała grupka badawczo rozglądających się uczniów, którzy najwyraźniej nie znali zamiarów swego mistrza, a zewsząd czuli na sobie potencjalny, kamienny grad pytań, zarzutów i sprzeciwów uczonych w piśmie, faryzeuszów i saduceuszów oraz kapłanów, na których teren przecież wkroczyli. Jezus nagle zwolnił kroku. Nikodem pomyślał, że pewnie będzie chciał coś powiedzieć, ale ten zmienił nieco kierunek i znów przyśpieszył. Tłum zgęstniał i począł zbijać się w jednolitą masę zasłaniając stragany handlarzy i bankierów. Nikodem ruszył z miejsca, gdyż stracił Proroka z pola widzenia. Abitar z Jessem wysunęli się do przodu by utorować mu drogę. Musieli pomagać sobie łokciami, gdyż prośby o zrobienie miejsca nie przynosiły pożądanego skutku. Kiedy przedarli się ku pierwszym rzędom, nagle zrobiło się trochę wolnego miejsca pozostawionego jakby z przymusu dla przedniejszych dostojników, których wszakże powinnością było potwierdzić lub podważyć działania Proroka. Jezus, gdy tylko znalazł się przy pierwszym straganie, z wiszącego tam pęku sznurków skręcił coś na wzór bicza. Sprzedawca nie powiedział ani słowa, jakby zachowanie jego „klienta” było najzupełniej normalne. Twarz Jezusa przybrała jeszcze poważniejszego i ostrzejszego wyrazu. Zacisnął usta, przymrużył powieki, jakby chciał lepiej widzieć i jednym szarpnięciem silnych ramion, ku przerażeniu osłupiałego handlarza, wywrócił drewniany blat jego straganu wraz z całym towarem. Kupujący przy następnym stoisku odskoczyli w tył, gdyż Jezus nie czekając na czyjąś reakcję, ruszył natychmiast w ich stronę. Wymachując na prawo i lewo biczem rozganiał zszokowanych pielgrzymów i kupców. Następny stragan poszedł w rozsypkę, po czym kolejny i jeszcze jeden. Sprzedający z zadziwiającą niemocą byli w stanie tylko patrzeć jak poniewierany jest ich majątek. Jezus wyrzucał wszystkich handlarzy, bez względu na to, co stanowiło przedmiot ich handlu. Zarówno towary zza granic Izraela, zza morza, jak i ofiarne owce, woły i gołębie nie mogły mieć swego miejsca w obrębie świątyni. Również stoły bankierów wymieniających waluty cesarskiego imperium gubiły swe stabilne oparcie rozsypując poukładane w odpowiednie grupki monety. — Zabierzcie to stąd! - zawołał głośno Jezus, pełnym gniewu i oburzenia głosem. - Nie czyńcie domu Ojca mego domem targowiska! Nikodem nie mógł wyjść z podziwu i osłupienia. To, co robił ten człowiek z Nazaretu przekroczyło wszystko, czego mógł się spodziewać. Wprawdzie świątynia należała do każdego miłującego Boga Judejczyka, ale nikt nie ośmieliłby się tego zrobić... - nie umiał znaleźć odpowiedniego porównania – ... czegoś podobnego! Tym bardziej, że wszelka administracja, utrzymywanie porządku i służba należała do dziedziców Aarona i Lewiego. Był pewien, że arcykapłani z Kajfaszem i Annaszem na czele nie przepuszczą mu tego płazem. „Dom Ojca mego, dom Ojca mego...” Niedaleko siebie zobaczył pełne oburzenia i zgrozy oblicza Jonatana i Aleksandra, którzy byli z rodu arcykapłańskiego i podobnie jak Nikodem zasiadali w Radzie Najwyższej. Z całą stanowczością i pełną determinacją będą dążyć do uwięzienia Jezusa, który właśnie głosił siebie Synem Najwyższego Boga. Zakon nie znosił bluźnierstwa, a Jezus jakby z premedytacją zmierzał w jego stronę, manifestując to oczyszczającym „ Dom Swego Ojca” pochodem „ognistej burzy”. — Jaki znak pokażesz nam, że takie rzeczy czynisz? - padło pytanie spośród dostojników, gdzieś zza Aleksandra. Dla Nikodema było to oczywiste. Jezus musiał czymś potwierdzić swój autorytet, jeśli tylko był prawdziwy i pochodził od Boga. Adonaj potwierdził Mojżesza, potwierdził Eliasza i Proroków, teraz musiałby potwierdzić Jezusa, jako swego sługę i ... Syna. Jezus skoncentrował się na zadającym pytanie i głośno, by słyszany był dookoła, powiedział : — Zburzcie przybytek ten i w trzy dni podniosę go. Tłum zaszemrał wątpliwym podziwem dla tej odpowiedzi. Świątynia Zorobabela, większa i świetniejsza, swym rozmachem, do którego dołożył się Herod, przewyższająca pierwszą świątynię Salomona, kosztowała tyle środków i czasu dla uzyskania obecnego kształtu, że Jezus wzbudził u wielu śmiech politowania. Galilejczyk bredził swymi słowami niszcząc cały obraz dostojeństwa i autorytatywnej powagi. Ust Nikodema nie wykrzywił jednak nawet najmniejszy grymas, który mógłby przypominać uśmiech. Sprawa była śmiertelnie poważna. Gdzieś z głębokiej studni pamięci, jak za sprawą długiego czerpaka wyłonił się fragment zwoju Psalmów : „... dla Ciebie znoszę hańbę, wstyd okrywa oblicze moje. Stałem się obcy braciom moim i nieznany synom matki mojej, bo gorliwość o dom Twój pożera mnie, a zniewagi urągających Tobie spadły na mnie.” — Czterdzieści i sześć lat budowany był ten przybytek, a ty w trzy dni podniesiesz go? - spytał ktoś szyderczo, ale Nikodem miał wrażenie, że to pytanie jest chybione, a sens wypowiedzi Jezusa musi mieć inny wymiar, którego nie był w stanie objąć swym rozumem.
*** Po posiłku Nikodem zaraz powrócił do wertowania zwojów świętych Pism. Od powrotu ze świątyni nie był w stanie wykrztusić z siebie zbyt wielu słów. Domownicy, gdy pan domu rozmawiał z Bogiem, krzątali się nie zachodząc nawet w pobliże jego pokoju. — Dlaczego?... Jak to możliwe?... Czy na pewno?... Gdzie jeszcze? - powtarzał w kółko. Niesamowitość wydarzeń, których był świadkiem oraz natłok najróżniejszych innych informacji na temat Jezusa z Nazaretu, wymuszały na nim konieczność, ba!, palącą konieczność potwierdzenia że Jezus jest Mesjaszem, bądź zaprzeczenia takowego posłannictwa. Jozafat przekonany był, że na Jezusie Nazarejczyku wypełniło się już przynajmniej kilka dawnych proroctw. Mesjasz miał pochodzić z miasta Dawida - Betlejem, jak przepowiadał…